Opowieści z meekhańskiego pogranicza. Północ-Południe
- Автор: Вегнер Роберт М.
- Серия: Opowieści z meekhańskiego pogranicza #1
- Год: 2010
- Язык: польский
- Год: Powergraph
- ISBN: 9788361187080
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Opowieści z meekhańskiego pogranicza. Północ-Południe». Краткое содержание книги:
– A co takiego niby miało zajść?
– Właśnie po to tu jestem, żeby się dowiedzieć.
—— • ——
Kolejny długi dzień. Leżeli, kryjąc się przed słońcem w cieniu rzucanym przez niewielki, kamienny murek. Murek. Gdy go zobaczył po raz pierwszy, pomyślał, że chyba właśnie słońce wygrało z jego umysłem.
Przeszli już obszar wysokich wydm. Tu, gdzie byli teraz, wiatry wiały inaczej, a piasek miał inną strukturę. Pustynia była bardziej płaska, wzrok sięgał na wiele mil wokół, a po twardszej powierzchni szło się wyraźnie szybciej.
Mimo to murek spostrzegł dopiero, gdy byli kilka kroków od niego. To znaczy, widział go z daleka, najpierw jako ciemne wybrzuszenie na tle jaśniejącego nieba, później jako jeszcze jedną niewielką wydmę, następnie jako stos kamieni spiętrzonych kaprysem pustyni. Wszystko, tylko nie coś wzniesione ludzką ręką. Zatrzymał się zdumiony.
– Prawda wygląda tak – mruknęła, jakby czytała w jego myślach – że gdy nie spodziewamy się czegoś zobaczyć, to tego nie dostrzeżemy.
– Skąd wziął się tu mur?
– Pomyśl.
To były pierwsze zdania, jakie wymienili od chwili, gdy podarowała mu miecze. Cieszył się, że nie jest gadatliwa. Obszedł murek. Nic wielkiego, trzy stopy wysokości, piętnaście długości, kamienie dopasowane do siebie i połączone zaprawą. Przyjrzał się jej dokładnie. W płytkich wyżłobieniach na szczycie muru tkwiły kawałki krzemienia i obsydianu. Wiatr zdążył już wygładzić ich ostre krawędzie, lecz przeznaczenie tych kamieni było jasne. Przez chwilę ważył wszystko w myślach.
– Jak głęboko tkwi w piasku?
Skinęła głową, jakby się nie rozczarowała. Tym razem obcość z jej spojrzenia i głosu gdzieś zniknęła. Wyglądała młodziej i... bardziej bezbronnie.
– Osiem stóp. Miejscami dziewięć. To jedyny fragment, który nie zawalił się, gdy przyszła woda. Pewnie dlatego, że uderzyła równolegle do muru. Muł pogrzebał domostwo i wszystkich w środku. Udusili się w piwnicy, najpierw dzieci, potem matka, ojciec na końcu. Żeby wreszcie umrzeć, otworzył klapę w suficie i wpuścił muł do środka.
– Skąd wiesz?
– Ich duchy ciągle tu są. Bardzo kochali to miejsce.
Dotknął muru, szukając śladów dawnego kataklizmu.
– Rzeka? Muł? Mamisz mnie bajkami.
Potrząsnęła głową.
– Ta część pustyni ma mniej niż trzy tysiące lat. Dawniej Elharan płynęła nie dalej niż trzy mile stąd. Nazywała się wtedy Val’dera. Później Laal przywołała swoją Moc i wbrew reszcie bogów wypiętrzyła góry. Chciała odgrodzić się od tych, którzy nadchodzili z południa. Oczywiście nic to nie dało, ale pół świata ogarnęły drgawki, gdy rodził się nowy łańcuch górski. Rzeka oszalała, a zanim ustabilizowała koryto, pochłonęła tysiące ludzi. Ale dla awenderi Laal nie miało to najmniejszego znaczenia. Chciała choć przez chwilę poczuć się bezpiecznie.
– Czternasta bitwa. – Delikatnie dotknął kamienia. – Podczas trzeciego przejścia.
– Tak, można to i tak nazwać. Choć nie była to ani bitwa, ani przejście. Nieważne. W każdym razie, kiedyś była tu żyzna dolina, którą co wiosnę nawadniały wylewy rzeki. W gorszych latach pszenicę zbierano tu zaledwie dwa razy w roku. Spichlerz całego kontynentu, mawiano o tym miejscu. A wystarczyła jedna przestraszona bogini i w ciągu dwudziestu lat wszystko wyschło na pył, zaś okolicę zaczął wypełniać piach. Dziś mało kto o tym pamięta.
– Po co mi to mówisz?
