Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Фэнтези » Opowieści z meekhańskiego pogranicza. Północ-Południe
Opowieści z meekhańskiego pogranicza. Północ-Południe - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Opowieści z meekhańskiego pogranicza. Północ-Południe

Электронная книга - «Opowieści z meekhańskiego pogranicza. Północ-Południe». Краткое содержание книги:

Opowieści z meekhańskiego pogranicza. Północ-Południe
1 ... 103 104 105 106 107 108 109 110 111 ... 123
Перейти на страницу:

Odpłynął w ciemność, zanim zdążył wykrzyczeć z siebie ból.

Zabij moje wspomnienia

Zamek dominował nad rozległą doliną, przycupnąwszy na wzgórzu niczym pokraczna ropucha na kamieniu. Pokraczny to dobre słowo, pomyślał jeździec. Pokraczny, brzydki i paskudny. Wydawało się, że ma zachwiane proporcje, za niskie mury, zbyt szerokie wieże, absurdalnie daleko wysunięty barbakan. Zupełnie jakby poskładano go z części wykradzionych z innych warowni. Całość miała kolor zrudziałej cegły, pokrytej liszajami zacieków i niezdrowych plam. Paskudztwo. Idea, żeby wybudować coś takiego pośrodku bagnistej, niemal zawsze wypełnionej mgłą doliny, wydawała się pozbawiona sensu i głupia. Trzeba było zagłębić się w księgach, by wiedzieć, że gdy po jednej z wojen zewnętrzne mury zawaliły się, odbudowano je dobre dziesięć jardów dalej, tam, gdzie wzgórze wspierało się na kamiennym rdzeniu, więc barbakan, który jakimś cudem ocalał, sterczał teraz spoza linii murów jak palec, wskazujący drogę na południe. Potrzeba było również znajomości historii, żeby zdawać sobie sprawę z faktu, iż kilkaset lat wcześniej dolina była żyznym, kwitnącym miejscem, przynoszącym młodemu Imperium dochód rzędu dziesięciu tysięcy cesarskich orgów rocznie, a zamek stał na straży szlaków handlowych, dających pięciokroć większe zyski. Mężczyzna miał taką wiedzę i wcale nie podnosiła go ona na duchu. Oznaczała, że świat zmienia się na gorsze.

I robi to coraz szybciej.

Szarpnął wodze, odrywając konia od skubania wątłych badyli rosnących wzdłuż grobli. Wierzchowiec odwrócił łeb i spojrzał z wyraźną pretensją.

– Jak znów nażresz się byle czego, całą noc będzie cię bolał brzuch. Za kwadrans będziemy w zamku.

Koń parsknął, a mężczyzna uśmiechnął się pod nosem, otulając szczelniej płaszczem. W trakcie długich, samotnych wędrówek po najdalszych krańcach Imperium i poza nim nabrał zwyczaju gadania do wierzchowca, ale ostatnio z pewnym rozbawieniem zauważył, że najwyraźniej zaczyna oczekiwać od konia czegoś w rodzaju dialogu, tłumacząc jego rżenie, parsknięcia i pierdnięcia jako wkład do rozmowy. A to oznaczało, że potrzebował dłuższego odpoczynku – albo zmiany wierzchowca. Na mniej gadatliwego, wyszczerzył się w myślach.

Groblę prowadzącą do zamku zbudowano w ciągu ostatnich kilkudziesięciu lat, usypując kolejne warstwy ziemi, gliny i tłuczonego kamienia, w miarę jak podnosił się poziom wód gruntowych. Niemal na całej powierzchni, z wyjątkiem kolein zostawionych przez wozy, porastała ją rachityczna trawa o nieprzyjemnej, burozielonej barwie. Końskie kopyta mlaskały wilgotno i kleisto w brei wypełniającej koleiny, następny znak, że w ciągu najbliższych kilku lat trzeba będzie drogę podwyższyć. Chyba że Szczury zdecydują się wreszcie porzucić zamek i przenieść swoich gości w inne miejsce.

Albo rozwiązać ich problem definitywnie.

Dziś mgły spowijające dolinę rozpędził porywisty, zimny wiatr z zachodu. Zbliżała się zima. Jeździec zdecydowanie wolałby jechać, wdychając wilgotne opary, niż patrzeć na skarłowaciałe drzewa, płytkie bajorka i rozległe oczka wypełnione mętną wodą, przedzielone fragmentami terenu porośniętego pożółkłymi, bagiennymi trawami. Wszelkie próby osuszenia mokradeł porzucono ponad sto lat temu, wraz z ostatnimi osadnikami opuszczającymi okolicę. Żeby wygrać tę wojnę, trzeba by skierować rzekę w stare koryto, co kosztowałoby sto razy więcej, niż wynosił roczny dochód z tutejszego handlu i upraw. Prościej było zbudować nowy szlak kupiecki niż próbować wygrać z naturą. Samotny, pokraczny zamek, stojący na wzgórzu pośrodku zamglonej doliny, był ostatnim świadkiem tego, że kiedyś żyli tu ludzie.

