Kroki w nieznane. Almanach fantastyki. Tom 5
- Автор: Браун Эрик, Иган Грег
- Год: 2009
- Язык: польский
- Год: Wydawnictwo „Solaris”
- Переводчик: Jolanta Pers
- Жанр: Научная фантастика
Электронная книга - «Kroki w nieznane. Almanach fantastyki. Tom 5». Краткое содержание книги:
Miał rację. O ile dało się cokolwiek powiedzieć, gniew i dezaprobata w ich spojrzeniach jeszcze się pogłębiły; od Altairczyków zionęło wprost niezadowoleniem i złością.
— Trzeba nam więcej danych, to wszystko — odpowiedział idąc do szafki po lakierki. — Jak tylko wrócę, to… — urwał nagle.
— Co się stało?
— Lepiej sama zobacz — odparł wskazując telewizor. Na ekranie widać było statek obcych. Z niektórych bocznych dysz buchały płomienie. Calvin chwycił pilota i wzmocnił głos.
— Powszechnie się uważa — mówił komentator — że obcy wrócili do swego statku i szykują się do odlotu. — Spojrzałam na Altairczyków. Wciąż stali na środku saloniku Calvina. — Analiza cyklu startowego wskazuje, że odlot nastąpi za sześć godzin.
— I co teraz zrobimy? — zapytałam Calvina.
— Musimy to wyjaśnić. Słyszałaś. Mamy sześć godzin do startu.
— Ale twój koncert…
Podał mi płaszcz.
— Oboje wiemy, że porozumienie ma coś wspólnego z chórami, a ja będę tam miał każdy chór, jaki tylko zdołasz sobie wyobrazić. Zabierzmy Altairczyków do centrum koncertowego i miejmy nadzieję, że po drodze coś wymyślimy.
Niestety, niczego nie wymyśliliśmy.
— Może powinniśmy ich zabrać do statku — powiedziałam skręcając na parking. — Co będzie, jak przeze mnie oni tu zostaną?
— Nie są ET — odparł Calvin.
Zaparkowałam przy wejściu dla personelu i zaczęłam odsuwać boczne drzwi minibusu.
— Nie, niech tu zostaną — stwierdził Calvin. — Zanim ich stąd zabierzemy, musimy znaleźć dla nich odpowiednie miejsce. Zamknij wóz.
Zrobiłam, o co prosił, choć wątpiłam, czy wszystko to na coś się zda. Weszłam za Calvinem przez boczne drzwi z tabliczką „Tylko dla chórów”, a potem podążyłam za nim labiryntem korytarzy obok pokojów oznaczonych: „Chłopięcy Chór im. Św. Piotra”, „Chór Czerwonego Kapturka”, „Denverski Chór Gejów”, „Chór Słodkich Adelinek”, i „Mile High Jazz Singers”. Od frontu budynku dolatywała wrzawa, a gdy weszliśmy do głównego korytarza, zobaczyliśmy tłum pogrążonych w rozmowach i spacerujących ludzi w złotych, zielonych i czarnych powłóczystych szatach.
Calvin otwierał kolejno jedne drzwi po drugich, zaglądał do pomieszczeń, wchodził zamykając drzwi za sobą, a potem wychodził ponownie i potrząsał głową.
— Nie możemy dopuścić do tego, żeby Altairczycy usłyszeli Mesjasza, a tu wciąż słychać hałas z sali — powiedział. — Musimy znaleźć jakieś dźwiękoszczelne pomieszczenie.
— Albo położone dalej — powiedziałam idąc w głąb korytarza i skręcając w boczny. Natychmiast też nadziałam się na gromadkę uczennic, które wysypywały się z jakiegoś bocznego pomieszczenia. Pani Carlson wszystko nagrywała, jakaś inna matka usiłowała ustawić je w szereg, one same zaś, gdy tylko dostrzegły Calvina, zbiegły się do niego wołając: — Gdzie pan był, panie Ledbetter? Myślałyśmy, że pan nie przyjdzie! Panie Ledbetter, Shelby i ja miałyśmy śpiewać w duecie, ale ona mówi, że woli Danikę!
Calvin zignorował wszystkie interpelacje.
— Kaneesha, czy tam, gdzie się przebierałyście, było słychać jakiekolwiek śpiewy próbne?
— A bo co? — zapytała Belinda. — Nie usłyszymy wezwania, czy jak?
— Kaneesha? — nalegał Calvin.
— Trochę było słychać — odpowiedziała zagadnięta.
— To ten pokój się nie nada — zwrócił się Calvin do mnie. — Sprawdzę pomieszczenia na końcu. Zaczekaj tutaj. — Pospieszył w głąb korytarza.
