Opowieści z meekhańskiego pogranicza. Północ-Południe
- Автор: Вегнер Роберт М.
- Серия: Opowieści z meekhańskiego pogranicza #1
- Год: 2010
- Язык: польский
- Год: Powergraph
- ISBN: 9788361187080
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Opowieści z meekhańskiego pogranicza. Północ-Południe». Краткое содержание книги:
Tym razem siedziała na klepisku i wpatrywała się w ścianę. Na wejście dziewczynki zareagowała przyłożeniem palca do ust.
– Ciii... bo je spłoszysz.
Zamarła w wejściu.
– Co? – zapytała szeptem.
– Światełko.
– Jakie światełko?
Wskazała na jasną plamkę wędrującą po deskach. Promyk słońca wpadający w dziurę po sęku.
– No co ty, głupia. – Nealla zaśmiała się z żartu. – Nigdy czegoś takiego nie widziałaś?
– Widziałam. – Dziewczyna oderwała wzrok od ściany i spojrzała wprost na nią. – Zawsze uciekało, gdy się poruszyłam.
Obcość, na wpół zwierzęca, na wpół ludzka, jakby jej oczy były sadzawką, w głębi której poruszyło się coś łuskowatego i jadowitego. Nealla upuściła zawiniątko z jedzeniem i przycisnęła dłonie do ust. Przerażenie wypełniło ją całą, zaciskając się lodowatą obręczą na piersi, tłumiąc oddech.
Dziewczyna mrugnęła i obcość znikła. Nie odeszła, po prostu to coś łuskowatego i jadowitego zanurzyło się głębiej.
– Uważaj na jedzenie. – Uśmiech był znów zwykłym uśmiechem. – Szkoda, żeby się zmarnowało.
Podeszła do niej, niespodziewanie objęła i przytuliła. Stara sukienka matki, którą Nealla podkradła ze skrzyni na strychu, wisiała na niej jak worek, ale już można było dostrzec, że w ciągu ostatnich dni zaokrągliła się tu i tam. Nie przypominała zagłodzonego na śmierć kościotrupa, który skamlał i wył w kącie szopy jeszcze miesiąc temu.
– Czy ja ci już podziękowałam?
– Nie. I nadal nie wiem, jak masz na imię.
– Moje imię... – Podniosła z ziemi zawiniątko i rozsupłała je niecierpliwymi palcami. – Ojciec nazwał mnie Kanayoness Daera, ale wszyscy mówili na mnie po prostu Kanayoness, dawno temu. Możesz mnie tak nazywać, jeśli chcesz.
Wepchnęła do ust pół podpłomyka na raz i połknęła, niemal nie gryząc. Nealla uśmiechnęła się szeroko.
– Powinnaś wolniej jeść, Kanayoness.
Otworzyła szeroko oczy, od razu wiedząc, że już dzisiaj nie zaśnie. Kanayoness. Czy tak mam na imię?
—— • ——
Dużo wiedzieli. Jak na wywiad zewnętrzny, który formalnie nie miał prawa działać na terytorium Imperium, wiedzieli zbyt dużo. Ekkenhard popatrzył kątem oka na Gentrella. Stary Szczur osobiście nadzorował całą operację, zarówno przemeblowanie Trzeciej Armii, jak i rekrutowanie ocalałych żołnierzy Drugiej i Trzeciej Kompanii. To naprawdę była świetna robota, wyciągano tych ludzi z różnych oddziałów, rozsianych wzdłuż całej południowozachodniej granicy, i nikt, absolutnie nikt nie powinien połączyć ich z Dwudziestym Drugim i Glewwen-On. Albo Ogary rzeczywiście wykonały mrówczą pracę, albo miały swoich ludzi naprawdę głęboko w Szczurzej Norze. Pierwsza ewentualność świadczyłaby o niezwykłej, nawet jak na zaprzysiężonych przeciwników, determinacji. Druga o zdradzie.
Wiedział, że dowódca zamku również zdaje sobie z tego sprawę, lecz twarz starszego szpiega nawet nie drgnęła.
– Rekrutujemy ludzi z różnych miejsc – powiedział spokojnie Gentrell. – Żołnierze są dla nas równie cenni, jak kupcy, rzemieślnicy czy czarodzieje. To jednak nadal nie tłumaczy, dlaczego Ogary interesują się czymś, co miało miejsce na terenie Meekhanu. Czyżbyście próbowali zatuszować własną nieudolność? W końcu ta banda powinna zostać rozbita przez was od środka, zanim wkroczyła na ziemie Imperium. W najgorszym razie Dwudziesty Drugi powinien czekać na nią na granicy i urządzić sobie małe bojowe ćwiczenia.
Końce wąskich warg Velgerisa lekko uniosły się w górę. Przy odrobinie wyobraźni można było uznać ten grymas za uśmiech.
