Zaginiona Ewangelia
- Автор: Уоллес Ирвин
- Язык: польский
- Жанр: Триллеры
Электронная книга - «Zaginiona Ewangelia». Краткое содержание книги:
– No dobrze – odparł Randall, nieco uspokojony. – W takim razie zaraz idę do Bogardusa i powiem mu, że jest zwolniony. Heldering dopiluje, żeby się wyniósł z hotelu.
W słuchawce zapadła na krótką chwilę cisza.
– Co do tego Bogardusa, Steve… – odezwał się Wheeler. -
Jasne, że go wyrzucimy, ale po namyśle uważam, że to obowiązek mój albo Deichhardta. Zatrudnianie i zwalnianie pracowników to jest nasza działka, a Deichhardt jest szczególnie wyczulony na formalne sprawy. Jak to Niemiec, wiesz. Daj sobie na razie spokój z Bogardusem, Steve, zajmij się swoją robotą, a my jutro wszystko załatwimy oficjalnie. Tak będzie najlepiej. Teraz naprawdę muszę już wracać do Henniga i reszty. Aha, jeszcze jedno, Steve, dzięki za twoją czujność. Zatkałeś przeciek w tamie, naprawdę należy ci się nagroda. A z tym jeziorem… jak mu tam… Fucinus… nie myśl już o tym. To bzdura. Wheeler się rozłączył.
Pięć minut później Randall wciąż siedział przy biurku i jakoś nie mógł przestać myśleć o jeziorze Fucinus. Usiłował zrozumieć, co go tak niepokoi. I zrozumiał.
Zaniepokoiła go zmiana w tonie Wheelera i jego ostateczne podejście do kwestii zwolnienia Bogardusa. Wydawca najpierw chciał wyrzucić bibliotekarza natychmiast, gdy jednak dowiedział się o jego groźbie, wycofał się i odłożył sprawę na później.
Dziwne.
Lecz jeszcze bardziej nękała Randalla inna myśl. Nie rozumiał, dlaczego Wheeler tak zlekceważył informację o błędzie w chronologii, odkrytym przez Holendra. Po prostu zmiótł ją pod dywan, nie podając żadnych kontrargumentów. Oczywiście Wheeler nie był teologiem ani naukowcem, więc może nie należało oczekiwać od niego wyjaśnienia. Ktoś jednak będzie musiał to wyjaśnić, skonstatował Randall, i to jak najszybciej.
Podniósł głowę, czując rosnącą pewność. On przecież także był Strażnikiem Wiary, nowej Wiary. Zarówno jako człowiek, jak i spec od reklamy nie mógł sprzedawać światu (ani w istocie samemu sobie) czegoś, do czego nie będzie całkowicie przekonany. Musiał znaleźć odpowiedź na nurtujące go pytania.
Najważniejsze z nich dotyczyło błędu znalezionego przez Bogardusa. Brak wyjaśnienia tej kwestii mógł zniszczyć wiarygodność całego przedsięwzięcia.
Przypomniał mu się wiersz George'a Herberta: Z braku ćwieka przepada podkowa, z braku podkowy przepada koń, z braku konia przepada jeździec.
Nie, jeździec tym razem nie przepadnie, postanowił.
Nie odłoży tej sprawy.
Randall połączył się z Angela.
– Zadzwoń do Naomi Dunn – poprosił – i powiedz, że chcę polecieć do Paryża za jakieś dwie godziny. Niech mnie umówi na popołudnie z profesorem Aubertem w jego laboratorium.
– Jeszcze raz? Czy coś się stało, Steve?
– Nie, nic takiego. Chcę się tylko czegoś dowiedzieć.
Znowu był w Paryżu, w Centre National de la Recherche Scientifique przy Rue d'Ulm, gdzie mieścił się instytut profesora Auberta.
Siedzieli naprzeciwko siebie na dwóch końcach sofy w stylu Ludwika XVI. Aubert otwierał segregator, który przed chwilą mu przyniesiono. Zanim zajrzał do środka, potarł krzaczastą brew, na jego ptasiej twarzy malowało się zdziwienie.
– Wciąż nie rozumiem, panie Randall, dlaczego chce pan ponownie przejrzeć wyniki badań. Przecież nie powiem panu nic innego niż za pierwszym razem.
– Chcę się tylko upewnić, że niczego pan nie przeoczył, profesorze.
Aubertowi to nie wystarczyło.
– Nie ma mowy, żebym cokolwiek przeoczył – odparł – szczególnie badając taki obiekt jak znalezisko Montiego. – Przyjrzał się Randallowi badawczo. – Czy coś szczególnie pana nurtuje?
– Szczerze mówiąc, tak – przyznał Randall. – Powstało pewne nieporozumienie dotyczące przekładu tekstu na arkuszu numer dziewięć. – Randall wyciągnął z aktówki fotografię papirusu, zrobioną przez Edlunda. – Tego właśnie.
– Piękny okaz – rzekł profesor, wzruszając z rezygnacją ramionami. – No dobrze. Zajrzyjmy jeszcze raz do raportu z badań.
