Opowieści z meekhańskiego pogranicza. Północ-Południe
- Автор: Вегнер Роберт М.
- Серия: Opowieści z meekhańskiego pogranicza #1
- Год: 2010
- Язык: польский
- Год: Powergraph
- ISBN: 9788361187080
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Opowieści z meekhańskiego pogranicza. Północ-Południe». Краткое содержание книги:
Gość bez słowa podszedł do stołu i usiadł naprzeciw Ekkenharda.
– Długą miałeś drogę?
– Jak zwykle. Pięć dni bezdrożami i cały dzień na bagnach, bywało gorzej. Wina?
– Nie odmówię. – Nalał sobie i pociągnął z kubka. – Co w stolicy?
– Bez zmian, cesarz włada otoczony miłością poddanych, arystokracja z Rady Pierwszych jest zawsze gotowa służyć mu pomocą i wsparciem, kapłani troszczą się o dusze ludzi, magowie zgłębiają tajemnice Wszechrzeczy, aby wykorzystać je dla ogólnego dobra. A wszystkiemu przyglądają się bogowie, radujący się z powszechnego szczęścia.
Przybysz uśmiechnął się kwaśno, odstawiając kubek.
– Innymi słowy Rada nie knuje i nie jątrzy, nie podkopuje autorytetu i nie wbija noża w plecy. Kapłani nie próbują skakać sobie do gardeł, żeby tylko ugrać coś w swoich odwiecznych wojenkach, a gildie magów nie prowadzą jakichś dziwacznych gier, które mogą wszystkich nas wysłać do piekła.
– Dokładnie. Sielanka. – Ekkenhard uniósł kubek w toaście. – Za piękne sny, komendancie Gentrell.
– Za sny.
Wypili.
– Myślałem, że spotkamy się dopiero na kolacji.
– Na kolacji mamy gościa, nie moglibyśmy porozmawiać otwarcie.
– A któż nas zaszczyci?
– Velgeris.
Ekkenhard wpatrywał się chwilę w przybysza, szukając w jego minie śladu kpiny. Nie znalazł.
– Żartujesz?
Dowodzący na zamku Lotis skrzywił się i posłał mu uspokajający uśmiech. Zadziałało to tak, że Ekkenhard zaczął się pocić. O Gentrellu mówiono, że jak wrzeszczy i przeklina, to wszystko jest w najlepszym porządku, ale gdy się uśmiecha, to lepiej brać nogi za pas, bo zaraz polecą łby.
– Chciałbym. Gdy zjawił się tu wczoraj, myślałem, że jak zwykle przyjechał pojątrzyć, podrażnić się i powęszyć przy okazji. Ale nie, on od razu zapytał o Glewwen-On.
Ekkenhard drgnął. Niby tego właśnie należało się spodziewać, bo dlaczego właściwie Drugi Ogar Imperium zaszczycałby szczurzą norę, ale przez chwilę łudził się nadzieją, że to tylko przypadkowa wizyta. Westchnął.
– I tak udało nam się utrzymać tajemnicę ponad pięć lat – powiedział. – Nieźle, jeśli wziąć pod uwagę, że straciliśmy tam dwie kompanie piechoty i pięciu bitewnych magów. Nie mówiąc oczywiście o trzystu mieszkańcach wioski. Myślę, że pięć lat to i tak łaska bogów.
– Których, co? Jeśli ktoś z panteonu zaczął nam mieszać w garnku, chcę wiedzieć, kto i jaki ma w tym cel.
– To była przenośnia. Zresztą, czego mogliśmy się spodziewać? Od samego początku zapędziliśmy ich do roboty, nie mówiąc zbyt wiele. Mieli poza Imperium szukać piętnastoletniej dziewczyny z czarnymi włosami, wokół której dochodziłoby do dziwnych zjawisk. Jeśli Ogary wreszcie zwąchały całą prawdę, mogą ją wykorzystać przeciwko nam.
– Jak każdą inną.
– Co zamierzasz zrobić?
– Ja? Nic. – Komendant uśmiechnął się złośliwie. – Liczę na ciebie.
– Och, oczywiście, wykorzystaj jedynego nieujawnionego Szczura w tej prowincji tylko po to, żeby nie musieć się wysilać. Powiedział coś więcej?
– Tak. Stwierdził, że ma dowody na to, że mieszkańcy wioski, która została wymordowana, wcale nie padli ofiarą łupieżczej bandy terroryzującej okolice. Wspominał także coś o Dwudziestym Drugim Pułku, który nagle został przeformowany i którego żołnierze zasilili inne oddziały w całym Imperium.
