Lustrzany taniec [Mirror Dance - pl]
- Автор: Буджолд Лоис Макмастер
- Год: 2002
- Язык: польский
- Год: Pr
- ISBN: 3-7337-142-7
- Переводчик: Lukasz Praski
- Жанр: Космическая фантастика
Электронная книга - «Lustrzany taniec [Mirror Dance - pl]». Краткое содержание книги:
— Test skórny — wyjaśniła. — Według moich teorii na temat twojego zajęcia całkiem możliwe, że prawdopodobieństwo wystąpienia alergii jest u ciebie wyższe niż u innych. Mam na myśli alergię wywołaną sztucznie.
Oderwała przylepiec — ukłuło — i spojrzała na jego rękę. Na skórze wykwitła czerwona plamka. Na jej widok Rowan zmarszczyła brwi.
— Swędzi? — zapytała podejrzliwie.
— Nie — skłamał, zaciskając prawą dłoń, żeby się nie podrapać. Ten środek miał mu wrócić pamięć — musiał go zażyć. Rób się biała, w tej chwili: mówił w myślach do różowej kropki.
— Chyba jesteś trochę wrażliwy — powiedziała, nie odrywając oczu od plamki. — Nieznacznie.
— Proszszę…
Skrzywiła z powątpiewaniem usta.
— Właściwie… co mamy do stracenia? Zaraz wrócę. Wyszła i po chwili zjawiła się, niosąc dwa hiporozpylacze, które położyła na tacy.
— To fast — penta — pokazała — a to antidotum. Gdy tylko poczujesz się dziwnie, daj mi znać — jeśli cię zaswędzi, połaskocze, będziesz miał kłopoty z oddychaniem czy przełykaniem albo zesztywnieje ci język.
— Już mam — zauważył, gdy podwinęła mu obydwa rękawy, obnażając chude, białe ręce, i przycisnęła pierwszy rozpylacz do zgięcia w łokciu. — Jak pozznam?
— Poznasz. Teraz po prostu leż i rozluźnij się. Poczujesz senność, jakbyś gdzieś odpływał, zanim zdążysz policzyć od dziesięciu wstecz. Spróbuj.
— Dzie… sięś, dziewięśś, osiem, siedem, sześś, pięśś, czsztery, trzy, dwa, jeden. — Nie czuł się senny. Poczuł za to napięcie i nerwowość. — To na pewno to? — Zaczął bębnić palcami w tacę. Odgłos ten zabrzmiał w jego uszach nienaturalnie głośno. Przedmioty w pokoju nabrały ostrych konturów z wyraźnie kolorowym obramowaniem. Twarz Rowan straciła nagle wyraz, zmieniając się w maskę z kości słoniowej.
Maska zbliżyła się do niego groźnie.
— Jak się nazywasz? — zasyczała.
— Ja… ja… — zaczął się jąkać. Zmienił się w niewidzialną postać, bez imienia…
— Dziwne — mruknęła maska. — Ciśnienie krwi powinno spadać, a się podnosi.
Nagle przypomniał sobie, co ważnego wiedział o fast — pencie.
— Od fasspenty mamm hiper…
Pokręciła głową na znak, że nie rozumie.
— Hiper — powtórzył, choć wargi zaczynały mu drętwieć w dziwnym spazmie. Chciał mówić. Na usta cisnęły się mu tysiące wyrazów, płynąc nieprzerwaną strugą i po drodze zderzając się ze sobą. — Hip… ip…
— To nie jest zwykła reakcja. — Zmarszczywszy brwi, Rowan spojrzała na hiporozpylacz, który nadal trzymała w ręku.
— Bezz kitu. — Ręce i nogi zamarły na moment jak nakręcone sprężyny. Twarz Rowan była coraz bardziej urocza, jak u lalki. Serce waliło mu szalonym rytmem. Pokój zachwiał się, jak gdyby widział go, płynąc pod wodą. Z ogromnym wysiłkiem rozprostował napięte kończyny. Musiał się rozluźnić. Musiał się natychmiast rozluźnić.
— Pamiętasz coś? — zapytała. Jej ciemne oczy przypominały dwie piękne, przezroczyste sadzawki. Zapragnął skąpać się w tych oczach, rozkoszować się ich płynnym blaskiem. Chciał jej sprawić przyjemność. Chciał ją namówić, aby zrzuciła ten zielony kitel, później tańczyć z nią nago przy blasku gwiazd, a potem… Jego mamrotanie na ten temat nagle znalazło ujście w poezji, jeśli można to tak nazwać. Właściwie był to wulgarny limeryk, oparty na dość oczywistej symbolice korytarzy czasoprzestrzennych i statków skokowych. Na szczęście mówił zbyt niewyraźnie.
Ku jego uldze Rowan się uśmiechnęła. Ale pojawiło się zupełnie nieśmieszne skojarzenie.
— Ostatnim razem, kiedy to ressytowałem, ktoś mnie zzbił na kwaśne jabłko. Też z fasspentą.
Jej piękne długie ciało sprężyło się czujnie.
