Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Космическая фантастика » Lustrzany taniec [Mirror Dance - pl]
Lustrzany taniec [Mirror Dance - pl] - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Lustrzany taniec [Mirror Dance - pl]

Электронная книга - «Lustrzany taniec [Mirror Dance - pl]». Краткое содержание книги:

„Lustrzany taniec” stanowi szczególną część sagi barrayarskiej. Powraca w niej Mark, klon-bliźniak Milesa Vorkosigana/Naismitha, który podając się za dowódcę Najemnej Floty Dendarii, przeprowadza szaleńczą akcję desantową w Obszarze Jacksona — części wszechświata, gdzie inżynieria genetyczna rozwija się bez żadnych ograniczeń. Niestety, ponosi klęskę i z pomocą musi mu pospieszyć prawdziwy admirał Naismith. Podczas odwrotu Miles zostaje zabity, ale jego śmierć daje początek lawinie wydarzeń i zaskakujących zwrotów akcji. Przed Markiem stoją nowe nieoczekiwane zadania, którym musi sprostać. Czy przyjaciele Milesa mu pomogą? Jak przyjmie go Barrayar? Czy ma szansę odciąć się od mrocznej przeszłości i przeistoczyć z genetycznej repliki Milesa w człowieka?
1 ... 95 96 97 98 99 100 101 102 103 ... 137
Перейти на страницу:

— Test skórny — wyjaśniła. — Według moich teorii na temat twojego zajęcia całkiem możliwe, że prawdopodobieństwo wystąpienia alergii jest u ciebie wyższe niż u innych. Mam na myśli alergię wywołaną sztucznie.

Oderwała przylepiec — ukłuło — i spojrzała na jego rękę. Na skórze wykwitła czerwona plamka. Na jej widok Rowan zmarszczyła brwi.

— Swędzi? — zapytała podejrzliwie.

— Nie — skłamał, zaciskając prawą dłoń, żeby się nie podrapać. Ten środek miał mu wrócić pamięć — musiał go zażyć. Rób się biała, w tej chwili: mówił w myślach do różowej kropki.

— Chyba jesteś trochę wrażliwy — powiedziała, nie odrywając oczu od plamki. — Nieznacznie.

— Proszszę…

Skrzywiła z powątpiewaniem usta.

— Właściwie… co mamy do stracenia? Zaraz wrócę. Wyszła i po chwili zjawiła się, niosąc dwa hiporozpylacze, które położyła na tacy.

— To fast — penta — pokazała — a to antidotum. Gdy tylko poczujesz się dziwnie, daj mi znać — jeśli cię zaswędzi, połaskocze, będziesz miał kłopoty z oddychaniem czy przełykaniem albo zesztywnieje ci język.

— Już mam — zauważył, gdy podwinęła mu obydwa rękawy, obnażając chude, białe ręce, i przycisnęła pierwszy rozpylacz do zgięcia w łokciu. — Jak pozznam?

— Poznasz. Teraz po prostu leż i rozluźnij się. Poczujesz senność, jakbyś gdzieś odpływał, zanim zdążysz policzyć od dziesięciu wstecz. Spróbuj.

— Dzie… sięś, dziewięśś, osiem, siedem, sześś, pięśś, czsztery, trzy, dwa, jeden. — Nie czuł się senny. Poczuł za to napięcie i nerwowość. — To na pewno to? — Zaczął bębnić palcami w tacę. Odgłos ten zabrzmiał w jego uszach nienaturalnie głośno. Przedmioty w pokoju nabrały ostrych konturów z wyraźnie kolorowym obramowaniem. Twarz Rowan straciła nagle wyraz, zmieniając się w maskę z kości słoniowej.

Maska zbliżyła się do niego groźnie.

— Jak się nazywasz? — zasyczała.

— Ja… ja… — zaczął się jąkać. Zmienił się w niewidzialną postać, bez imienia…

— Dziwne — mruknęła maska. — Ciśnienie krwi powinno spadać, a się podnosi.

Nagle przypomniał sobie, co ważnego wiedział o fast — pencie.

— Od fasspenty mamm hiper…

Pokręciła głową na znak, że nie rozumie.

— Hiper — powtórzył, choć wargi zaczynały mu drętwieć w dziwnym spazmie. Chciał mówić. Na usta cisnęły się mu tysiące wyrazów, płynąc nieprzerwaną strugą i po drodze zderzając się ze sobą. — Hip… ip…

— To nie jest zwykła reakcja. — Zmarszczywszy brwi, Rowan spojrzała na hiporozpylacz, który nadal trzymała w ręku.

— Bezz kitu. — Ręce i nogi zamarły na moment jak nakręcone sprężyny. Twarz Rowan była coraz bardziej urocza, jak u lalki. Serce waliło mu szalonym rytmem. Pokój zachwiał się, jak gdyby widział go, płynąc pod wodą. Z ogromnym wysiłkiem rozprostował napięte kończyny. Musiał się rozluźnić. Musiał się natychmiast rozluźnić.

— Pamiętasz coś? — zapytała. Jej ciemne oczy przypominały dwie piękne, przezroczyste sadzawki. Zapragnął skąpać się w tych oczach, rozkoszować się ich płynnym blaskiem. Chciał jej sprawić przyjemność. Chciał ją namówić, aby zrzuciła ten zielony kitel, później tańczyć z nią nago przy blasku gwiazd, a potem… Jego mamrotanie na ten temat nagle znalazło ujście w poezji, jeśli można to tak nazwać. Właściwie był to wulgarny limeryk, oparty na dość oczywistej symbolice korytarzy czasoprzestrzennych i statków skokowych. Na szczęście mówił zbyt niewyraźnie.

