Kroki w nieznane. Almanach fantastyki. Tom 5
- Автор: Браун Эрик, Иган Грег
- Год: 2009
- Язык: польский
- Год: Wydawnictwo „Solaris”
- Переводчик: Jolanta Pers
- Жанр: Научная фантастика
Электронная книга - «Kroki w nieznane. Almanach fantastyki. Tom 5». Краткое содержание книги:
Nadal stali.
— … usiądźcie — powtórzyłam z naciskiem. — Usiądźcie. Siad!
Żadnej reakcji.
Ponownie zagrałam im kolędę. Usiedli w odpowiednim momencie. Wciąż nie miałam dowodu na to, że robili to, co kazały słowa kolędy. Mogli reagować na śpiew. Gdy weszli do pasażu, panował w nim hałas. Kolęda „Pasterze stróże swoich trzód” mogła być pierwszą, którą usłyszeli czysto i wyraźnie, usiedli więc, gdy usłyszeli śpiew. Odczekałam, aż wstaną i dwukrotnie odtworzyłam im nagrania poprzednie. Nie ruszyły ich Białe święta Binga Crosby’ego, ani Radość światu Julie Andrews. Nie zareagowali też na przerwy między piosenkami. Nic w ogóle nie wskazywało na to, że zdają sobie sprawę z tego, iż ktoś śpiewa.
— Pasterze stróże swoich trzóóóód — zaczął chórek. Spróbowałam stanąć bez ruchu i zachować obojętny wyraz twarzy, na wypadek, gdyby reagowali na jakieś niewerbalne sygnały, które im przedtem przekazywałam —…usiąąądźcie…
Usiedli dokładnie w tym samym miejscu kolędy, chodziło więc z pewnością o te konkretne słowa. Albo o śpiewające je głosy. Albo o kombinację nut. Albo o rytm. Albo o częstotliwości dźwięków…
Doszłam do wniosku, że cokolwiek to było, dziś w nocy tego nie odkryję. Dochodziła dziesiąta. Musiałam odprowadzić ich na statek. Odczekałam, aż wstaną i pod ogniem ich gniewnych spojrzeń zaprowadziłam do gwiazdolotu, a potem wróciłam do swojego pokoju.
Automatyczna sekretarka powitała mnie mrugającym światełkiem. Była to prawdopodobnie wiadomość od doktora Morthmana, który chciał, żebym poszła do pasażu i zdobyła próbki powietrza. Wcisnęłam klawisz odtwarzania. — Hej, mówi Ledbetter — usłyszałam dyrygenta chóru — Pamięta mnie pani, Spotkaliśmy się w pasażu. Muszę z panią o czymś pomówić. — Podał mi numer swojej komórki i powtórzył numer telefonu domowego —…na wypadek, gdyby wiadomość kiepsko się zapisała. O jedenastej powinienem być w domu. Do tego czasu proszę, żeby pani NIE POZWOLIŁA obcym na słuchanie żadnych kolęd bożonarodzeniowych.
Żaden z numerów nie odpowiadał. Pomyślałam, że wyłącza komórkę na czas próby. Spojrzałam na zegarek. Prawie kwadrans po dziesiątej. Chwyciłam informator, znalazłam adres kościoła metodystów i ruszyłam do Montview, zbaczając po drodze, żeby sprawdzić, czy statek kosmitów stoi na miejscu i czy nie zaczął wysuwać z luków dział, albo czy złowieszczo nie błyska światłami. Nic z tych rzeczy. Stał jak dawniej, zagadkowy niczym Sfinks, co mnie uspokoiło. Nie za bardzo, ale zawsze…
Dotarcie do kościoła zajęło mi dwadzieścia minut. Miałam nadzieję, że próba jeszcze trwa i złapię Ledbettera zanim wyjdzie. Na parkingu było wiele wozów, a z mozaikowych okien nawy padało światło, ale główne drzwi były zamknięte.
Podeszłam do bocznych. Nie były zamknięte i usłyszałam śpiew, dobiegający gdzieś z wnętrza świątyni. Podążając za dźwiękami, ruszyłam w głąb mrocznego przedsionka.
Pieśń urwała się nagle w połowie słowa. Odczekałam minutę nasłuchując, a gdy nie rozbrzmiała ponownie, zaczęłam otwierać kolejne drzwi. Pierwsze trzy były zamknięte, ale czwarte otworzyły się na prezbiterium. Zobaczyłam zwrócony do mnie frontem chór kobiecy i plecy stojącego przed nim Ledbettera.
— Strona dziesięć, góra — powiedział.
Dzięki, Bogu, jeszcze tu jest, pomyślałam cofając się dyskretnie.