Grobla kończyła się półkolistym rozszerzeniem, dzięki któremu wozy dostarczające zapasy do zamku mogły zawrócić. Do samej warowni było jeszcze ponad dwieście jardów. Dalej prowadził drewniany most, zbudowany z wbitych w dno pali i byle jak ułożonych desek. Wozy zatrzymywały się właśnie tutaj, a ich ładunek przenoszono ręcznie. Do każdego pala, podtrzymującego konstrukcję z desek, przywiązano gliniane naczynie. Wędrowiec wiedział, że wypełniała je oliwa. Wystarczyło kilka chwil, parę celnie wystrzelonych płonących pocisków, żeby odciąć zamek od świata. Westchnął cicho. Oto cali my, pomyślał, meekhańska zapobiegliwość. Przez tę dolinę i tak żadna armia nie mogłaby przejść, nie bez wielodniowych przygotowań, zaś szturm na zamek zbudowany pośrodku trzęsawiska byłby samobójstwem, a my i tak zachowujemy się, jakby lada moment miała wybuchnąć wojna. No cóż, pragniesz pokoju, trzymaj w domu naostrzony miecz, jak mówi starożytne przysłowie.

Wjechał na mostek. Kopyta dudniły po deskach, cała konstrukcja chwiała się i skrzypiała. To też było zamierzone, nawet najciemniejszą nocą nikt nie podkradłby się tędy pod bramę niezauważony. Poklepał konia po szyi.

– Spokojnie, już nieraz tędy przechodziliśmy, pamiętasz? Na pewno się nie zawali.

Wierzchowiec zastrzygł uszami i puścił bąka.

—— • ——

Musieli go zauważyć, gdy był jeszcze na grobli, bo opuścili most zwodzony, a przed uchyloną bramą stało dwóch strażników. Powitali go po wojskowemu, salutując pięścią do lewej piersi.

– Witamy w zamku Lotis, panie Ekkenhardzie.

Poznał starszego z nich.

– Witaj, Beris. Piękną mamy pogodę, nieprawdaż?

Strażnik skrzywił się w uśmiechu i zadrżał. Nawet ciepły wojskowy płaszcz nie chronił go przed wiatrem.

– Jak co roku o tej porze. Nie można sobie wymarzyć lepszej.

– Rzecz jasna. Komendant Gentrell czeka?

– Oczywiście. Powiedział jednak, że nie musi się pan spieszyć. Komnata jest już przygotowana, świeże szaty również. Polecił przekazać, że spotkacie się na kolacji.

– Dobrze. – Zsiadł z konia, przeklinając obolałe uda. – Zajmijcie się koniem, mamy za sobą długą drogę.

Żołnierz skinął głową i ujął wodze.

– Chodź, staruszku, ciepła stajnia czeka – mruknął.

Ekkenhard uśmiechnął się szeroko, wyglądało na to, że wszystko jest w porządku, nie tylko on traktował tego konia jak partnera do rozmów.

Uśmiech poszerzył się jeszcze, gdy zobaczył swoją komnatę. W kominku huczał ogień, na stole stało kilka naczyń przykrytych lnianymi ścierkami, na szerokim łożu leżało nowe ubranie. W kącie parowała misa z wodą. Z westchnieniem ulgi ściągnął ciężki od wilgoci płaszcz i powiesił go na haku wbitym w ścianę kominka. Materiał momentalnie zaczął parować. Odpiął pas z mieczem, rozsznurował i ściągnął lekki, skórzany pancerz. Barwiona na brązowo skóra, mimo impregnacji olejem, również sprawiała wrażenie wilgotnej. To zły znak, po wyschnięciu pancerz najpewniej skurczy się i zacznie się nadawać dla kogoś znacznie mniejszego niż on. Będzie go musiał wymienić w zamkowej zbrojowni.

Westchnął. Jeszcze kilka dni w tej okolicy, a on sam nadawałby się do wymiany na kogoś młodszego i nowszego. Pikowany kaftan i wilgotna koszula powędrowały w ślad za płaszczem. Po chwili wahania rozebrał się do naga i mocząc w gorącej wodzie ręcznik, zmył z siebie wielodniowy bród. W zamku nie było łaźni z prawdziwego zdarzenia, lecz ta namiastka kąpieli i tak sprawiła mały cud. Potrzebował tego bardziej niż ciepłego posiłku. Nie wytarł się, tylko stojąc przed kominkiem, pozwolił, żeby ciepło osuszyło jego ciało. Jedzenie mogło jeszcze poczekać. Ale niedługo.

Pukanie do drzwi zastało go przy ogryzaniu do czysta jagnięcego udźca. Westchnął i przepłukał usta winem.

– Otwarte.

Mężczyzna, który wszedł, był średniego wzrostu i miał sylwetkę, którą dyplomatycznie zwykło się określać jako grubokościstą. Wyglądał na co najmniej dziesięć lat starszego niż siedzący przy stole wędrowiec, lecz w tym przypadku wygląd mógł bardzo mylić. Ubrany jak zwykły żołnierz, który akurat wyszedł z koszar rozprostować nogi, nie wyróżniał się niczym szczególnym. Poza twarzą, sprawiającą wrażenie, jakby jakiś niedoświadczony rzeźbiarz wziął kawał skały i kilkoma szybkimi uderzeniami dłuta nadał jej z grubsza ludzki wygląd. Niekształtny nos, ostre płaszczyzny policzków, masywna szczęka i ukryte głęboko w oczodołach senne, lekko nieprzytomne oczy. Twarz prostaka i głupca. Tych, którzy dali się nabrać na tę twarz, liczono w setki i każdy z nich żałował, że nie docenił jej właściciela.

1 ... 103 104 105 106 107 108 109 110 111 ... 123
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)