Ku jego uldze Rowan się uśmiechnęła. Ale pojawiło się zupełnie nieśmieszne skojarzenie.

— Ostatnim razem, kiedy to ressytowałem, ktoś mnie zzbił na kwaśne jabłko. Też z fasspentą.

Jej piękne długie ciało sprężyło się czujnie.

— Podawano ci już fast — pentę? Co jeszcze z tego pamiętasz?

— Nazywał się Galen. I był zły. Nie wiem czszemu. — Przypomniał sobie poczerwieniałą twarz, która emanowała jakąś zaciekłą, morderczą nienawiścią. Posypały się kolejne ciosy. Odniósł wrażenie, że w tym wspomnieniu lęk zagadkowo miesza się z litością. — Nie rozumiem.

— O co cię jeszcze pytał?

— Nie wiem. Powiedziałem mu drugi wierszsz.

— Recytowałeś mu wiersze w trakcie przesłuchania z użyciem fast — penty?

— Czsztery godziny. Wściekł się nie na żżarty.

Uniosła brwi; palec dotknął miękkich ust, które rozchyliły się w zachwycie.

— Pokonałeś działanie fast — penty? Nadzwyczajne! Dajmy spokój poezji. Pamiętasz Galena, coś takiego!

— Galen pasuje? — Przechylił zaniepokojony głowę. Ser Galen, tak! Nazwisko było ważne, rozpoznała je. — Mów.

— Nie… nie jestem pewna. Ilekroć wydaje mi się, że posuwamy się o krok do przodu, ty dajesz dwa w bok i jeden do tyłu.

— Chciałbym skoczyć gdzieś w bok z tobą — wyznał, a potem ze zgrozą słuchał sam siebie, gdy w krótkich i dosadnych słowach opisał, co jeszcze chciałby z nią robić. — A, a, przepraszszam, milady.

— Wepchnął sobie palce do ust i ugryzł.

— Nic nie szkodzi — uspokoiła go. — To fast — penta.

— Nie, to testosssteron.

Wybuchnęła szczerym śmiechem. Nie mógł mieć lepszej zachęty, jednak chwilowa radość ustąpiła miejsca nowej fali napięcia. Ręce przykurczyły się i szarpnęły ubranie, a stopy zaczęły drgać.

Zerknęła w monitor na ścianie.

— Ciśnienie krwi dalej rośnie. Mimo że jesteś czarujący, nie reagujesz na fast — pentę normalnie. — Wzięła drugi hiporozpylacz.

— Chyba będzie lepiej, jeśli to zatrzymamy.

— Nie jestem no… malny — rzekł ze smutkiem. — Jestem mutantem. — Zdjął go nagły niepokój. — Wyjmiecie mi mózg? — spytał, spoglądając podejrzliwie na rozpylacz. I nagle olśniło go, jak gdyby zobaczył najjaśniejszy blask. — Hej, wiem, gdzie jestem! W Obszarze Jacksona! — Utkwił w niej przerażone spojrzenie, a potem zerwał się na równe nogi i przypadł do drzwi, robiąc unik, by nie dać się jej złapać.

— Nie, zaczekaj, zaczekaj! — Zawołała, ruszając za nim i wciąż trzymając w dłoni błyszczący hiporozpylacz. — To reakcja na lek, stój! Sprawię, że przestanie działać. Poppy, trzymaj go!

W korytarzu przed laboratorium wyminął doktor Duronę z końskim ogonem, a potem wpadł do rury windowej i zaczął się wspinać po drabinie awaryjnej, czując przeszywający ból w nie do końca zrośniętych mięśniach klatki piersiowej. Z chaosu korytarzy i pięter, wśród krzyków i tupotu, wyłonił się w końcu hol, który znalazł wcześniej.

Przemknął obok robotników, którzy ostrożnie przepychali załadowaną skrzynkami lotopaletę przez przezroczyste drzwi. Tym razem nie odrzucił go żaden ekran siłowy. Strażnik w zielonej kurtce z kapturem odwrócił się jak gdyby w zwolnionym tempie, wyciągnął ogłuszacz i otworzył usta do krzyku, który sączył się powoli jak zimny olej.

Uciekinier zmrużył oczy w oślepiającym szarym świetle dziennym. Zobaczył rampę, parking dla pojazdów i brudny śnieg. Ruszył biegiem przez plac parkingowy, łapiąc z trudem oddech, a lód i żwir kłuły go boleśnie w bose stopy. Teren Obszaru był ogrodzony murem. Dojrzał otwartą bramę, przy której stało wielu strażników w zielonych kurtkach.

— Nie ogłuszać go! — wrzasnął kobiecy głos zza jego pleców.

Wybiegł na brudną ulicę, ledwie uskakując przed samochodem. W ostrej bieli i szarości zawirowały mu w oczach jaskrawe barwy. Na szerokim pustym pasie po drugiej stronie ulicy stało kilka nagich czarnych drzew, których gałęzie przypominały długie szpony drapieżnie wycelowane w niebo. Obrzucił przelotnym spojrzeniem inne budynki za murami, wznoszące się w głębi ulicy, obce i groźne. W krajobrazie nie widział nic znajomego. Ruszył w kierunku otwartej przestrzeni i drzew. Przed oczyma zawirowały mu czarnoszkarłatne kręgi. Lodowate powietrze wdarło się boleśnie do płuc. Zatoczył się i upadł na wznak; nie mogąc złapać tchu.

1 ... 95 96 97 98 99 100 101 102 103 ... 137
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)