— Od: „O usłysz anielskie pienia” — powiedział, skinął organiście i podniósł batutę.
— Zaraz, a w którym momencie nabieramy tchu? — zapytała jedna z kobiet. — Po „głosy”?
— Nie, po „boskie” — odpowiedział, zaglądając w partyturę. — A potem na dole strony trzynastej.
— Możecie nam zagrać melodię altu? — zapytała inna kobieta. — Od „padnijcie na kolana”?
Szykowała się dłuższa dysputa, a ja nie mogłam czekać. Ruszyłam ku nim przejściem. Wszystkie panie podniosły wzrok znad nut i popatrzyły na mnie z dezaprobatą. Pan Ledbetter odwrócił się i jego twarz rozjaśnił uśmiech. Potem ponownie spojrzał na kobiety, rzucił im: — Zaraz wracam — i podbiegł do mnie. — Hej, Meg — przywitał się. — Co się…
— Przepraszam, że przeszkadzam, ale dostałam pańską wiadomość i…
— Nie przeszkadza pani, już prawie skończyliśmy.
— Co pan miał na myśli mówiąc, żebym nie odtwarzała obcym żadnych kolęd? Odebrałam pańską wiadomość dopiero po tym, jak zagrałam im kilka melodii z pasażu.
— I co się stało?
— Nic, ale zostawił mi pan wiadomość…
— Jakie to były piosenki?
— Radość światu i…
— Wszystkie cztery zwrotki?
— Nie, tylko dwie. Tylko te były na płycie. Pierwszą i tę o „cudach jego miłości”.
— Znaczy pierwszą i czwartą — odparł. Przecz chwilę patrzył gdzieś w bok i poruszał ustami, jakby odtwarzał w pamięci słowa piosenki. — Powinno być w porządku…
— Co pan chce przez to powiedzieć? Czemu zostawił mi pan tę wiadomość?
— Bo jeżeli Altairczycy zareagowali dokładnie na słowa Pasterze stróże swoich trzód to kolędy są groźne.
— Groźne?
— Nie inaczej. Proszę sobie przypomnieć tę o Trzech Królach. Nie odtwarzała im jej pani?
— Nie, tylko Radość światu i Białe święta.
— Panie Ledbetter — zawołała jedna z kobiet stojących wśród innych. — Długo to potrwa?
— Zaraz będę. — Odwrócił się do mnie. — Ile z „Pasterzy” im pani odtworzyła?
— Tylko to do „usiądźcie wszyscy wraz”.
— Nie dalej?
— Nie. A o co…
— Panie Ledbetter — powtórzyła ta sama kobieta nieco bardziej nagląco. — Niektórym z nas się spieszy…
— Zaraz wracam — zawołał ku niej, a potem zwrócił się do mnie: — Proszę dać mi pięć minut. — I pobiegł w głąb nawy.
Usiadłam w ławce z tyłu, wzięłam śpiewnik hymnów i spróbowałam odszukać Trzech Królów. Łatwiej było powiedzieć, niż zrobić. Hymny ponumerowano, ale nie ułożono ich w jakiejś szczególnej kolejności. Zajrzałam na koniec, szukając w spisie treści.
— Ale jeszcze nie doszliśmy do Przyjdź Zbawco z Nieba — odezwała się młoda, ładna dziewczyna o czerwonych włosach.
— Przerobimy to w sobotę — odparł pan Ledbetter.
Spis treści nie powiedział mi, gdzie znaleźć Trzech Króli. Były w nim szeregi cyfr: — 5.6.6.5 — albo — 8.8.7 D. — a pod nimi kolumny dziwnych słów — Laban, Hursley, Olives Brow, Arizona — coś jakby szyfr. Czyżby Altairczycy reagowali na jakiś wpisany w kolędy kod, jak w Kodzie Leonarda da Vinci? Miałam nadzieję, że tak nie jest.
— Kiedy mamy tam się stawić? — pytały kobiety.
— O siódmej — odpowiedział pan Ledbetter.
— Ale nie będziemy miały dość czasu, żeby przećwiczyć Przyjdź Zbawco pogan, prawda?
— A co z Przybywa Święty Mikołaj? — zapytała czerwonowłosa. — Nie mamy drugiej partii solowej.
Zostawiłam spis treści i zaczęłam przeglądać hymny. Jeżeli nie mogłam zrozumieć układu jednego śpiewnika, jak mogłam mieć nadzieję na nawiązanie komunikacji z obcymi? O ile w ogóle z ich strony była to próba komunikacji. Mogli sobie po prostu usiąść i posłuchać muzyczki, jak wy przystajecie, żeby przyjrzeć się jakiemuś kwiatkowi. A może po prostu rozbolały ich nogi?