Kroki w nieznane. Almanach fantastyki. Tom 5
- Автор: Браун Эрик, Иган Грег
- Год: 2009
- Язык: польский
- Год: Wydawnictwo „Solaris”
- Переводчик: Jolanta Pers
- Жанр: Научная фантастика
Электронная книга - «Kroki w nieznane. Almanach fantastyki. Tom 5». Краткое содержание книги:
— Wróciłem, żeby znaleźć inne teksty „Pokój ludziom” i znalazłem ich tutaj. Już na mnie czekali — wyjaśnił Calvin. — Zaparkowałaś w zaułku?
— Tak. Co oni zrobili? — zapytałam, bojąc się odpowiedzi.
— Nic. A przynajmniej nic, co trafiłoby do CNN — powiedział wskazując mi gestem TV, gdzie pokazywano policjantów przeszukujących w pasażu magazyn ze świecami. Wyłączył dźwięk, ale na dole ekranu był napis: OBCY NA SAMOWOLCE.
— To po co ta tajemnica?
— Bo nie możemy im pozwolić na znalezienie Altairczyków, zanim nie odkryjemy, na co reagują. Następnym razem mogą zrobić coś mniej niewinnego, niż ta samowolka. I nie możemy pojechać do ciebie — Morthman wie, gdzie mieszkasz. Musimy siedzieć tutaj. Powiedziałaś komuś, że pracujemy razem?
Spróbowałam sobie przypomnieć. Zamierzałam powiedzieć o Calvinie doktorowi Morthmanowi, gdy wrócił z pasażu, ale nie pozwolił mi nawet wymienić nazwiska, a gdy wielebny Tresher zapytał mnie, kim jest Calvin, odpowiedziałam tylko, że pracuje ze mną.
— Nikomu nie powiedziałam, jak się nazywasz — stwierdziłam.
— Dobrze. A ja jestem pewien, że nikt nie widział, jak Altairczycy tu wchodzą.
— Jak możesz być tego pewien? Twoi sąsiedzi…
— Altairczycy czekali na mnie wewnątrz mieszkania — powiedział. — Stali tu, gdzie teraz. Potrafią więc albo otwierać zamki bez klucza, przechodzą przez ściany, albo posiedli umiejętność teleportacji. Stawiam na teleportację. I jest oczywiste, że nikt z członków komisji nie ma pojęcia o tym, iż oni są tutaj — powiedział wskazując ekran TV, gdzie właśnie prezentowano podobne do tych z listów gończych zdjęcie któregoś z Altairczyków, z podpisem: „Czy widziałeś obcego”? Poniżej pokazywano numer telefoniczny. — Na całe szczęście w drodze do domu zajrzałem do sklepu spożywczego i porobiłem zakupy na jutro, więc nie będę musiał wychodzić pomiędzy koncertami.
— Twoje koncerty! Zupełnie o nich zapomniałam — powiedziałam ogarnięta poczuciem winy. — Czy nie miałeś dziś wieczorem próby?
— Odwołałem ją — stwierdził. — A jak będzie trzeba, mogę odwołać i jutrzejszą poranną. A koncert miejski będzie dopiero wieczorem. Mamy mnóstwo czasu, żeby odkryć, o co tu chodzi.
Jeżeli przedtem nas nie znajdą, pomyślałam patrząc na ekran TV, gdzie policjanci przeszukiwali dział spożywczy. Gdy stwierdzą, że tam też nie ma Altairczyków, zorientują się, że i ja nie biorę udziału w poszukiwaniach i zaczną rozglądać się za mną. A reporterzy, w odróżnieniu od Leo, nagrywali wszystko. Jak pokażą fotografię Calvina z numerem, na który trzeba zadzwonić, któraś z uczennic albo chórzystek z pewnością go rozpozna.
Co oznaczało, że musimy się pospieszyć. Wzięłam w dłonie ułożoną przez nas listę piosenek i czynności Altairczyków.
— Od czego zaczniemy? — zapytałam Calvina, który przeglądał stos kompaktów.
— Nie od Bałwanka Lodzika — powiedział. — Nie sądzę, żebym jeszcze raz wytrzymał tę bieganinę tam i z powrotem.
— A może Sądzę, że błądzę7.
— Bardzo zabawne — mruknął z przekąsem. — Ponieważ wiemy, że reagują na „klękanie”, to może zaczniemy od tego?
— OK. — Zagraliśmy im „padnijcie na kolana” i „przyjdźcie uwielbiać na kolanach” i „ci, których członki zgięte są”. Na niektóre reagowali a na inne nie, bez widocznego czy zrozumiałego dla nas powodu.
— Pierwsza kolęda ma „na kolanach i pełni uwielbienia” — powiedziałam i Calvin ruszył do sypialni, żeby ją odnaleźć.
Zatrzymał się jednak przed telewizorem.