– Interesujące. Napomknąłeś mu, że Ogary nie powinny węszyć wokół armii? Sprawy bezpieczeństwa wewnętrznego należą do nas.
– Napomknąłem. Nie wyglądał na zbytnio przejętego. Najwyraźniej uważa, że wie dość, by przycisnąć nas do muru.
– Czyli nie da się zbyć byle czym?
– Może i jestem stary, ale nie głupi. To Drugi Ogar w Imperium. Myślę, że dobrze wie, czego szuka.
– Ja też.
Obaj mimowolnie spojrzeli w stronę wschodniej ściany komnaty. Za nią znajdował się dziedziniec, a za dziedzińcem wznosiła się jedna z dwu niskich, posępnych i pokracznych wież. Ekkenhard wiedział, że wieżę porasta bluszcz, któremu pozwolono wspiąć się na ceglany mur tylko w jednym celu: aby ukryć, że większość okien zamurowano, a resztę wyposażono w potężne żelazne kraty. Chodziło o to, aby wszyscy, przypadkowy wędrowiec i chłop dostarczający zapasy dla załogi, byli święcie przekonani, że stacjonuje tu tylko zapomniany przez biurokrację garnizon, strzegący bezludnego bagna. Nikt nie powinien łączyć zamku z odległą o osiemdziesiąt mil wioską, która kilka lat temu została pochłonięta przez Uroczysko.
– A jak tutaj? – Ekkenhard oderwał wzrok od ściany.
– Bez zmian. Cały czas.
—— • ——
– Gdzie jesteśmy?
Milczała. Od kilku dni, od chwili, gdy zgodził się na jej propozycję, traktowała go jak powietrze. Nie odzywała się, nie odpowiadała na pytania, po prostu bez przerwy szła przed siebie, cały czas kierując się na zachód. Przynajmniej miał wrażenie, że to był zachód.
Dni spędzali w płytkich, cienistych zagłębieniach, chroniąc się przed spadającym z nieba żarem, a ona zawsze potrafiła znaleźć takie miejsce, nocami zaś wędrowali. Ich szlak wiódł od źródła do źródła, od ukrytej pod kamieniami błotnistej kałuży do zagłębienia, które musieli pogłębiać rękoma i które po kilku godzinach powinno wypełnić się mętnym płynem. Tylko że ona najwyraźniej nie miała ochoty pić takiego błota, więc zazwyczaj wygrzebany dołek w ciągu kilku chwil bulgotał chłodną, kryształowo czystą wodą. Takiej wody nie spotyka się na pustyni, taką wodę pił tylko na północy, na górskich pastwiskach. Ignorował jednak te myśli, gasząc pragnienie i nie zadając żadnych pytań. Jeszcze nie teraz.
Wzdłuż szlaku miała rozsiane schowki z zapasami, kilka suszonych owoców, parę sucharów, kawałek wędzonego mięsa. Dzieliła się z nim bez słowa, skubiąc ledwo kęs czy dwa, i zaraz zasypiała. On również. Przesypiali najgorętsze godziny dnia, przez resztę czasu milcząc i obserwując okolicę. Po tym, co zrobiła z nim na pustyni, po ludziach, którzy powstali do życia, po czym rozsypali się w pył tylko dlatego, że chciała go wypróbować, nie miał ochoty na rozmowę. Była... kimś... czymś... Szukał odpowiedniego określenia. Czymś obcym. Czary, Moc, nie rozpoznawał tego wokół niej, a przecież potrafił wyczuć magię, tak jak wyczuł czarownika zbliżającego się do domu Aerina. Wokół niej tego nie było.
Wokół niej była pustka.
Pierwsze pytanie zadał, dopiero gdy zobaczył, jak zmienia się barwa piasku. Z bladożółtego przeszła w kremowy, a później w biały. Nie jasnoszary, lecz biały jak kredowy pył. Znaleźli się na takiej połaci nagle, w środku nocy. Przekroczyli granicę, którą stanowił rząd czarnych na tle nieba i wyższych niż dwóch mężczyzn, kamiennych zębów – i nagle tam byli. Być może nie zwróciłby na to uwagi od razu, w końcu w mroku trudno stwierdzić, że zmieniła się barwa podłoża, gdyby nie dźwięk. Piasek pod jego stopami zaczął skrzypieć dźwiękiem, jaki wydają ocierające się o siebie rzemienie. Zatrzymał się i podniósł garść. Nawet w nocy nie miał wątpliwości – trzymał w dłoni coś, co w dotyku i barwą przypominało gipsowy pył.