Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Научная фантастика » Kroki w nieznane. Almanach fantastyki. Tom 5
Kroki w nieznane. Almanach fantastyki. Tom 5 - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Kroki w nieznane. Almanach fantastyki. Tom 5

Электронная книга - «Kroki w nieznane. Almanach fantastyki. Tom 5». Краткое содержание книги:

Najnowszy almanach fantastyki Kroki w nieznane prezentuje szesnaście różnorodnych opowiadań autorów z Australii, Argentyny, Rosji, Stanów Zjednoczonych, Ukrainy i Wielkiej Brytanii. Wśród nich nowa krew, niedawne debiutantki (McCarron, Swirsky) oraz autorzy rozwijający skrzydła (Bacigalupi, Kosmatka, Ostapenko). Są też stare wygi, z niemałym dorobkiem, których tekstów nie było nam dane posmakować dotychczas (Brown, Kaługin) lub spotykaliśmy się z ich twórczością okazjonalnie (Kessel, szczególnie Waldrop). Oczywiście są także wielkie nazwiska (Egan, Kress, Silverberg, czy Willis), a oprócz tego pisarze wyjątkowi, za sprawą wyobraźni (Ballantyne), poetyckiego stylu (McDonald), czy prozy o niesamowitym klimacie (Nielsen)…
1 ... 100 101 102 103 104 105 106 107 108 ... 146
Перейти на страницу:

— To może być wstęp do innej czynności, albo reakcja na kolejny bodziec. Leo, chcę mieć na taśmie wszystko, co się wydarzyło, zanim oni wstali.

— Nie filmowałem tego — stwierdził Leo.

— Nie filmowałeś???

— Powiedział pan, żebym łapał wszystko, co jest w tym pasażu — odparł Leo. Doktor Morthman go nie usłyszał. Patrzył na Altairczyków, którzy powoli się odwracali i kaczym ślizgiem ruszali w stronę wschodniego wyjścia.

— Za nimi — polecił Leo. — Nie strać ich z oczu i tym razem wszystko nakręć. — Odwrócił się do mnie. — Proszę tu zostać i sprawdzić, czy jest coś na kamerach ochrony. I niech pani zbierze nazwiska i adresy tych wszystkich ludzi, na wypadek, gdybyśmy musieli ich przesłuchać..

— Zanim pan odejdzie, powinien się pan dowiedzieć…

— Nie teraz. Altairczycy się oddalają i nie sposób przewidzieć, dokąd pójdą — powiedział i pognał za przybyszami. — Proszę jeszcze zobaczyć, czy ktoś przypadkiem nie złapał tego jakąś kamerą.

* * *

Jak się okazało, Altairczycy oddalili się jedynie do minibusu, którym ich przywieźliśmy do centrum handlowego, gdzie tocząc dookoła gniewnymi spojrzeniami zaczekali aż ich odwieziemy na uniwersytet. Gdy wróciłam, byli w głównym laboratorium z doktorem Wakamurą. Spędziłam w centrum cztery godziny spisując nazwiska i adresy ludzi, którzy obrzucali mnie zdaniami: — Spędziłam w tym centrum sześć godzin z dwojgiem małych dzieci. Sześć godzin! — albo: — Zechce pani przyjąć do wiadomości, że straciłam przez was bożonarodzeniowy koncert mojego wnusia! — Rada byłam, że pomogłam panu Ledbetterowi wyprowadzić chyłkiem jego uczennice. Gdyby nie ja, nie zdążyłyby do tego drugiego pasażu.

* * *

Kiedy skończyłam spisywać nazwiska i wysłuchałam pretensje i żale, przeszłam do biura kierownika, żeby poprosić o udostępnienie nagrań ochrony. Spodziewałam się kolejnych narzekań, on jednak był tak uradowany możliwością otwarcia centrum, że natychmiast mi je wydał. — Czy te taśmy mają dźwięk? — zapytałam, a gdy zaprzeczył, stwierdziłam: — No tak, i nie powinnam się spodziewać, że ma pan również nagrania tych jingli, jakie puszczacie w czasie godzin sprzedaży?

Byłam prawie pewna, że nie miał — reklamówki zwykle lecą na żywo z radia — ale ku mojemu zaskoczeniu powiedział, że owszem i podał mi CD. Wetknęłam go wraz z taśmami do torebki, wróciłam na uniwersytet i poszłam do głównej pracowni, żeby znaleźć doktora Morthmana. Zamiast niego natknęłam się na doktora Wakamurę, który spryskiwał Altairczyków sprayem o zapachach rozmaitych paczek z żywnością — były wśród nich popcorn, sushi, kanapki i inne — żeby zobaczyć, czy któraś z woni sprawi, że obcy usiądą.

— Jestem pewien — oznajmił mi — że oni zareagowali na jeden z unoszących się w centrum zapachów.

— Właściwie to myślę, że oni…

— To tylko kwestia znalezienia tego jednego — mówił dalej, serwując obcym zapach pizzy. Obcy patrzyli nań wrogo i z dezaprobatą w oczach.

— Gdzie jest doktor Morthman?

— W sąsiedniej pracowni — powiedział pryskając w obcych sprayem o zapachu faworków. — Ma spotkanie z pozostałymi członkami komisji.

Skrzywiłam się i przeszłam do wskazanego miejsca.

— Musimy się przyjrzeć pokryciu podłóg w pasażu — mówił akurat doktor Short. — Altairczycy mogli zareagować na różnicę pomiędzy kamieniem i drewnem.

