Kroki w nieznane. Almanach fantastyki. Tom 5
- Автор: Браун Эрик, Иган Грег
- Год: 2009
- Язык: польский
- Год: Wydawnictwo „Solaris”
- Переводчик: Jolanta Pers
- Жанр: Научная фантастика
Электронная книга - «Kroki w nieznane. Almanach fantastyki. Tom 5». Краткое содержание книги:
— Też jest o zabijaniu dzieci?
— O rozbijaniu głów. „Obijesz ich żelaznym prętem” i „rozwalisz na kawałki”. Są tam także rany, kaleczenie, ścinanie, drwiny i potępianie…
— O potępianiu to już Altairczyków uczyć niczego nie trzeba — powiedziałam.
— Ale nie o wstrząsaniu narodami. Ani o powlekaniu Ziemi ciemnościami — odparł. — Dobra. — Otworzył laptop. — Przede wszystkim muszę zeskanować tę pieśń, a potem usunę instrumentację, żebyśmy mogli zagrać im same głosy.
— A ja co mam robić?
— Pani… — Ponownie zniknął w sąsiednim pokoju i wyszedł z czterostopowym stosem muzycznych ksiąg i partytur, który zwalił mi na kolana. — Pani może zrobić listę wszystkich pieśni, których nie chcielibyśmy demonstrować Altairczykom.
Kiwnęłam głową i zaczęłam przeglądać Święta księgę pieśni wigilijnych. Zaskoczyło mnie, w jak wielu kolędach uważanych za radosne, spokojne pieśni, zwiastujące światu Dobrą Nowinę, są zwrotki pełne gwałtu i okrucieństw. Kolęda z Coventry nie była jedyną traktującą o zabijaniu dzieci. W Nadchodzą święta była mowa o grzechu, cierpieniu i wojnach. W O przyjdź zbawco, przyjdź śpiewano o cierpieniu, zazdrości i sporach. Święty i Bluszcz wspominała o kościach, krwi i niedźwiedziach, a Dobry król Wacław opowiadała o okrucieństwie, przynoszeniu ludzkiego mięsa, mrożeniu ludziom krwi i atakach serca.
— Nie miałam pojęcia, że w wigilijnych kolędach jest tyle ponurych rzeczy — stwierdziłam.
— Powinna pani posłuchać pieśni wielkanocnych — odparł pan Ledbetter. — Jak już pani szuka, proszę znaleźć pieśni ze słowem „usiądźcie”, żebyśmy mogli sprawdzić, czy oni reagują na to słowo.
Kiwnęłam głową i zabrałam się do przeglądania tekstów. W Zamilczcie śmiertelnicy wszyscy stali, oprócz tego był tam strach, drżenie i zwrotka o oddaniu się na niebiańskie pożywienie. Pierwsza gwiazdka miała „krew”, a pasterze w niej nie siedzieli, tylko leżeli.
W której kolędzie było „usiądźcie?” myślałam przeglądając w pamięci te z dzieciństwa. Czy nie w Dzwonków dźwięk, o pannie Jakiejśtam, albo kimś innym, kto usiadł przy czyimś boku?
W Hej kolęda, kolęda był wers o siedzeniu przy kominku, ale nie było słowa „usiądźcie”.
Szukałam dalej. Inne pieśni świąteczne, te nie kościelne, były niemal tak samo złe, jak kolędy. Nawet śpiewanki dziecięce, takie jak Me dostanę nic na święta, radośnie omawiały walenie pałkami w ludzkie głowy, była też cała seria piosenek takich jak ta o babuni przejechanej przez renifera, albo o zabójczym placku babuni, przejechaniu renifera osobiście, czy dziaduniu, który zamierza pozywać Mikołaja aż do skutku, którym będzie puszczenie świętego w skarpetkach.
A w kolędach, w których nie było gwałtu i przemocy, znajdowałam zdania takie jak: „…rządź całym światem”, „panuj nad wszystkimi” co Altairczycy mogliby uznać za zaproszenie do podboju Ziemi.