– Kto wie, jeśli ta banda potrafiła zabić pięciu bitewnych magów, osłanianych przez czterystu żołnierzy, to może i z całym pułkiem mogłaby sobie poradzić? Może nawet z całą armią?
– To była tylko spora grupa rabusiów, najemników i desperatów, nic więcej.
– Rozumiem.
Przy stole zapadła cisza. Przez dłuższą chwilę cała trójka mierzyła się wzrokiem, dwa Szczury i Ogar.
– Chcesz porozmawiać z tymi żołnierzami?
– A po co? Nietrudno się domyślić, co mi powiedzą. Nie wiem, nie pamiętam, zaraz na początku bitwy otrzymałem cios w głowę i nie wiem nawet, jak się tam znalazłem. Albo, tak panie, byli tam bandyci, wpadliśmy w zasadzkę, bo nasz kapitan wszedł do wioski bez wysłania zwiadowców, a najemnicy stali w każdym oknie i szyli do nas z łuków i kusz. Lub też, nie, panie, nie wiem, co stało się z czarownikami, ale oni chyba też mieli jakichś magów, bo powietrze aż trzeszczało od rzucanych czarów.
Przy każdym zdaniu Velgeris zmieniał ton, udając inną osobę.
– Nie panie – kontynuował już swoim normalnym głosem – słońce nie zgasło w samym środku dnia. Nie panie, nie było tam pokracznych demonów, które rozrywały żołnierzy na strzępy, demonów, od których nasze miecze i włócznie odbijały się jak od skały. Nie panie, czarodzieje nie wrzeszczeli, gdy coś gotowało im krew w żyłach, a Stary Drawen nie kazał nam wszystkim uciekać, tylko że wtedy nie było już gdzie uciekać, bo nawet gwiazdy na niebie były inne. Nie panie, nie widziałem ludzi z wioski przemienionych w bestie, które skakały nam do gardeł i próbowały zamordować. Nie panie, to nie myśmy ich zabili, zrobili to bandyci. – Ogar uniósł do ust puchar i pociągnął długi łyk. – Nie panie, nie widziałem żadnych dzieci, zabijających potwory. Bo niby jak dzieci mogłyby zabijać bestie, którym nie dały rady nasze miecze i czary?
Ekkenhard poprawił się na krześle. Udając, że drapie się po kostce, sprawdził, czy tkwiący w cholewie sztylet daje się łatwo wyciągnąć. To byłoby proste rozwiązanie, tylko że... przed nim siedział Drugi Ogar w Psiarni. Na nieoficjalnej liście najważniejszych ludzi w Imperium, liście, na której nie liczyło się pochodzenie czy czystość krwi, lecz zasługi i rzeczywista władza, Velgeris znajdował się w pierwszej dwudziestce. Zabicie go z jakiegokolwiek powodu oznaczało poważne kłopoty. Poprzednia myśl, że Gentrell chciał go tu mieć, żeby łatwiej pozbyć się Ogara, wydała mu się nagle śmieszna. Zapewne jeśli ten chudzielec jutro rano nie wyjedzie główną bramą, cały i zdrów, na zamek uderzą szturmowe drużyny Cesarskiej Psiarni. I najpewniej, jeśli będą brać jeńców, to tylko po to, żeby zapewnić im długie i bolesne czyszczenie umysłu.
Rozluźnił się, patrząc na swojego dowódcę. W końcu, do ciężkiej cholery, on jest tu starszy stopniem.
– Ile jeszcze plotek słyszeliście? – Gentrell nie wyglądał na zaniepokojonego. A to znaczyło, że należało się martwić.
– To nie plotki, tylko sprawdzone informacje. To, co wydarzyło się w Glewwen-On, odbiło się niezłą falą we wszystkich aspektach Mocy wypełniającej przestrzeń. Nawet tysiąc mil od wioski czarodzieje, wróżbici i kapłani budzili się z krzykiem i odruchowo stawiali bariery ochronne. To było tak, jakby w spokojnym morzu nastąpił wybuch wulkanu. Od czasów Wojen Bogów nie znamy podobnego przypadku.
– Znamy mnóstwo takich przypadków. Pobitewne Uroczyska ciągle wypaczają Moc, zdarzają się erupcje ogarniające wiele mil terenu. Zapytaj czarodziei, co czują, gdy znajdą się w pobliżu Uroczyska, a ono nagle zaczyna pulsować.
– Wiem, co czują. – Ogar uśmiechnął się dziwnie. – Bardzo dobrze wiem, co czują, i zapewniam was, że to nic w porównaniu z falą, jaka przetoczyła się wtedy przez pół kontynentu. Uroczyska to Uroczyska, były, są i będą, ale w tamtej wiosce doszło do czegoś, co nigdy wcześniej nie miało miejsca w znanej nam historii.