— I powinniśmy zbadać próbki powietrza — stwierdził doktor Jarvis. — Mogło ich ruszyć coś trującego w naszej atmosferze.

— Coś trującego? — zagrzmiał wielebny Thresher. — Chciał pan powiedzieć, coś bluźnierczego! Anioły w sprośnej bieliźnie! Altairczycy nie zechcieli poniżać się wchodząc do tego przybytku nieczystości i usiedli na znak protestu! Nawet obcy poznają grzech, gdy go widzą!

— Nie zgodzę się z panem, doktorze Jarvis — odezwał się doktor Short nie zwracając w ogóle uwagi na zacietrzewienie wielebnego. — Dlaczego niby powietrze w centrum handlowym miałoby się różnić jakościowo od powietrza w muzeum, lub w sali ćwiczeń sportowych? Szukamy różnic. Co z dźwiękami? Czy one mogą być jakimś czynnikiem?

— Tak — odezwałam się. — Altairczycy…

— Panno Yates, czy przyniosła pani taśmy? — przerwał mi doktor Morthman. — Proszę je przewinąć do momentu poprzedzającego chwilę, w której Altairczycy usiedli na ziemi. Chcę zobaczyć, na co patrzyli.

— Nie chodzi o to, na co patrzyli — powiedziałam. — Oni…

— I niech pani zadzwoni do tego centrum i zdobędzie próbki pokrycia podłóg. Co pan mówił, doktorze Short?

* * *

Zostawiłam nagrania ochrony i listę kupujących na biurku doktora Morthmana, zeszłam do laboratorium dźwięku, znalazłam odtwarzacz CD i przesłuchałam piosenki Nadchodzi Święty Mikołaj, Białe święta, Radość światu… No tak. „Pasterze stróże swoich trzód usiądźcie wszyscy wraz, bo Anioł Pański sprawi cud i stanie pośród was…”. Czyżby Altairczycy uznali, że piosenka traktuje o zjawieniu się ich gwiazdolotu? A może zareagowali na coś zupełnie innego, a koincydencja czasowa była przypadkiem?

Był tylko jeden sposób, żeby się dowiedzieć. Przeszłam do pracowni głównej, gdzie doktor Wakamura podsuwał Altairczykom pod nosy zapalone świece.

— Wielkie nieba, co to jest? — zapytałam zatykając nos.

— Dziki cynamon — odpowiedział.

— To okropne.

— Powinnaś powąchać fiołki sandałowe — odparł. — Były tuż obok w Candle in the Wind, gdy oni usiedli. Może Altairczycy zareagowali na zapach ze sklepu?

— I co, zareagowali?

— Nie, nawet na zapach świerkowego arbuza, który pachnie naprawdę obco. Czy doktor Morthman znalazł jakieś wskazówki w nagraniach ochrony?

— Jeszcze ich nawet nie przejrzał — odpowiedziałam. — Gdy tu skończysz, chętnie odprowadzę Altairczyków do ich statku.

— Zrobisz to? — zapytał z nadzieją w głosie. — Bardzo by mi to odpowiadało. Patrzą dokładnie tak, jak moja teściowa. Możesz ich zabrać już teraz?

— Owszem — odpowiedziałam i podeszłam do Altairczyków, wzywając ich skinieniem, by podążyli za mną. Miałam nadzieję, że nie odejdą do swego statku, ponieważ była już prawie dziewiąta. Nie zrobili tego. Poszli za mną korytarzem do laboratorium dźwięku.

— Chciałabym tylko coś sprawdzić — powiedziałam i puściłam im: Pasterze stróże swoich trzód.

Chór śpiewał, a ja patrzyłam na niewzruszone oblicza obcych. Pan Ledbetter się myli, pomyślałam. Musieli zareagować na coś innego. Oni nawet nie słuchali.

„Usiądźcie wszyscy w krąg…”

Usiedli. Pomyślałam, że powinnam zadzwonić do pana Ledbettera. Wyłączyłam odtwarzacz i wybrałam numer, jaki zapisał na mojej dłoni. — Hej, tu Calvin Ledbetter — odezwał się głos w słuchawce. — Przepraszam, ale nie mogę teraz odebrać telefonu. — Zbyt późno przypomniałam sobie, że mówił coś o próbie. — Jeżeli dzwonisz w sprawie próby, to odbywają się w następującym porządku: czwartek, Chór Kobiecy w Mile High, dwudziesta zero zero; piątek, metodyści w Monview, chór w prezbiterium, jedenasta rano, Pierwszy Prezbiteriański z Orkiestrą Symfoniczną Denver druga po południu… — jasne było, że nie zastałam go w domu. I że jest za bardzo zajęty, by przejmować się Altairczykami.

Odłożyłam słuchawkę i spojrzałam na obcych. Nadal siedzieli, a do mnie dotarło, że odtwarzanie im tej kolędy było kiepskim pomysłem, bo nie miałam pojęcia, co mogło ich podnieść. Nie był to żaden z jingli, bo go wyłączono, a jeżeli bodźcem było coś w pasażu, to mogłam się szykować do spędzenia tu całej nocy. Po kilku minutach jednak wstali tymi swoimi śmiesznymi ruchami marionetek i zmierzyli mnie pełnymi dezaprobaty i oburzenia spojrzeniami. — Pasterze stróże swoich trzód usiądźcie wszyscy wraz… — powiedziałam im.

1 ... 100 101 102 103 104 105 106 107 108 ... 146
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)