Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Фэнтези » Opowieści z meekhańskiego pogranicza. Północ-Południe
Opowieści z meekhańskiego pogranicza. Północ-Południe - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Opowieści z meekhańskiego pogranicza. Północ-Południe

Электронная книга - «Opowieści z meekhańskiego pogranicza. Północ-Południe». Краткое содержание книги:

Opowieści z meekhańskiego pogranicza. Północ-Południe
1 ... 107 108 109 110 111 112 113 114 115 ... 123
Перейти на страницу:

– Widzisz? – jej szept był cichszy od szmeru piasku, osypującego się pod nogami przechodzącego pająka. – Widzisz, jakie piękne? Niewiarygodne, że gdzieś na świecie może być tyle światła.

Patrzył na nią i milczał, z pytaniem zawisłym gdzieś w pół drogi między nimi. W jakim mrocznym miejscu przebywałaś, dziewczyno? Kim jesteś?

A ona stała przodem do wschodzącego słońca i patrzyła wprost na jego rozpaloną kulę. Nie mrużyła oczu, nie przysłaniała ich ręką, jej źrenice zmieniły się tylko w punkciki tak małe, że zniknęły w ciemnoniebieskich tęczówkach. Uśmiechnęła się i zadrżała.

– Tyle światła... – powtórzyła. – Nie wiesz, jakie to szczęście mieć tyle światła na co dzień, synu zdrajców.

– Nie nazywaj mnie tak.

– Co cię obraża? Nazwa, czy prawda w niej zawarta?

– Nic nie wiesz o moim ludzie.

– Naprawdę? Wiem o nim więcej, niż on wie o sobie. Poza tym, o ile się orientuję, to już nie jest twój lud. Jeśli dobrze rozpoznaję siłę i wagę symboli, wymazanie imienia i połamanie mieczy odcięło cię od nich raz na zawsze. Odrzuciłeś wspólną duszę, więc nie stawaj teraz w ich obronie.

– Jeśli do nich nie należę – dziwne, ale te słowa przychodziły mu z trudem – to nie masz prawa nazywać mnie synem zdrajców.

Spojrzała na niego z ukosa.

– To prawda. Tu masz rację. Więc jakie imię ci nadać, mój mały skorpionie?

– Mam imię.

– Nie... Nie masz. Nie możesz używać imienia ludu, do którego nie należysz. Jakie nowe pasowałoby do ciebie?

Spojrzała na niego, przechylając lekko głowę, w oczach zagościło jej coś... obcego.

– Imrisch? Miałam kiedyś małego... Nie, nie pasuje. To musi być coś mocniejszego, groźniejszego, imię, na dźwięk którego moim wrogom zadrżą kolana. Gdybym nazwała cię Imrisch, pokładaliby się ze śmiechu... Chociaż może...? Mógłbyś ich wtedy łatwo pociachać swoimi nowymi mieczami. Co ty na to? Nadaję ci imię, ty stajesz do walki, przedstawiasz się i nagle wszyscy rechoczą, niezdolni do obrony? Ale wtedy nie potrzebowałabym skorpiona, wystarczyłby mi zwykły szczeniak... – Jej monolog przeszedł w mamrotanie, obcość w oczach rozlała się na twarz, nagle straciła normalną mimikę, jakby część mięśni obumarła, a pozostałe nadały jej obliczu nową formę. – ...może nie nadawać ci imienia? Mówiłabym tylko „idź”, „zrób”, „przynieś", „zabij”. A ty wiedziałbyś, zawsze i wszędzie wiedziałbyś, kiedy mówię do ciebie, i nigdy nie wahałbyś się nawet przez chwilę. To byłoby proste, wystarczyłoby cię zmienić, trochę tu, trochę tam...

Nagle poczuł chłód z tyłu głowy, jakby na potylicy zacisnęły mu się lodowate palce.

Miecze wyskoczyły z pochew szybciej, niż myślał, że to jest możliwe. Lekkość kling zmieniała je w czarne, połyskujące smugi. Nawet nie drgnęła, gdy dwa zakrzywione ostrza znalazły się przy jej szyi.

– Nie. – Potrząsnęła głową, kontynuując monolog. – Taki skorpion byłby okaleczony. Już to widziałam, po pewnym czasie straciłby zdolność do samodzielnego działania. A ja potrzebuję w pełni sprawnego zabójcy, takiego, za którego nie będę musiała myśleć. Tak jak teraz: wyczuwasz Moc i reagujesz, nawet jeśli ma to oznaczać złamanie przysięgi wierności.

Lodowate palce znikły.

– Mam cię strzec – powiedział powoli, z trudem panując nad głosem – lecz jeśli jeszcze raz spróbujesz mnie odmienić, rzucić jakiś czar, przysięgam na...

– Na co? Co takiego ci jeszcze pozostało, skorpionie? Nie masz nic, ludu, rodziny, imienia, własnych mieczy. Na co możesz złożyć przysięgę?