Muszą być jakieś nieszkodliwe kolędy, myślałam i znalazłam kolędą o żłóbku, która w odróżnieniu od śpiewnika kościelnego była w Księdze Wesołych Świąt. „…złóż słodką głowinę… gwiazdy na niebie…”. Nie, to nieszkodliwe, pomyślałam. Na pewno mogę ją dodać do listy. „I weź nas ze sobą do nieba…”. Niby nic, ale Altairczycy mogą to opacznie zrozumieć. Nie chciałabym się nagle znaleźć w gwiazdolocie prującym przestrzeń do konstelacji Orła, czy skądkolwiek tam przybyli.
Pracowaliśmy niemal do trzeciej; do tego czasu zdążyliśmy oddzielić z nagrania śpiew, akompaniament i nuty (pan Ledbetter odtwarzał je na pianinie, gitarze i flecie, a ja zapisywałam) tworząc listę rzeczy, które można było bezpiecznie odtworzyć Altairczykom i drugą, jeszcze krótszą, w której były słowa kolęd z „usiądźcie” „siadajcie” albo „siedzący”.
— Dziękuję, panie Ledbetter — powiedziałam wkładając płaszcz.
— Calvin — odparł.
— Dziękuję, Calvin. Naprawdę doceniam twoją pomoc. Odegram im te piosenki i powiadomię cię o rezultatach.
— Żartujesz, Meg — zdziwił się. — Zabierzemy się do tego razem.
— Ale myślałam… Nie masz tych swoich prób do MĘKI? — powiedziałam, przypominając sobie napięty plan jego zajęć.
— Owszem, mam próbę z symfonikami, i z chórem kościelnym, i przedszkolnym, a także z chóralnym koncertem dzwonów przed mszą wigilijną…
— A ja tak długo zajmowałam ci czas — powiedziałam. — Bardzo mi przykro.
— Dyrygenci chórów w Denver nie wiedzą, co to sen — powiedział beztrosko. — Chciałem powiedzieć, że mam wolne pomiędzy próbami jutro do jedenastej rano. Jak wcześnie rano możesz dorwać Altairczyków?
— Zwykle wychodzą ze swojego statku około siódmej, ale niektórzy z członków komisji mogą zechcieć z nimi pracować od rana.
— I spojrzeć w te rozpromienione radością twarze przed wypiciem porannej kawy? Idę o zakład, że możesz Altairczyków mieć wtedy dla siebie.
Prawdopodobnie miał rację. Przypomniałam sobie, że doktor Jarvis powiedział, iż musi się przygotować do codziennej pracy z Altairczykami. — Przypominają mi mojego nauczyciela z piątej klasy — mawiał.
— Jesteś pewien, że chcesz spotkać się z nimi rano, zanim zrobisz cokolwiek innego? — zapytałam. — Ich spojrzenia…
— …są niczym w porównaniu ze wzrokiem, jakim patrzy na ciebie sopranistka, która nie dostała upragnionej solówki — stwierdził. — Nie mogę się doczekać sprawdzenia, na co reagują ci obcy.
Niestety, rezultaty naszych wysiłków były żadne.
Calvin miał rację. Gdy Altairczycy wyszli ze swego statku, przed głównym budynkiem uniwersytetu było pusto. Zapędziłam ich do pracowni, zamknęłam drzwi i zawołałam Calvina, który wszedł z kubkiem kawy od Starbucka i całym naręczem kompaktów.
— Rany boskie! — powiedział, gdy zobaczył stojących przy głośnikach Altairczyków. — Pomyliłem się! Daleko im do sopranistki. To jest raczej spojrzenie uczennicy z chóru, która usłyszała, że nie może nabłyszczać warg do czytania tekstu podczas koncertu.
Potrząsnęłam głową.
— To spojrzenie mojej cioci Judith.
— Rad jestem, że nie odtworzyliśmy im tej kolędy, w której mowa jest o rozbijaniu ludziom głów — powiedział.- Jesteś pewna, że nie przylecieli na Ziemię z morderczymi zamiarami?
— Nie — odparłam. — I dlatego musimy się z nimi jakoś porozumieć.
— To prawda — przytaknął i zabrał się do grania akompaniamentu tego, co zapisaliśmy poprzedniej nocy. Kosmici nie reagowali, gdy grał nuty na pianinie, gitarze i flecie, ale gdy puścił im sam śpiew, wszyscy pospiesznie usiedli.
— Z pewnością chodzi o słowa — stwierdził. Gdy odtworzył im Dzwonków dźwięk ponownie usiedli przy słowach „siedzący u mego boku”, co potwierdziło jego tezę.