– Żebyś wiedział, że wy również zapomnieliście tak wiele. Nawet o miejscu, gdzie żyjecie, nie wiecie wszystkiego. Tu wszędzie, pod piaskiem, tkwią na wpół skamieniałe pnie drzew, szkielety domostw, resztki ulic. Jeśli wy tak mało pamiętacie, to co wiedzą inni? Ci... Meekhańczycy, którzy władają połową kontynentu. Ile pamiętają, ile się domyślają? Ich język przypomina trochę języki danw i gallehi, co oznaczałoby, że są potomkami ludów, które kiedyś zostały wygnane na wschód. Tyle stuleci to dużo, bardzo dużo, zwłaszcza że Imperium wchłonęło setki nowych plemion i ludów, i języki oraz krew coraz bardziej się mieszają. Trudno powiedzieć, skąd dokładnie pochodzą.
– Po co ci ta wiedza?
Nie odpowiedziała. Potrząsnęła tylko głową, aż ciemna grzywka spadła jej na oczy.
– Wykop dołek po obu stronach muru. Dłużej będzie tam cień. Odpoczniemy. – Spojrzała na północ. – Jutro wyruszymy krótszą drogą. Musimy się spieszyć. Hel’zaav jest już na tropie.
Nie usłyszał od niej nic więcej. Leżeli w cieniu rzucanym przez mur, a gdy słońce znalazło się w zenicie, dziewczyna wyciągnęła skądś kawałek płótna i rozłożyli prymitywną osłonę. Do wieczora mieli jeszcze kilka godzin.
To było najgorsze, co mogło go spotkać. Leżenie. Gdy szli, skupiał się na drodze, gdy rozmawiali, na tym, co mówiła, gdy kopali w poszukiwaniu wody lub schronienia, na wykonywanej pracy. Do tej pory po całonocnej wędrówce zawsze był tak zmęczony, że zasypiał natychmiast i budził się dopiero wieczorem. Teraz jednak sen nie przychodził. Ten mur... rzeka płynąca przez pustynię... duchy uwięzione w wypełnionej skamieniałym mułem piwnicy... Jego lud, jego były lud także nie wiedział wszystkiego. Przybyli na te ziemie dopiero kilka lat po skończeniu Wielkich Wojen, gdy góry wypiętrzone przez Laal Szarowłosą miały już ponad pół wieku, a pustynia pożarła żyzną dolinę. Jak każde plemię gromadzili głównie wieści dotyczące własnej historii, cudze nieszczęścia i tragedie pojawiały się w ich opowieściach jak przelotne błyski i to tylko wtedy, kiedy były jakoś związane z ich własnym losem. Ilu rzeczy nie wiedzieli? Ile rzeczy było przekłamanych, z powodu niewiedzy lub z rozmysłem? Harudi dał im Prawa prawie tysiąc lat po Wojnie, gdy już zaczęto zapominać historię. Mówiło się, że Wiedzący sięgnęli głęboko do pamięci ludzi, aby odzyskać jej prawdziwy obraz. Ale... nic nie mówili o pszenicy rosnącej tam, gdzie teraz królował piach. Leżenie bez ruchu, gdy słyszał tylko wiatr i własne myśli, było najgorszą rzeczą, jaką mógł teraz robić.
Nazwała go skorpionem, zabójcą niepotrafiącym przegrywać, niepotrafiącym się poddać. W miejscu, do którego kiedyś należał, ceniono takich wojowników. Walczących do ostatniego tchu, w chwili śmierci rzucających się jeszcze z zębami do gardła wroga. Ale jej nie chodziło o to, wiedział, czuł, że odsłoniła jego ducha bardziej niż ktokolwiek przedtem. Wtedy, gdy przeglądała jego wspomnienia, gdy wyciągała je na wierzch, jak wstydliwie skrywane zakrwawione szaty, dowody morderstwa. Oceniła go i stwierdziła, że będzie dla niej zabijał. Dała mu nowe miecze, żeby mógł to lepiej robić. Dała mu nowe imię, jedyne, na które zasłużył, determinujące jego przeznaczenie i określające osobę. Keru’weln. Noszący Miecze.
Musiał się zdrzemnąć, bo kiedy otworzył oczy, słońce chyliło się właśnie ku zachodowi. Wstał. Ona już nie spała, siedziała na murku, patrząc na ognisty krąg powoli połykany przez horyzont. W powietrzu ciągle czuć było żar dnia, a kamienna konstrukcja musiała być nagrzana jak piec, ale dziewczynie to najwyraźniej nie przeszkadzało. Przeciągnął się, poruszył barkami. Oderwała wzrok od słońca i spojrzała na niego z wytężoną uwagą.
– Jutro staniemy do walki – powiedziała nagle. – Ty i ja. Być może będą tam i inni, ale tylko my będziemy się liczyć w tym starciu.
– Gdzie idziemy?
– Mam dług. Ktoś kiedyś bardzo mi pomógł, a niewiele brakowało, żebym umarła lub oszalała. Moi wrogowie zbliżają się do tej osoby.
– Chcesz, żebyśmy ją ocalili?
Skinęła głową.
– Lub zabili, jeśli będzie za późno.