— Podawano ci już fast — pentę? Co jeszcze z tego pamiętasz?
— Nazywał się Galen. I był zły. Nie wiem czszemu. — Przypomniał sobie poczerwieniałą twarz, która emanowała jakąś zaciekłą, morderczą nienawiścią. Posypały się kolejne ciosy. Odniósł wrażenie, że w tym wspomnieniu lęk zagadkowo miesza się z litością. — Nie rozumiem.
— O co cię jeszcze pytał?
— Nie wiem. Powiedziałem mu drugi wierszsz.
— Recytowałeś mu wiersze w trakcie przesłuchania z użyciem fast — penty?
— Czsztery godziny. Wściekł się nie na żżarty.
Uniosła brwi; palec dotknął miękkich ust, które rozchyliły się w zachwycie.
— Pokonałeś działanie fast — penty? Nadzwyczajne! Dajmy spokój poezji. Pamiętasz Galena, coś takiego!
— Galen pasuje? — Przechylił zaniepokojony głowę. Ser Galen, tak! Nazwisko było ważne, rozpoznała je. — Mów.
— Nie… nie jestem pewna. Ilekroć wydaje mi się, że posuwamy się o krok do przodu, ty dajesz dwa w bok i jeden do tyłu.
— Chciałbym skoczyć gdzieś w bok z tobą — wyznał, a potem ze zgrozą słuchał sam siebie, gdy w krótkich i dosadnych słowach opisał, co jeszcze chciałby z nią robić. — A, a, przepraszszam, milady.
— Wepchnął sobie palce do ust i ugryzł.
— Nic nie szkodzi — uspokoiła go. — To fast — penta.
— Nie, to testosssteron.
Wybuchnęła szczerym śmiechem. Nie mógł mieć lepszej zachęty, jednak chwilowa radość ustąpiła miejsca nowej fali napięcia. Ręce przykurczyły się i szarpnęły ubranie, a stopy zaczęły drgać.
Zerknęła w monitor na ścianie.
— Ciśnienie krwi dalej rośnie. Mimo że jesteś czarujący, nie reagujesz na fast — pentę normalnie. — Wzięła drugi hiporozpylacz.
— Chyba będzie lepiej, jeśli to zatrzymamy.
— Nie jestem no… malny — rzekł ze smutkiem. — Jestem mutantem. — Zdjął go nagły niepokój. — Wyjmiecie mi mózg? — spytał, spoglądając podejrzliwie na rozpylacz. I nagle olśniło go, jak gdyby zobaczył najjaśniejszy blask. — Hej, wiem, gdzie jestem! W Obszarze Jacksona! — Utkwił w niej przerażone spojrzenie, a potem zerwał się na równe nogi i przypadł do drzwi, robiąc unik, by nie dać się jej złapać.
— Nie, zaczekaj, zaczekaj! — Zawołała, ruszając za nim i wciąż trzymając w dłoni błyszczący hiporozpylacz. — To reakcja na lek, stój! Sprawię, że przestanie działać. Poppy, trzymaj go!
W korytarzu przed laboratorium wyminął doktor Duronę z końskim ogonem, a potem wpadł do rury windowej i zaczął się wspinać po drabinie awaryjnej, czując przeszywający ból w nie do końca zrośniętych mięśniach klatki piersiowej. Z chaosu korytarzy i pięter, wśród krzyków i tupotu, wyłonił się w końcu hol, który znalazł wcześniej.
Przemknął obok robotników, którzy ostrożnie przepychali załadowaną skrzynkami lotopaletę przez przezroczyste drzwi. Tym razem nie odrzucił go żaden ekran siłowy. Strażnik w zielonej kurtce z kapturem odwrócił się jak gdyby w zwolnionym tempie, wyciągnął ogłuszacz i otworzył usta do krzyku, który sączył się powoli jak zimny olej.
Uciekinier zmrużył oczy w oślepiającym szarym świetle dziennym. Zobaczył rampę, parking dla pojazdów i brudny śnieg. Ruszył biegiem przez plac parkingowy, łapiąc z trudem oddech, a lód i żwir kłuły go boleśnie w bose stopy. Teren Obszaru był ogrodzony murem. Dojrzał otwartą bramę, przy której stało wielu strażników w zielonych kurtkach.
— Nie ogłuszać go! — wrzasnął kobiecy głos zza jego pleców.
Wybiegł na brudną ulicę, ledwie uskakując przed samochodem. W ostrej bieli i szarości zawirowały mu w oczach jaskrawe barwy. Na szerokim pustym pasie po drugiej stronie ulicy stało kilka nagich czarnych drzew, których gałęzie przypominały długie szpony drapieżnie wycelowane w niebo. Obrzucił przelotnym spojrzeniem inne budynki za murami, wznoszące się w głębi ulicy, obce i groźne. W krajobrazie nie widział nic znajomego. Ruszył w kierunku otwartej przestrzeni i drzew. Przed oczyma zawirowały mu czarnoszkarłatne kręgi. Lodowate powietrze wdarło się boleśnie do płuc. Zatoczył się i upadł na wznak; nie mogąc złapać tchu.