Była obca, bardziej obca niż każdy, kogo spotkał w życiu. Nie chodziło o twarz, o dziwacznie zdeformowane rysy, które wyglądały, jakby jej skórę nałożono na oblicze innej osoby. Innej istoty. Chodziło o spojrzenie, jej oczy wyglądały jak... nie miał pojęcia, do kogo lub czego mógłby przyrównać to spojrzenie.

– Przysięgam ci na imię dziewczyny, którą kiedyś zabiłem, że jeśli spróbujesz mnie odmienić, sama zginiesz.

Uśmiechnęła się.

– Jakie to cudownie patetyczne. Jakie szczeniackie i głupie. Zabiłeś ją, bo bałeś się odpowiedzialności, bo chciałeś jeszcze trochę pożyć, a jej deklaracja wiązała ci ręce. Zabiłeś ją, bo byłeś tchórzem, bo zabranie jej do rodzinnej afraagry napawało cię lękiem. Łatwiej było zabić, wbić sztylet w serce, zacisnąwszy dłonią usta, żeby nie krzyknęła, niż stawić czoło temu, co zwojowałeś. Gdy tylko cię ujrzałam, wiedziałam, że jesteś skorpionem, bo tylko skorpiony tak łatwo zabijają, to dla nich jedyny sposób na rozwiązywanie problemów. No jak, mały skorpionie, przysięgniesz mi na imię problemu, który został już rozwiązany?

Opuścił broń.

– Widzisz? Nie masz już nic – oprócz mnie i zadania, którego się podjąłeś. Podnieś miecze, wyżej. Dobrze. One są jedynym, co masz, tylko one oddzielają cię od nicości. Więc ci je daję... na własność. Są twoje. Powinieneś zawsze o tym pamiętać, pamiętać, kto ci je dał. Wiem, że nie macie w zwyczaju nadawać broni imion, więc one także ich nie dostaną, ale ciebie nazwę Keru’weln. W starożytnym języku jednego z ludów, które kiedyś wyrżnęliście, znaczy to „noszący miecze”. Pamiętaj. Tylko te miecze określają teraz sens twojego istnienia. Jeśli ci je zabiorę, znikniesz.

Odwróciła się i ruszyła przez pustynię.

Patrzył na broń. Oglądał ją po raz pierwszy od potyczki z cieniami k’k’na. Klingi były czarne, błyszczące jak szkło wulkaniczne, lecz z pewnością nie wykonano ich z tego materiału. Wyglądały jak wykute, a nie wyrzeźbione ze skały. Brzeszczoty tuż przy krawędzi były niemal przezroczyste, musiały być ostrzejsze niż cokolwiek, co Yatech miał do tej pory w ręku. Na próbę lekko uderzył klingami o siebie. Oczywiście nie wyszczerbiły się. I ich waga. Były przynajmniej o jedną trzecią lżejsze od stalowej broni. Jego nowe miecze... Jedyny powód istnienia.

Zacisnął zęby. Dobrze, niech tak będzie. Broń powędrowała na plecy. Zostanie noszącym miecze. Jeszcze niespełna rok.

—— • ——

– Mamo, mogę jeszcze wziąć kawałek placka?

– Znowu? Dziecko, ile ty jesz? Nawet twoi bracia tyle w siebie nie wciskają.

– Dziewczyna rośnie, daj jej spokój, niech je. Tylko nie zapomnij kóz przyprowadzić do domu przed wieczorem, żebyśmy nie musieli cię znów szukać.

– Dobrze, tatku.

Wybiegła z chaty, tuląc do piersi dwa podpłomyki. W kryjówce za oborą miała schowane resztki z wczorajszej kolacji, które miały trafić do świńskiego koryta, i kilka zeszłorocznych jabłek podebranych z piwnicy. Powinno wystarczyć.

Niewiarygodne, ile ta obca potrafiła zjeść. Pożerała wszystko, suchy chleb, surową kapustę, resztki przypalonej kaszy ze skwarkami, gotowaną fasolę. Gdy przyniosła jej kilka baranich żeberek z kawałkami chrząstek i tłuszczu, pochłonęła je w całości, rozbijając tylko kamieniem kości na mniejsze części, nadające się do przełknięcia. Raz przyłapała ją na rozgrzebywaniu ziemi w kącie szopy i wyciąganiu z niej tłustych, białych larw, które następnie wkładała sobie do ust i połykała w całości. Po raz pierwszy nawrzeszczała wtedy na nią, obiecując, że jeśli jeszcze raz przyłapie ją na czymś takim, to natychmiast sprowadzi tu rodziców. Dziewczyna nie wyglądała na przejętą, jednak nie jadła już więcej robactwa. A przynajmniej Nealla więcej jej na tym nie przyłapała.

1 ... 107 108 109 110 111 112 113 114 115 ... 123
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)