Kroki w nieznane. Almanach fantastyki. Tom 5
- Автор: Браун Эрик, Иган Грег
- Год: 2009
- Язык: польский
- Год: Wydawnictwo „Solaris”
- Переводчик: Jolanta Pers
- Жанр: Научная фантастика
Электронная книга - «Kroki w nieznane. Almanach fantastyki. Tom 5». Краткое содержание книги:
— Albo zwęszyli — wtrącił doktor Wakamura.
— …i dopóki nie dowiemy się, co było przyczyną, nie możemy pozwolić, by ktokolwiek stąd odszedł. Być może wreszcie uda nam się jakoś do nich dotrzeć.
— Ale do Świąt zostały tylko dwa tygodnie — wymamrotał kierownik. — Nie mogę tak po prostu zamknąć…
— Najwyraźniej nie rozumie pan, że być może ważą się tu losy naszej planety — uciął doktor Morthman.
Miałam nadzieję, że się myli; wyglądało na to, iż nikt jakoś nie zdołał tego sfilmować, choć teraz wszyscy powyjmowali komórki i skierowali na Altairczyków ich obiektywy, mimo że ci nadal toczyli wokół spojrzeniami pełnymi dezaprobaty. Powiodłam wzrokiem po kręgu gapiów szukając ojca, czy dziadka, który mógłby mieć…
Chór. Któraś z tych dziewcząt musiała mieć kamerę wideo. Podbiegłam do grupki obleczonych w zielone powłóczyste szaty dziewcząt.
— Przepraszam — zwróciłam się do nich. — Towarzyszę tym Altairczykom i…
Błąd. Dziewczęta natychmiast zasypały mnie pytaniami.
— Dlaczego oni siedzą?
— Dlaczego nic nie mówią?
— Dlaczego są tacy stuknięci?
— Mamy zaśpiewać? Jeszcze nie śpiewałyśmy.
— Powiedzieli, że musimy tu zostać. Jak długo to potrwa? O szóstej mamy śpiewać we Flatirons Mall.
— Czy oni powiążą nam do środka, a potem wyskoczą z naszych brzuchów?
Spróbowałam przekrzyczeć tę ulewę pytań.
— Czy któryś z waszych rodziców przyniósł ze sobą kamerę wideo? — Po chwili bezowocnego czekania stwierdziłam bezradnie: — Muszę porozmawiać z waszym opiekunem.
— Z panem Ledbetterem?
— Jest pani jego dziewczyną?
— Nie — odpowiedziałam, usiłując wyłowić wzrokiem z tłumu kogoś, kto wyglądał na opiekuna tych dzierlatek. — Gdzie go znajdę?
— Tam — odpowiedziała jedna z nich wskazując wysokiego, szczupłego mężczyznę w luźnych spodniach i blezerze. — Chodzi pani z panem Ledbetterem?
— Nie — odparłam, próbując się do niego przecisnąć.
— Dlaczego? Jest naprawdę miły.
— Ma pani chłopaka?
— Nie — odpowiedziałam, gdy wreszcie dotarłam do wskazanego. — Pan Ledbetter? Jestem Meg Yates. Członek komisji badającej Altairczyków…
— Właśnie z panią chciałem pomówić, Meg — stwierdził.
— Obawiam się, że nie mogę panu powiedzieć, jak długo to potrwa — przyznałam. — Dziewczęta powiedziały mi, że macie kolejny występ śpiewacki o szóstej…
— Owszem, a ja dziś wieczorem mam próbę, ale nie o to chciałem zapytać.
— Panie Ledbetter, ona nie ma swojego chłopaka.
Wykorzystałam chwilę zaskoczenia rozmówcy, żeby zapytać:
— Zastanawiałam się, czy ktoś z waszego chóru nie ma przy sobie kamery?
— Pewnie tak. Belindo — zwrócił się do dziewczyny, która powiadomiła go, że nie mam chłopaka. — Sprowadź tu twoją matkę. — Dziewczyna ruszyła w tłum. — Jej matka zaczęła filmować wszystko od chwili, gdy wyszliśmy z kościoła. A jeżeli ona tego nie złapała, sfilmowała to mama Kaneeshy. Albo tatko Chelsea.
— Dzięki Bogu — westchnęłam. — Nasz kamerzysta zagapił się, a musimy się dowiedzieć, co było powodem ich reakcji.
— To znaczy tego, że usiedli? — zapytał. — Nie potrzebujecie do tego filmu. Wiem, co to było. Śpiew.
— Jaki śpiew? — zapytałam. — Gdy wchodziliśmy, chór nie śpiewał, a zresztą tym Altairczykom demonstrowano już muzykę. W ogóle ich nie ruszyła.
— Jaką muzykę? Nuty z Bliskich spotkań?