Randall nabił i zapalił fajkę, patrząc, jak Francuz przegląda zawartość segregatora, wyciąga dwie kartki żółtego papieru i czyta je dokładnie.
Po dłuższej chwili Aubert podniósł głowę.
– Podsumowanie badań metodą izotopu węgla radioaktywnego potwierdza to, co już wiemy. Papirus jest absolutnie autentyczny. Pochodzi z pierwszego wieku i można go logicznie datować na rok sześćdziesiąty drugi, kiedy Jakub spisał swoje świadectwo na arkuszach ze sprasowanego włókna.
Randall chciał mieć podwójną pewność. Po drodze do Paryża poczytał co nieco na ten temat.
– Profesorze – zaczął-niektórzy poważni badacze krytykują jednak metodę datowania węglem radioaktywnym. Na przykład G.E. Wright zbadał fragment starożytnego drewna trzykrotnie i za każdym razem wyszła mu inna data. W bardzo szerokim przedziale czasowym, między rokiem siedemset czterdziestym szóstym a dwieście osiemdziesiątym dziewiątym przed naszą erą. Po raporcie z badań Libby'ego nad zwojami znad Morza Martwego ukazał się w „Scientific American" artykuł, w którym zarzucono tej metodzie wiele „niejasności, sprzeczności i słabych punktów", stwierdzając ostatecznie, że nie jest ona jednak „tak jednoznaczna jak zmywarka do naczyń". Czy pan się zgadza na taki margines błędu?
Profesor Aubert roześmiał się.
– Oczywiście, krytycy mieli rację, jeżeli chodzi o badania z lat pięćdziesiątych. Wówczas margines błędu mógł wynosić kilkadziesiąt lat. Stopniowo jednak metoda została udoskonalona i dziś możemy datować starożytne znalezisko z dokładnością do dwudziestu pięciu lat. Może się pan pozbyć swoich wątpliwości co do papirusu numer dziewięć. Moje doświadczenie w tej mierze powinno panu wystarczyć. Powiem nawet nieskromnie, że powinno panu wystarczyć samo moje słowo. Jestem człowiekiem godnym zaufania, monsieur Randall.
– Czyżby? – wyrwało się Randallowi. Nie chciał tego mówić, lecz stawka była zbyt wysoka. – Czy aby na pewno można panu w pełni zaufać, profesorze?
Aubert, który zaczął już wstawać, uznając spotkanie za zakończone, usiadł z powrotem. Jego ptasia twarz stężała.
– Co chce pan przez to powiedzieć, monsieur"? – zapytał. Randall uzmysłowił sobie, że musi już teraz brnąć do końca.
– Chcę powiedzieć, że podczas naszego ostatniego spotkania nie powiedział mi pan prawdy na swój temat – wypalił bez ogródek.
Francuz przyglądał mu się przez chwilę, po czym zapytał ostrożnie:
– Co konkretnie ma pan na myśli?
– Mówił pan wiele o własnej wierze. Powiedział pan, że dał żonie dziecko, którego tak pragnęła. Później dowiedziałem się z pewnego źródła, że kilka lat temu poddał się pan dobrowolnie sterylizacji i jest pan niezdolny do… zapłodnienia.
Aubert był wyraźnie wstrząśnięty.
– Z pewnego źródła? – powtórzył. – Kto pana o tym poinformował?
– Maertin de Vroome – odpowiedział Randall. – Ten człowiek przeprowadził dochodzenie na temat wielu osób związanych z naszym projektem. Powiedział mi o tym z własnej nieprzymuszonej woli.
– I pan mu uwierzył? Przecież poznał pan Gabrielle, widział pan, że jest w zaawansowanej ciąży.
Ta rozmowa stawała się dla Randalla coraz trudniejsza. Był jednak zdecydowany doprowadzić ją do końca.
– Nie powiedziałem, że pańska żona nie może mieć dziecka. Natomiast według de Vroome'a pan nie może być jego ojcem, chociaż powiedział mi pan, że nim jest. – Po chwili dodał: – Poruszam tę kwestię tylko dlatego, że rozmawiamy o zaufaniu, profesorze.
Aubert pokiwał głową jakby do siebie i jego ton stał się bardziej ustępliwy.
– Dobrze. Ma pan rację. Jeśli ma pan polegać na moim słowie, muszę być wiarygodny we wszystkim, bez wyjątku. To prawda, przeszedłem przed łaty operację, wasektomię. Był to idiotyzm z mojej strony, ale jestem wysterylizowany. Nie mogę dać kobiecie dziecka. O takich rzeczach jednak nie mówi się zazwyczaj obcym ludziom i nie powinien pan na tej podstawie osądzać mojej uczciwości. Istotne jest to, co powiedziałem panu o wrażeniu, jakie zrobiły na mnie teksty, i to, że uwierzyłem. Mówiłem prawdę. I prawdą jest także, że powiedziałem mojej żonie, iż pragnę dziecka tak samo jak ona, a może nawet bardziej. Dlatego poprosiłem ją, żeby znalazła… jakiś sposób i zaszła w ciążę.