Opowieści z meekhańskiego pogranicza. Północ-Południe
- Автор: Вегнер Роберт М.
- Серия: Opowieści z meekhańskiego pogranicza #1
- Год: 2010
- Язык: польский
- Год: Powergraph
- ISBN: 9788361187080
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Opowieści z meekhańskiego pogranicza. Północ-Południe». Краткое содержание книги:
– Gdzie jesteśmy? – powtórzył, tym razem zdecydowany otrzymać odpowiedź.
Skrzypienie jej kroków ucichło w mroku, po chwili zaczęło się zbliżać. Poprzednio dziewczyna nawet nie zostawiała śladów na piasku, teraz jednak brnęła przez pustynię tak jak i on, ciężko, mozolnie, zapadając się po kostki w pył. Przestała być widmowym majakiem, złudzeniem konającego umysłu, i w miarę jak odzyskiwał siły, nabierała realności.
Wyłoniła się z ciemności nagle, jakby dopiero kilka stóp przed nim mrok raczył wypuścić ją z objęć.
– Przecież właśnie tutaj chciałeś się znaleźć, prawda?
Zaschło mu w ustach.
– Skorpioni Młyn? Więc jednak jesteś służką Domu Snu...
Uśmiechnęła się nieznacznie.
– Nie, już mówiłam, nikomu nie służę. To jest miejsce, które nazywacie Skorpionim Młynem, kiedyś skorpiony przychodziły tu, żeby umierać. Ale teraz już nie. Zbyt wiele się zmieniło od czasów, gdy venleggowi przyszli tu, żeby spróbować połączyć się ze swoją kaaf. Gdy ucichły werble ostatniej bitwy, gdy pojawiła się bariera, nie mieli innego wyjścia. Lecz im się nie udało. Ta pustynia ma własną pamięć i własne plany co do tych, którzy na niej żyją. Nie wypuściła ich, zabiła jak wszystkich, którzy nie kłaniają się jej wystarczająco nisko, i zmieliła ich chitynowe pancerze na śnieżnobiały proch. A potem, żeby ukryć zbrodnię, nie pozwoliła, żeby ten pył się stąd wydostał. Zresztą to akurat było łatwe, Moc tu aż kipi.
Wpatrywał się w jej twarz, próbując dostrzec oczy.
– Nie patrz tak na mnie, mój mały skorpionie. – Tym razem wiedział, że się uśmiechnęła w ten swój przerażający sposób. – Nawet wy, potomkowie zdrajców, niewiele pamiętacie z tamtych czasów. Dlaczego zresztą mielibyście pamiętać?
– Nie jestem potomkiem zdrajców.
– Naprawdę? A jeśli ktoś przysięga, łamię przysięgę, składa następną nowemu panu i znów ją łamie, to jak nazwie go historia?
Sięgnął pamięcią do nauk wuja Imrynna.
– To zależy od tego, czy w ostatecznym rozrachunku jego strona przegrała, czy wygrała.
Przez chwilę przyglądała mu się, lekko przekrzywiając głowę w bok.
– Dobra odpowiedź. Bardzo dobra. No, no, trafił mi się wygadany skorpion.
Odwróciła się i ruszyła w mrok.
– Pospiesz się – dobiegło z ciemności. – Tu na pewno nie znajdziemy wody. Nawet dla mnie pustynia w tym miejscu nie zrobi wyjątku. Więc lepiej, żebyśmy do świtu znaleźli się po drugiej stronie.
—— • ——
– Kim jesteś?
Postać uniosła głowę i zaskomlała. Stara szopa, w której się znajdowały, wydawała się kurczyć od tego dźwięku, zupełnie jakby to skomlenie wyparło całe powietrze, zostawiając pustkę, którą świat zewnętrzny próbował wypełnić, napierając na spróchniałe deski.
Nealla zebrała się na odwagę i podeszła bliżej, mimo że miała wrażenie, iż zaraz serce wyskoczy jej z piersi.
– Kim jesteś?
Dziewczyna – skądś wiedziała, że to dziewczyna, zanim ta odwróciła się w jej stronę – ucichła. Wrażenie naporu na ściany szopy znikło.
Przybłęda przestała kulić się w kącie i spojrzała na nią. Nealla omal nie wrzasnęła i nie rzuciła się do wyjścia. W oczach nagiej dzikuski błyszczał czysty, niczym nieskażony obłęd. W ostatniej chwili przypomniała sobie słowa matki: „Nie bój się tych, których bogowie już za życia zabrali do siebie. Bój się tych, których nie wezmą nawet po śmierci”.
Uśmiechnęła się z wysiłkiem i powoli, żeby nie przestraszyć szalonej, przykucnęła, aż ich twarze znalazły się na tej samej wysokości. Dziewczyna wyglądała na kilka lat starszą, lecz była tak wychudzona, że Nealla ważyła chyba więcej. Uznała, że w razie czego potrafi wyrwać się i uciec.