— Owszem — odpowiedziałam, nieco zbita z tropu. — I Beethovena, Debussy’ego… i Charlesa Ivesa. Całą masę kompozytorów.
— Ale to wszystko była muzyka instrumentalna, prawda? A ja mówię o śpiewie. O jednej ze śpiewanych tu w charakterze jingli kolęd. Widziałem, jak usiedli. Byli całkowicie…
— Panie Ledbetter, chciał się pan widzieć z moją mamą? — wtrąciła Belinda, która ciągnęła za sobą tęgą kobietę trzymającą kamerę wideo.
— Tak — odpowiedział. — Pani Carlson, muszę zobaczyć całe nagranie chóru od chwili, gdy weszliśmy do centrum.
Posłusznie odnalazła ten moment i podała mu kamerę. Przez chwilę przelatywał nagranie na podglądzie.
— O, proszę — powiedział cofając obraz i pokazując mi ekran tak, bym mogła zobaczyć. — Proszę, niech pani sama zobaczy.
Autobus z napisem na boku „Pierwszy Kościół Prezbiteriański”. Dziewczęta wsiadające, wysiadające i wchodzące do centrum. Dziewczęta tłoczące się przed stoiskiem Crate and Barrel. Rozchichotane i rozgadane, choć dźwięk był zbyt cichy, by dało się zrozumieć, o czym ćwierkają.
— Może pani podkręcić głos? — zwrócił się pan Ledbetter do pani Carlson. Nacisnęła jakiś guzik.
Teraz już dobrze słyszeliśmy dziewczęta.
— Panie Ledbetter, czy możemy wejść i kupić precla?
— Panie Ledbetter, nie chcę stać koło Heidi…
— Panie Ledbetter, zostawiłam pomadkę w autobusie…
— Panie Ledbetter…
Nie zobaczę na tym Altairczyków, pomyślałam. Ale zaraz… Za obleczonymi w zielone togi dziewczętami zobaczyłam doktora Morthmana, Leo z jego wideokamerą i obcych. Mignęli mi tylko, niczego nie mogłam dostrzec wyraźnie.
— Obawiam się… — zaczęłam.
— Cyt… — powiedział pan Ledbetter ponownie wciskając guzik głośności. — Proszę posłuchać.
Podniósł głośność do maksimum. Usłyszałam głos wielebnego Threshera:
— Spójrzcie na to! To absolutnie nie do przyjęcia!
— Meg, słyszy pani tego jingla? — zapytał pan Ledbetter.
— Tak jakby — odpowiedziałam. — Co to jest?
— „Radość światu” — odparł trzymając kamerę tak, bym widziała ekran. Pani Carlson musiała się przesunąć, żeby mieć lepszy widok, bo nikt teraz nie zasłaniał Altairczyków podążających za doktorem Morthmanem. Spróbowałam dostrzec, czy nie popielą wzrokiem czegoś konkretnego — gapiów, bożonarodzeniowych dekoracji, manekinów anielic z Victoriaś Secret czy tablic wskazujących miejsca odpoczynku — ale nawet jeżeli tak było, niczego nie zauważyłam.
— Tędy — mówił doktor Morthman na taśmie. — Chcę, żeby zobaczyli Świętego Mikołaja..
— O, teraz — oznajmił pan Ledbetter. — Proszę uważać.
— Pasterze, stróże swoich trzód… — zapiał cieniutko chórek.
Usłyszałam grzmiący głos wielebnego Threshera: — „Bluźnierstwo!” — i pytanie jednej z dziewczyn: — Panie Ledbetter, po występie możemy pójść do McDonaldsa? — a potem zobaczyłam, że wszyscy Altairczycy nagle jednym omdlewających ruchem usiedli na ziemi, niczym obleczona w krynolinę Scarlet O’Hara. — Słyszała pani, co śpiewali? — zapytał pan Ledbetter.
— Nie…
— Usiądźcie wszyscy wraz… O, proszę — powiedział cofając nagranie. — Niech pani posłucha. — Odtworzył nagranie. Zobaczyłam, jak ignorujący wszystkie inne dźwięki Altairczycy skupili się na śpiewie. — Pasterze, stróże swoich trzód — kwilił chórek — usiądźcie wszyscy wraz…
Miał rację. Altairczycy usiedli, gdy przebrzmiało słowo: „usiądźcie”. Spojrzałam na niego.
— Widzi pani? — powiedział rozpromieniony. — Kolęda każe siadać i oni siadają. Zauważyłem to, bo podśpiewywałem sobie tę samą kolędę. Mam taki nawyk. Dziewczęta wciąż się ze mnie śmieją.
Ale czemu Altairczycy mieliby reagować na słowa kolędy, choć nie ruszało ich nic, co mówiliśmy do nich podczas minionych dziewięciu miesięcy?