Lustrzany taniec [Mirror Dance - pl]
- Автор: Буджолд Лоис Макмастер
- Год: 2002
- Язык: польский
- Год: Pr
- ISBN: 3-7337-142-7
- Переводчик: Lukasz Praski
- Жанр: Космическая фантастика
Электронная книга - «Lustrzany taniec [Mirror Dance - pl]». Краткое содержание книги:
Odpowiedź brzmiała szczerze.
— Zdaje się, że sama ssstworzyłaś okazję. Przez jej twarz przemknął leciutki uśmieszek.
— No… może.
Trzy miesiące. Ciekawe. A więc był martwy przez ponad dwa miesiące. W tym czasie opieka nad nim musiała pochłonąć niemałe środki Grupy Durony. W każdym razie trzy miesiące pracy tej kobiety na pewno mało nie kosztowały.
— Dlaczego to robisz? — zapytał, gapiąc się ciągle w sufit, podczas gdy Rowan przytuliła się do jego ramienia. — Mam na myśli to wszystko. Czego oczekujesz ode mnie w zamian? — Był niemal kaleką, nie potrafił normalnie mówić, niczego nie pamiętał, nie miał imienia ani grosza przy duszy. — Wszyssssy czekacie na moje wyzdrowienie, jakby od tego miało zależeć wasze szszęśśsie. — Zdał sobie sprawę, że nawet brutalna terapeutka od ćwiczeń fizycznych, Chrys, męczy go dla jego własnego dobra. Lubił ją chyba najbardziej ze wszystkich za bezlitosny rygor, jaki mu narzucała. — Kto jeszcze może mnie szukać, że mnie tu ukrywacie? Wrogowie? — A może przyjaciele?
— Na pewno wrogowie — westchnęła Rowan.
— Mhm. — Leżał wyczerpany, czuwając, natomiast Rowan zapadła w drzemkę. Dotknął w zamyśleniu jej włosów. Co ona w nim zobaczyła? Moim zdaniem twoja kriokomora była kryształową trumną zaklętego księcia… wiedziałam, że byłeś kimś więcej niż przypadkowym świadkiem, kiedy z piersi wyjęłam ci czterdzieści sześć fragmentów granatu…
A więc trzeba było coś zrobić. Grupa Durony nie potrzebowała zwykłego najemnika. Jeśli to naprawdę jest Obszar Jacksona, w każdej chwili mogli wynająć całą armię zwykłych zbirów.
On jednak nigdy nie sądził, że jest kimś zwykłym. Ani przez minutę.
Och, milady, kim mam dla ciebie zostać?
ROZDZIAŁ DWUDZIESTY TRZECI
Odkrycie seksu na nowo niemal go unieruchomiło na następne trzy dni, lecz pewnego popołudnia zbudził się w nim uśpiony instynkt ucieczki. Rowan zostawiła go, sądząc, że śpi, tymczasem on czuwał. Rozchylił powieki i przesunął palcem po swoich bliznach na piersi, zastanawiając się. Na zewnątrz okazało się zdecydowanie niewłaściwym kierunkiem. Nie próbował jeszcze uciekać do środka. Wszyscy zwracali się tu ze swoimi problemami do Lilly. Doskonale. On też się do niej zwróci.
Na górę czy w dół? Jako przywódca jacksoński Lilly tradycyjnie powinna zajmować najwyższe piętro albo bunkier. Baron Ryoval mieszkał w bunkrze, tak przynajmniej określał to mroczne miejsce pod piwnicami, które kojarzyło mu się z tą nazwą. Baron Fell z kolei zajmował najwyżej położony punkt na swojej stacji orbitalnej, skąd wszystko widział. Miał w głowie mnóstwo obrazów Obszaru Jacksona. Czy to był jego dom? Sam się już gubił. Zatem w górę. W górę i do środka.
Włożył szary strój, pożyczył sobie od Rowan parę skarpet i wymknął się na korytarz. Znalazł rurę windową, którą wjechał na najwyższe piętro znajdujące się tuż nad apartamentem Rowan. Tu także urządzono prywatne mieszkania. Pośrodku korytarza odnalazł następną rurę windową, której wejście zabezpieczał zamek z czytnikiem dłoni. Mogły z niej korzystać tylko Durony. Wokół rury pięły się kręcone schody. Bardzo wolno ruszył w górę i jeszcze przed szczytem przystanął, by złapać oddech. Zapukał.
Drzwi rozsunęły się i wyjrzała zza nich szczupła twarz mniej więcej dziesięcioletniego chłopca o eurazjatyckich rysach, który obrzucił go surowym spojrzeniem.
— Czego chcesz? — spytał.
— Chciałbym się widzieć z twoją… babcią.
— Wpuść go, Robin — zawołał jakiś cichy głos.