— Była pani w pasażu — powiedziała Belinda patrząc na mnie oskarżycielsko. — Czy pani wyjdzie za pana Ledbettera?
— Nie — odparłam.
— Bzykacie się? — zapytała Chelsea.
— Chelsea! — jęknęła zaszokowana pani Carlson.
— Czy nie powinnaś już się ustawić? — zapytałam.
Calvin wrócił truchtem.
— Powinno się udać — powiedział do mnie. — Znalazłem pomieszczenie prawie dźwiękoszczelne.
— Po co zaraz dźwiękoszczelne? — zapytała Chelsea.
— Żeby nikt nie słyszał, jak się migdalą — stwierdziła Belinda, a Chelsea kilka razy wymownie cmoknęła.
— Panienki, wejście — stwierdził Calvin swoim „dyrygenckim” głosem. To było naprawdę zdumiewające. Dziewczęta natychmiast się uciszyły i ustawiły w pary.
— Poczekaj, aż wszyscy się zejdą do sali widowiskowej — zwrócił się Calvin do mnie, odciągając mnie na bok — a potem wprowadź obcych. Ja przez kilka minut będę przedstawiał orkiestrę i członków komitetu organizacyjnego tak, żeby Altairczycy nie usłyszeli żadnego dźwięku, gdy będziesz ich kierowała do tego pomieszczenia. Jest tam stół, którym możesz zabarykadować drzwi i nikt już po was nie wejdzie.
— A co będzie, jak Altairczycy zechcą wyjść? — zapytałam. — Wiesz, że barykada ich nie zatrzyma.
— Zadzwoń na moją komórkę, a ja powiem, że mamy ćwiczenia przeciwpożarowe, czy coś w tym guście. Postaram się załatwić wszystko najszybciej, tak szybko, jak to tylko możliwe. — Uśmiechnął się do mnie. — Żadnych Dwunastu dni Bożego Narodzenia. Poradzimy sobie i dowiemy się, o co chodzi.
— Mówiłam wam, że ona jest jego dziewczyną!
— Jest pana dziewczyną, panie Ledbetter?
— Idziemy, panienki, idziemy — powiedział Calvin i poprowadził je korytarzem do sali widowiskowej. Gdy tylko drzwi zamknęły się za ostatnimi z dziewcząt, zadzwoniła moja komórka. Doktor Morthman; dzwonił, żeby mi powiedzieć:
— Może pani przestać szukać. Altairczycy są w swoim statku.
— Skąd pan wie? Widział ich pan? — zapytałam myśląc jednocześnie, że nie powinnam była zostawiać obcych w samochodzie.
— Nie, ale ich statek przyspieszył procedurę startową, która teraz według ocen NASA ma potrwać mniej niż cztery godziny. Gdzie pani jest?
— W drodze — powiedziałam usiłując mówić tak, żeby się nie domyślił, że biegnę — a biegłam na parking, żeby otworzyć minibus. Na szczęście stał na miejscu i był nietknięty.
— To niech się pani pospieszy — warknął doktor Morthman. — Są tu dziennikarze. Będzie im musiała pani wytłumaczyć, jak to się stało, że pozwoliła pani obcym odlecieć! — Otworzyłam boczne drzwi minibusu. Był pusty. Och, nie! — To pani odpowiada za to całe zamieszanie — stwierdził doktor Morthman. — Jeżeli będą jakieś międzynarodowe reperkusje…
— Przyjadę tak szybko, jak będę mogła — powiedziałam. Rozłączyłam się i odwróciłam, żeby przejść na miejsce kierowcy.
I wpadłam niemal na Altairczyków, którzy najwidoczniej przez cały czas stali za mną.
— Nie straszcie mnie tak — powiedziałam. — A teraz chodźmy. — Poprowadziłam ich szybko do centrum koncertowego i korytarzem obok zamkniętych drzwi sali widowiskowej; dzięki Bogu słychać było przemówienia, a nie śpiew. Potem skierowaliśmy się do pomieszczenia wskazanego przez Calvina.
Salka była pusta. Stał w niej tylko stół, o którym wspominał Calvin i który szybko przesunęłam pod drzwi, a potem przechyliłam i wepchnęłam jego krawędź pod klamkę. Przystawiwszy ucho do drzwi nasłuchiwałam chwilkę, ale Calvin miał rację. Nie usłyszałam żadnego dźwięku, a musieli już zacząć występ.
I co teraz. Cztery godziny do startu. Musiałam wykorzystać każdą chwilę, ale w pomieszczeniu nie było nic, co mogłoby mi się przydać — żadnego pianina, odtwarzacza kompaktów czy adaptera. Pomyślałam, że powinniśmy skorzystać z szatni jego uczennic — one przynajmniej miały iPody, albo coś w tym rodzaju.