Kroki w nieznane. Almanach fantastyki. Tom 5
- Автор: Браун Эрик, Иган Грег
- Год: 2009
- Язык: польский
- Год: Wydawnictwo „Solaris”
- Переводчик: Jolanta Pers
- Жанр: Научная фантастика
Электронная книга - «Kroki w nieznane. Almanach fantastyki. Tom 5». Краткое содержание книги:
— Jakie buty mamy włożyć? — pytały panie z chóru.
— Wygodne — odpowiedział pan Ledbetter. — Długo będziecie stały.
Nadal przeglądałam hymny. „Cóż to za dziecię”. Musiałam być na dobrym tropie. „Przynieście pochodnie, Jeanette, Izabelo…”. To musiało być gdzieś tutaj. „W Noc Wigilijną słychać śpiew…”
W końcu panie zaczęły się zbierać do wyjścia i wychodzić.
— Widzimy się w sobotę — powiedział i odprowadził je do drzwi. Została tylko czerwonowłosa, która chwyciła go w drzwiach za guzik koszuli i zapytała: — Czy nie mógłby pan zostać ze mną jeszcze chwilkę? Przećwiczylibyśmy drugi sopran… To tylko kilka minut…
— Dziś nie mogę — odpowiedział. Odwrócił się i spojrzał na mnie. Dokładnie wiedziała, co znaczy ten błysk w jego oku.
— Proszę mi przypomnieć, przećwiczymy to w sobotę — powiedział i zamknął za nią drzwi. Potem usiadł obok mnie. — Przepraszam, w sobotę mamy ważny występ. Z teraz wróćmy do obcych. O czym rozmawialiśmy?
— O Trzech Królach. Mówił pan, że to niebezpieczna pieśń.
— No tak… — wziął ode mnie śpiewnik, przekartkował sprawnie i znalazł właściwą stronę. — Czwarta zwrotka: „…cierpiący, płaczący, krwawiący, umierający” — nie chcecie chyba, żeby Altairczycy zamknęli się w zimnym, kamiennym grobie.
— Nie — rzuciłam pospiesznie. — Mówił pan, że Radość światu też jest niebezpieczna. Co w niej jest takiego?
— Smutek, grzechy, ciernie porastają ziemię.
— Myśli pan, że oni wykonują wszystkie polecenia zawarte w hymnach? Że traktują to jak rozkazy do wykonania?
— Nie wiem, ale jeżeli tak jest, to w kolędach jest wiele rzeczy, których nie chcielibyście oglądać w ich wykonaniu: bieganie wokół po szczytach dachów, przynoszenie pochodni, zabijanie dzieci…
— Zabijanie dzieci? — żachnęłam się. — W której kolędzie?
— W Kolędzie z Coventry — odpowiedział przewracając kartki do odpowiedniej strony. — Ta zwrotka o Herodzie. Widzi pani? „…rozkazał tego dnia… wszystkie dzieci pod miecz…”
— O Boże! Ta kolęda była jedną z tych w pasażu! Miałam ją na płycie! — jęknęłam. — Cieszę się, że przyszłam się z panem zobaczyć!
— Ja też — odpowiedział i uśmiechnął się do mnie.
— Pytał mnie pan, ile z „Pasterzy” im odtworzyłam — powiedziałam. — Tam też jest coś o zabijaniu dzieci?
— Nie, ale w drugiej zwrotce jest „strach i wielkie przerażenie ogarnęły ich strapione umysły”.
— Oczywiście nie chcę, żeby Altairczycy to zrobili — stwierdziłam — ale teraz nie wiem, co z tym fantem zrobić. Usiłujemy nawiązać z nimi jakąś nić porozumienia, a ta pieśń była pierwszą rzeczą, na jaką zareagowali. Jeżeli nie będę mogła grać im kolęd…
— Tego nie powiedziałem. Proszę się tylko upewnić, że te, które im pani odtwarza, nie wprowadzą zamętu do ich głów. Mówiła pani, że ma płytę z kolędami i piosenkami odtwarzanymi w całym pasażu?
— Tak, te właśnie im puszczałam.
— Panie Ledbetter… — usłyszeliśmy nieśmiały głos i w drzwiach pojawił się jakiś starszawy, łysiejący mężczyzna w koloratce. — Jak długo jeszcze chce pan tu zostać? Muszę zamykać.
— Och, przepraszam, ojcze McIntyre — odparł pan Ledbetter wstając. Pobiegł do podstawki na nuty, zebrał je szybko i wrócił do mnie.
— Będzie pan na męce, prawda? — zwrócił się do wielebnego.
Na męce? Musiałam chyba źle usłyszeć.
— Nie jestem pewien. Dawno już nie miałem do czynienia z handlem.
O jakim handlu oni mówią?
— Szczególnie chór w Alleluja. Od lat tego nie śpiewałem.
A, mówili o Handlu, nie o handlu.
