Kroki w nieznane. Almanach fantastyki. Tom 5
- Автор: Браун Эрик, Иган Грег
- Год: 2009
- Язык: польский
- Год: Wydawnictwo „Solaris”
- Переводчик: Jolanta Pers
- Жанр: Научная фантастика
Электронная книга - «Kroki w nieznane. Almanach fantastyki. Tom 5». Краткое содержание книги:
— Mogę pożyczyć to nagranie? — zapytałam. — Muszę je pokazać pozostałym członkom komisji.
— Nie ma sprawy — odpowiedział i zwrócił się do pani Carlson.
— No nie wiem — odparła niechętnie. — Mam nagranie każdej solówki Belindy.
— Panna Yates zrobi kopię i odda pani oryginał — zapewnił ją pan Ledbetter. — Prawda, Meg?
— Oczywiście — odpowiedziałam.
— Świetnie — stwierdził mój rozmówca. — Prześle pani taśmę do mnie, a ja już przekażę ją Belindzie. Może tak być? — zapytał panią Carlson.
Kiwnęła głową, wyjęła kasetę i wręczyła mi ją.
— Dziękuję — powiedziałam i pospieszyłam do doktora Morthmana, który wciąż się spierał z kierownikiem centrum.
— Nie może pan zamknąć całego centrum — mówił kierownik. — Mamy teraz największe zyski w całym roku i…
— Doktorze Morthman — wtrąciłam się. — Mam tu taśmę z siadającymi Altairczykami. Nagrała ją…
— Nie teraz — odparł niecierpliwie. — Proszę powiedzieć Leo, żeby sfilmował wszystko, co obcy mogli zobaczyć.
— Ależ on filmuje właśnie obcych — stwierdziłam. — Co będzie, jak zaczną robić coś jeszcze? — Morthman oczywiście nie słuchał.
— Proszę mu powiedzieć, żeby sfilmował wszystko, na co oni mogli zareagować: stoiska, kupujących, bożonarodzeniowe dekoracje, wszystko… I proszę zadzwonić na policję, niech otoczą kordonem parking. Nikomu nie wolno stąd wyjechać.
— K-kordon? — stęknął kierownik. — Nie może pan tu zatrzymać tych ludzi!
— Wszyscy mają stąd przejść do jakiegoś miejsca, gdzie będzie można każdego przesłuchać — zażądał Morthman.
— Przesłuchać? — wyjąkał bliski zawału kierownik.
— Nie inaczej. Ktoś mógł zobaczyć, co skłoniło ich do reakcji.
— Ktoś zobaczył — oznajmiłam. — Właśnie rozmawiałam…
Nie słuchał.
— Będą nam potrzebne nazwiska, adresy, kontakty i zeznania każdej z tych osób — mówił do kierownika. — Trzeba też sprawdzić, czy ktoś nie choruje na jakąś zaraźliwą chorobę. Altairczycy mogli usiąść, bo poczuli się niedobrze.
— Doktorze Morthman, oni nie zachorowali — powiedziałam. — Oni…
— Nie teraz — warknął. — Przekazała pani Leo moje polecenie?
Poddałam się.
— Zaraz to zrobię — odpowiedziałam i podeszłam do filmującego Altairczyków Leo, żeby mu przekazać polecenie doktora Morthmana.
— A jak oni zaczną coś robić? — zapytał patrząc na siedzących i mierzących wszystko pełnymi dezaprobaty spojrzeniami obcych. — On chyba ma rację — westchnął. — Nie wygląda na to, żeby mieli się ruszyć przez kolejne dziewięć miesięcy. — Obracając kamerę zaczął filmować wystawowe okno Victorias Secret. — Jak długo mamy tu siedzieć?
Powiedziałam mu o decyzji doktora Morthmana.
— Rany boskie! On zamierza przesłuchać tych wszystkich ludzi? — zapytał podchodząc do okna wystawowego WilliamsSonoma. — Ja muszę wieczorem gdzieś wyskoczyć.
Wszyscy ci ludzie muszą wieczorem gdzieś wyskoczyć, pomyślałam, patrząc na tłum, matki z niemowlakami na wózkach, dzieciaki, pary starszych ludzi, nastolatków. I pięćdziesiąt chórzystek ze szkoły średniej, które za godzinę mają występ w innym miejscu. Nie było winą kierownika, że doktor Morthman nigdy nikogo nie słuchał.
— Trzeba znaleźć pomieszczenie dostatecznie duże, żeby wszystkich w nim zamknąć — perorował Morthman. — I jakieś pokoje przyległe, w których będzie się ich przesłuchiwać.
— To jest centrum handlowe, a nie Guantanamo! — odparł wściekle kierownik.