Chłopiec schował głowę i dał mu znak, by wszedł. Jego stopy odziane tylko w skarpety bezgłośnie stąpały po puszystym dywanie. Polaryzowane okna rozjaśniały nieco słabe światło szarego popołudnia, a mrok dodatkowo rozpraszał ciepły, żółty blask lamp. Za oknem rozciągało się pole siłowe, dawało o sobie znać delikatnym iskrzeniem powstałym w wyniku zetknięcia z kroplami wody lub cząstkami materii, które były odpychane lub ulegały zniszczeniu.
Na szerokim krześle siedziała przykurczona kobieta, przyglądając mu się ciemnymi oczyma osadzonymi w twarzy barwy starej kości słoniowej. Miała na sobie czarą jedwabną tunikę pod szyję oraz luźne spodnie. Jej włosy były zupełnie białe i bardzo długie; czesała je długimi ruchami szczupła dziewczynka, dosłownie siostra — bliźniaczka chłopca. W pokoju było bardzo ciepło. Patrząc na nią, na utkwiony w nim wzrok, zastanawiał się, jak w ogóle mógł pomyśleć, że tamta starsza zatroskana kobieta chodząca o lasce może być Lilly. Stuletnie oczy patrzą zupełnie inaczej.
— Pani — powiedział. Zauważył nagle, że wyschło mu w ustach.
— Proszę usiąść. — Wskazała mu krótką kanapę ustawioną za niskim stołem naprzeciw jej krzesła. — Violet, kochanie. — Chuda ręka, poznaczona niebieskimi postronkami żył i białymi zmarszczkami, dotknęła dłoni dziewczynki. — Przynieś herbatę. Trzy filiżanki. Robin, zejdź na dół, proszę, i sprowadź tu Rowan.
Dziewczynka ułożyła jej włosy na ramionach, po czym obydwoje z chłopcem zniknęli bez słowa, co jest dość nietypowe dla dzieci. Najwyraźniej Grupa Durony nie zatrudniała osób z zewnątrz. Nie było szans na to, by zdołał tu przeniknąć jakiś intruz i spenetrować od środka ich organizację. On również posłusznie opadł na wskazane miejsce.
Jej głos z racji wieku lekko drżał, lecz dykcję miała doskonałą.
— Przyszedł pan już do siebie? — zapytała.
— Nie, pani — odrzekł przygnębiony. — Ale przyszedłem do pani. — Starannie obmyślał formę pytania, jakie miał jej zadać. Lilly na pewno nie będzie mniej ostrożna niż Rowan w dawaniu mu wskazówek. — Dlaczego nie możecie mnie zidentyfikować?
Białe brwi powędrowały w górę.
— Dobre pytanie. Wydaje mi się, że jest pan już gotów wysłuchać odpowiedzi. Ach.
Rura windowa zaszumiała i po chwili wyjrzała z niej zaniepokojona twarz Rowan, która natychmiast wbiegła do pokoju.
— Lilly, przepraszam. Sądziłam, że śpi…
— Nic się nie stało, dziecko. Usiądź. Nalej herbaty. — Ostatnie zdanie było skierowane do Violet, która wyłoniła się zza rogu z ogromną tacą w rękach. Lilly szepnęła coś do niej, przysłaniając usta lekko drżącą dłonią, i dziewczynka, skinąwszy głową, czmychnęła. Rowan uklękła, jak gdyby brała udział w uświęconym rytuale — pomyślał, że sama kiedyś zajmowała miejsce Violet — nalała zielonej herbaty do cienkich białych filiżanek i podała. Potem przycupnęła u kolan Lilly, muskając ukradkiem kosmyk jej białych włosów.
Herbata była bardzo gorąca. Od pewnego czasu żywił odrazę do zimna, więc przyjął filiżankę z wdzięcznością i ostrożnie upił łyczek.
— Odpowiedź, pani — przypomniał jej delikatnie.
Rowan rozchyliła usta w niemym proteście, lecz Lilly powstrzymała ją, grożąc zgiętym palcem.
— Najpierw trochę historii — powiedziała staruszka. — Myślę, że nadszedł czas, aby coś ci opowiedzieć.
Skinął głową, sadowiąc się wygodniej z filiżanką w dłoni.
— Pewnego razu… — uśmiechnęła się przelotnie — było sobie trzech braci. Zaczyna się jak prawdziwa baśń. Najstarszy był oryginałem, a dwaj młodsi jego klonami. Najstarszy — jak to bywa w takich bajkach — urodził się jako dziedzic wielkiej fortuny. Tytuł, bogactwo, komfortowe życie — jego ojciec, choć nie był królem, miał władzę większą niż jakikolwiek król w historii przed Skokiem. Zyskał więc wielu wrogów. Ponieważ wiedziano, że poza swoim synem świata nie widzi, niejeden z wrogów wpadł na pomysł, aby spróbować wykorzystać jedynaka do zaatakowania ojca. Stąd wzięło się to szczególne rozmnożenie. — Skinęła mu głową, a on poczuł drżenie w żołądku. Napił się herbaty, chcąc pokryć zmieszanie.