— Gdyby ojciec zechciał z nami spróbować, mam jutro rano o jedenastej próbę w Pierwszym Prezbiteriańskim.
— Może tam zajrzę.
— Wspaniale — powiedział pan Ledbetter. — Dobrej nocy życzę. — Wyprowadził mnie z nawy. — Gdzie pani zaparkowała?
— Od frontu.
— Świetnie. Ja też. — Otworzył boczne drzwi. — Może pojedzie pani za mną do mojego mieszkania.
Oczami wyobraźni ujrzałam cioteczkę Judith patrzącą na mnie wzrokiem, jaki wcześniej rezerwowała na kazanie o babilońskich wszetecznicach. Przyzwoita młoda panna nigdy sama nie odwiedza męskiego mieszkania.
— Mówiła pani, że przyniosła ze sobą muzykę z tego centrum handlowego, prawda? — zapytał.
Oto, co się dzieje, gdy wyciągasz przedwczesne wnioski, pomyślałam idąc za nim do jego mieszkania i zastanawiając się, czy zaglądał tam z rudowłosą drugą sopranistką.
— Myślałem o tym wszystkim jadąc tutaj — stwierdził, gdy wchodziliśmy do budynku, gdzie mieszkał. — Przede wszystkim musimy dojść do tego, na który element, lub elementy „… usiądźcie wszyscy wraz” zareagowali obcy: nuty — mówiła pani, że przedtem też słuchali muzyki, ale może chodzić o szczególny zestaw nut — czy słowa.
Powiedziałam mu o recytowaniu słów.
— Doskonale, przekonajmy się więc, czy chodzi o akompaniament — powiedział otwierając drzwi. — Albo o tempo. Albo o tonację.
— Jaką tonację? — zapytałam siadając i patrząc na klucze w jego dłoni.
— No, nie widziała pani Jumpin’ Jack Flash?
— Nie.
— Świetny film z Whoopi Goldberg. Kluczem do szyfru jest tonacja. Dosłownie. B-mol. Pasterze stróże swoich trzód jest w tonacji C, ale Radość światu w D. Może dlatego na to nie zareagowali? A może reagują na sumę pewnych instrumentów? Co to było za dzieło Beethovena, którego słuchali?
— Dziewiąta symfonia.
Zmarszczył brwi.
— Mało prawdopodobne, ale mogło chodzić o gitarę, zespół instrumentów lub coś w akompaniamencie do Pasterzy. Zobaczymy. Proszę wejść — powiedział otwierając drzwi. Zaraz potem dał nura do sypialni. — W lodówce jest woda gazowana! — zawołał stamtąd. — Niech się pani poczęstuje i usiądzie.
Łatwiej powiedzieć, niż zrobić. Kanapa, krzesło i stolik do kawy — wszystko było zawalone kompaktami, muzycznymi nutami i ubraniami.
— Przepraszam — powiedział wyłaniając się z sypialni z laptopem w rękach. Umieścił go na stosie książek i robiąc mi miejsce zepchnął z krzesła stos ubrań przeznaczonych do prania. — Grudzień to ciężki miesiąc. W tym roku, oprócz zwykłych tysięcy koncertów w salach i kościołach, oraz dyrygowania wykonaniem kantat, mam jeszcze na karku mękę.
Jednak się nie przesłyszałam.
— Mękę? — zapytałam.
— MEKA. Międzykościelny Ekumeniczny Koncert Akademicki. MĘKA. Albo, jak mówią moje siódmoklasistki — męka i cierpienie. Ogromny koncert… właściwie to nie koncert, bo śpiewają wszyscy, nawet słuchacze. Biorą w nim udział wszystkie kościelne chóry i grupy wokalne. — Przeniósł stos płyt z kanapki na podłogę i usiadł naprzeciwko mnie. — W Denver odbywa się każdego roku. W Centrum Ekumenicznym. Czy brała pani kiedykolwiek udział w Śpiewie? — zapytał, a gdy potrząsnęłam głową dodał: — Robi wrażenie. W zeszłym roku było co najmniej trzy tysiące ludzi i czterdzieści cztery chóry.
— A pan dyryguje?
— Taaaa… W zasadzie to łatwiejsze, niż prowadzenie chórów kościelnych. Albo tego chórku szkolnego. I nawet zabawne. Wie pani, przywykłem już do prowadzenia Mesjasza w wykonaniu całego miasta… Gromada ludzi, usiłujących razem zaśpiewać Händla, i nagle grupa unitarian żąda, żeby włączyć jakieś pogańskie pienia z letniego przesilenia, które nie bardzo pasują do reszty. Teraz jeszcze mamy pieśni z Hanuki i Sam zrób sobie małe święta, Siedem Nocy Kwanzaa, kolędy wigilijne i fragment z Mesjasza. Którego, nawiasem mówiąc, też nie możemy puszczać obcym.