Ostrożnie wycofałam się z miejsca sporu i przecisnęłam przez tłum do stojącego w otoczeniu chóru pana Ledbettera.
— Ale panie Ledbetter — mówiła jedna z dziewcząt — zaraz wrócimy, a stoisko z preclami jest tuż obok.
— Panie Ledbetter, czy mogę z panem pomówić? — zapytałam.
— Jasne. Cisza! — skarcił dziewczęta.
— Ale panie Ledbetter…
Zignorował nalegania.
— Jakie jest zdanie komisji w kwestii teorii kolędowej? — zapytał mnie.
— Nie miałam okazji jej zaprezentować. Proszę posłuchać, za pięć minut całe centrum zostanie zamknięte.
— Ale…
— Wiem. Ma pan jeszcze jeden występ. Jak chcecie stąd wyjść, to lepiej zróbcie to natychmiast. Poszłabym tędy — stwierdziłam wskazując wschodnie wyjście.
— Dziękuję — powiedział szybko. — Ale czy pani nie będzie miała kłopotów?
— Jak będę potrzebowała zeznań dziewcząt, zadzwonię — stwierdziłam — Niech mi pan da swój numer.
— Belindo, daj mi coś do pisania i jakąś kartkę — zwrócił się do pannicy. Podała mu pióro i zaczęła grzebać w plecaku.
— Nieważne — powiedział. — Nie mamy czasu. Wziął mnie za rękę i wypisał numer na mojej dłoni.
— Mówił pan, że nie wolno pisać na swoim ciele — wytknęła mu Belinda.
— Nie piszę na swoim — odpowiedział. — Meg, było mi naprawdę miło…
— Proszę już iść — powiedziałam patrząc z niepokojem na doktora Morthmana. Wyglądało na to, że jeżeli nie wymkną się w ciągu najbliższych trzydziestu sekund, w ogóle im się to nie uda, a w tak krótkim czasie nie było mowy, żeby zdołał zapanować nad pięćdziesięcioma nastolatkami. Nie zdołałby ich nawet przekrzyczeć.
— Panienki… — powiedział i podniósł obie ręce, jakby zabierał się do dyrygowania. — Ustawcie się. — Ku mojemu zaskoczeniu natychmiast go usłuchały. Cicho i sprawnie sformowały kolumnę dwójkową i szybko wyszły przez wschodnie wyjście bez żadnych tam chichotów i kwękań w stylu: „Panie Ledbetter…”. Moja opinia o jego zdolnościach pedagogicznych nagle skoczyła w górę.
Przepchnęłam się przez tłum do miejsca, gdzie doktor Morthman i kierownik centrum nadal toczyli zajadły spór. Leo przeniósł się w głąb pasażu, żeby sfilmować witrynę Verizon Wireless i odejść od wschodnich drzwi. Dobra nasza. Podeszłam do doktora Morthmana z prawej, tak żeby odwracając się ku mnie nie zobaczył wschodniego wyjścia.
— Ale co z toaletami?! — lamentował kierownik. — W naszym centrum nie ma dość klopików dla tych wszystkich ludzi!
Dziewczyny bezgłośnie znikały za drzwiami. Odprowadzałam je wzrokiem. Na końcu wyszedł pan Ledbetter.
— Mamy toalety przenośne. Panno Yates, proszę się zająć sprowadzeniem kilkunastu toy-toyów — polecił zwracając się do mnie doktor Morthman. Zrozumiałam natychmiast, że nie miał pojęcia o tym, iż przed chwilą się oddaliłam. — I proszę mnie połączyć z Radą Bezpieczeństwa Narodowego.
— Rany boskie! — jęknął kierownik. — Wie pan, jak to wpłynie na sprzedaż, jeżeli media dowiedzą się o… — Umilkł i spojrzał na tłum klientów, którzy zgromadzili się wokół Altairczyków.
Wszyscy razem westchnęli głośno i umilkli. Ktoś przed chwilą musiał wyłączyć świąteczne jingle, bo w pasażu panowała absolutna cisza.
— Co, u li… Proszę mnie przepuścić! — powiedział doktor Morthman przerywając ogólne milczenie. Przepchnął się przez krąg kupujących, żeby zobaczyć, co się stało.
Przecisnęłam się tuż za nim. Altairczycy powoli wstawali. Ich ruchy przywodziły na myśl napiętą strunę.
— Bogu dzięki — westchnął kierownik z miną skazańca, któremu właśnie przyniesiono ułaskawienie. — Teraz, gdy jest po wszystkim, mogę chyba otworzyć pasaż?
Doktor Morthman potrząsnął przecząco głową.