– Jak ci na imię? Ja nazywam się Nealla.
Oczy straciły obłąkany wyraz.
– Z... mię?
Obudziła się w całkowitej ciemności. Leżąc, usiłowała uspokoić rozpaczliwe bicie serca i odzyskać oddech.
Imię.
Jak mam na imię?
—— • ——
Kolacja była dokładnie taka, jakiej należało się spodziewać w odciętym od świata, zapomnianym przez bogów i ludzi garnizonie na pograniczu Imperium. Velgeris jednak nie sprawiał wrażenia zawiedzionego kaszą ze skwarkami, baranim gulaszem, jęczmiennymi plackami i kozim serem. Pochłaniał wszystko tak, jakby od kilku dni niczego nie miał w ustach. Patrząc na niego, Ekkenhard musiał przyznać, że wyglądał, jakby to była prawda. Ogar był wysoki, chudy i żylasty, żylastością ofiary długotrwałego głodu. Miał smukłe, szczupłe dłonie, z widoczną siecią niebieskich żyłek, szyję z wystającą grdyką i kilka kępek włosów, porastających tu i ówdzie małą głowę. Jego twarz przypominała maskę pośmiertną, w której oczodołach ktoś osadził kawałki węgla. Gdy przełykał, grdyka skakała w górę tak gwałtownie, że miało się wrażenie, że zaraz wypadnie ustami. Przez cały posiłek nie odrywał oczu od talerza, nawet gdy pił wino. Z pewnością nie byłby ozdobą żadnego przyjęcia.
– Więc co zdarzyło się w Glewwen-On?
Strzelił tym pytaniem z pełnymi ustami, przez co zabrzmiało nieco niewyraźnie, niechlujnie, jakby pytał o najzwyklejszą, najbanalniejszą rzecz pod słońcem. Ekkenhard ukrył uśmiech, podnosząc do ust kielich. Dobry gracz zawsze obchodzi główny temat boczkiem, drąży pół- i ćwierćpytaniami, udaje, że dana sprawa nic go nie obchodzi, czeka cierpliwie, aż ofiara sama się zdradzi. Gracz wybitnie mądry, lub wybitnie głupi, pyta wprost. Zwłaszcza w sytuacji, gdy wszyscy wiedzą, co tak naprawdę go interesuje. Velgeris głupi nie był, więcej, byli tacy, którzy twierdzili, że jest równie inteligentny jak sam Wielki Ogar, że jego pozycja Drugiego w Psiarni wynika z wyrachowania, a nie niedostatków intelektu.
Mimo to postanowił nie ułatwiać mu życia.
– Licząca ponad cztery setki banda wygłodzonych najemników napadła na wieś. Sądzimy, że były to niedobitki armii księcia Dalenhera z Wolnych Księstw, które lasami przekradły się wzdłuż granicy, szukając miejsca do przezimowania. Położona na odludziu wieś wydała się im pewnie dobrym miejscem na kryjówkę.
– Banda najemników? – Ogar przełknął i popił winem. – Musieli być odważni, jeśli zapuścili się aż dwadzieścia mil na terytorium Imperium.
– Głód dodaje odwagi.
– I mieli pewnie dobrego przywódcę, skoro nie rozproszyli się na małe grupki, jak setki innych band.
– Podobno wymuszał posłuch dwuręcznym mieczem. – Gentrell obdarzył rozmówcę swoim najbardziej niemrawym spojrzeniem. – Czemu właściwie Ogary węszą tutaj, osiemdziesiąt mil od ruin wioski?
Velgeris mruknął coś w powietrze i wpakował sobie do ust kolejną porcję sera. Zapowiadało się długie i wyczerpujące starcie.
Przy stole siedzieli we trzech. Ogar przybył do zamku zaledwie z dwoma pachołkami, których zostawił w kwaterze i zasiadł do kolacji sam. Dowódca zamku kazał na tę okazję przygotować posiłek w swoich prywatnych komnatach, siedzieli więc przy masywnym, dębowym stole, nakrytym skromnym, lecz czystym i świeżym obrusem. Pokryte tynkiem ściany pobielono, a kilkanaście świec rozjaśniało mrok. Ciężka szafa podpierała ścianę. Więcej mebli nie było.
Ekkenhard w milczeniu wodził wzrokiem od Gentrella do Velgerisa. Szczur i Ogar, Ogar i Szczur. Przedstawiciele dwóch potęg, zakulisowo wspierających rządy cesarza. Podobno gdy pierwszy imperator zaczął swoją kampanię przeciw Siostrom Wojny, podzielił wywiad na dwie części, mówiąc: „Szczury węszą w domu, Ogary w lesie”. I tak powstał wywiad wewnętrzny, zajmujący się wszystkim, co znajdowało się w granicach Imperium, oraz wywiad zewnętrzny, który miał donosić o tym, co działo się poza nimi.