— Sądzę, że powinnaś na to popatrzeć — powiedział i wzmocnił głos.
— Nie znaleźliśmy Altairczyków w pasażu handlowym, choć mieliśmy taką nadzieję — mówił doktor Morthman. — Spostrzegliśmy też, że nieobecna jest należąca do naszej komisji panna Margaret Yates. — Na ekranie za nim pojawiło się nagranie stojących w laboratorium doktora Morthmana i reportera, a w głębi widać było mnie krzyczącą, żeby wyłączono odtwarzanie. Lada moment mogło się pojawić nagranie Calvina, domagającego się wyjaśnień, jakie kolędy odtworzono obcym.
Chwyciłam komórkę i zadzwoniłam do doktora Morthmana. Miałam nikłą nadzieję, że nie zdołają wyśledzić, skąd dzwonię i że odpowie, choćby był na wizji TV.
Odpowiedział.
— Skąd pani dzwoni? — zapytał gniewnie. — Znalazła pani Altairczyków?
— Nie — odpowiedziałam. — Ale chyba domyślam się, gdzie mogą być.
— Gdzie? — zapytał doktor Morthman.
— Nie sądzę, żeby odeszli na manowce. Myślę, że zareagowali na jedno z innych słów pieśni. „Odpocznijcie” albo…
— Wiedziałem! — zapiał tryumfalnie wielebny Tresher, wpychając się między kamerę i doktora Morthmana. — Odpowiedzieli na słowa, „Pamiętaj, Chrystus Zbawca nasz, dziś przyszedł na ten świat!”. Udali się do świątyni! W tej chwili są w Kościele Jedynie Prawdziwej Drogi!
Niezupełnie o to mi chodziło, ale fotka Wszechkościoła Jedynie Prawdziwej Drogi była lepsza, niż zdjęcie Calvina.
— To powinno dać nam dwie godziny. Ten kościół jest w Colorado Springs — powiedziałam ściszając odbiornik. Zabrałam się ponownie do odtwarzania pieśni Altairczykom i notowania ich reakcji albo ich braku, ale w pół godziny później, gdy Calvin przechodził do sypialni, żeby poszukać kompaktu Louisa Armstronga, zatrzymał się przed telewizorem i zmarszczył brwi.
— Co się stało? — zapytałam zsuwając stos nut z kolan na kanapę i przemykając obok Altairczyków do Calvina. — Nie dali się nabrać?
— Och, dali, jak najbardziej — powiedział i wzmocnił głośność odbiornika.
— Sądzimy, że Altairczycy są w Betlejem — mówił właśnie doktor Morthman. Stał przed tablicą odlotów Denver International Airport.
— W Betlejem? — jęknęłam.
— Dwa razy wspomniano o nim w tekstach kolęd — stwierdził Calvin. — Ale przynajmniej jak polecą do Izraela, będziemy mieli więcej czasu.
— A wtedy będziemy mieli na karku międzynarodowy incydent — powiedziałam. — No, przynajmniej na skalę Bliskiego Wschodu. Muszę zadzwonić do doktora Morthmana. — Morthman jednak musiał wyłączyć swoją komórkę, a do pracowni nie mogłam się dodzwonić.
— Mogłabyś zadzwonić do wielebnego Treshera — powiedział Calvin wskazując ekran.
Wsiadającego do Lexusa Treshera otoczyli reporterzy.
— Teraz właśnie udaję się do Altairczyków — oznajmił — a wieczorem odprawimy nabożeństwo dziękczynne, wy zaś będziecie mogli usłyszeć ich wyznanie wiary i wigilijną kolędę, która ich przyprowadziła do Pana…
Calvin wyłączył TV.
— Lot do Betlejem jest o szesnastej — stwierdził dodając mi otuchy. — Do tego czasu z pewnością zdążymy wszystko rozgryźć.
Zadzwonił telefon. Calvin spojrzał na mnie i podniósł słuchawkę.
— Witam, panie Steinberg — zaczął. — Nie dostał pan mojego SMS-a? Odwołałem dzisiejszą wieczorną próbę. — Słuchał przez chwilę. — Jeżeli niepokoi pana pańskie wejście na stronie dwunastej, możemy jeszcze to przećwiczyć przed koncertem. — Słuchał jeszcze przez chwilę. — Wszystko się ułoży. Jak zawsze.
Miałam nadzieję, że okaże się to też prawdą w przypadku zagadki dotyczącej reakcji Altairczyków. Jeżeli nie, zostaniemy oskarżeni o porwanie. Albo o rozpoczęcie wojny religijnej. Obie perspektywy były jednak lepsze od pozwolenia wielebnemu na odegranie obcym „konający powoli” albo „ciernie porastają Ziemię”. Oznaczało to, że musimy szybko odkryć, na co obcy reagują. Zaprezentowaliśmy im Dolly Parton, Manhattan Transfer, Barbershop Choir z Toledo i Deana Martina.