Lustrzany taniec [Mirror Dance - pl]
- Автор: Буджолд Лоис Макмастер
- Год: 2002
- Язык: польский
- Год: Pr
- ISBN: 3-7337-142-7
- Переводчик: Lukasz Praski
- Жанр: Космическая фантастика
Электронная книга - «Lustrzany taniec [Mirror Dance - pl]». Краткое содержание книги:
Kilkanaście Duron rzuciło się na niego niczym stado wilków na zdobycz. Wzięły go za ręce i nogi i podniosły ze śniegu. Przypadła do niego Rowan, pochyliła się nad nim w skupieniu. Syknął hiporozpylacz. Przeniosły go przez ulicę jak związane jagnię, a potem wbiegły z powrotem do dużego białego budynku. Nieco oprzytomniał, lecz ból w piersiach nie ustawał, jakby zacisnęło się na nim wielkie imadło. Zanim złożyły go w łóżku w podziemiach kliniki, po sztucznie wywołanej paranoi nie było już śladu. Pojawiła się za to prawdziwa paranoja…
— Sądzisz, że ktoś go widział? — spytał zaniepokojony alt.
— Wartownicy przy bramie — odparł drugi głos. — Dostawcy.
— Ktoś jeszcze?
— Nie wiem — wydyszała Rowan. Do czoła przykleiły się jej mokre od śniegu kosmyki włosów. — Kiedy go goniłyśmy, ulicą przejechało kilka wozów. W parku nie zauważyłam nikogo.
— Ja widziałam kilka spacerujących osób — odezwała się inna doktor Durona. — Dość daleko, po drugiej stronie stawu. Patrzyli w naszą stronę, ale wątpię, żeby dużo mogli zobaczyć.
— Przez kilka minut trwało niezłe widowisko.
— Co się tym razem stało, Rowan? — w altowym głosie siwowłosej Durony czuło się znużenie. Zbliżyła się i popatrzyła na niego, wspierając się na rzeźbionej lasce, która nie miała chyba służyć jako ozdoba, ale była jej naprawdę potrzebna. Wszyscy cofnęli się z szacunkiem. Czyżby to była owa tajemnicza Lilly?
— Podałam mu dawkę fast — penty — zameldowała sztywno Rowan — żeby spróbować pobudzić jego pamięć. Czasem to działa na pacjentów po krioreanimacji. Ale on zareagował bardzo dziwnie. Ciśnienie mu skoczyło, dostał paranoi i wystartował jak chart. Nie zatrzymywaliśmy go, dopóki nie upadł w parku. — Kiedy jego przerażenie zaczęło ustępować, zauważył, że Rowan wciąż dyszy.
Stara doktor Durona pociągnęła nosem.
— I podziałało?
Rowan zawahała się.
— Pojawiły się zagadkowe rzeczy, muszę porozmawiać z Lilly.
— Natychmiast — rzekła siwa Durona, najwyraźniej nie Lilly. — Tymczasem ja… — Nie usłyszał jednak dalszego ciągu, ponieważ jego rozpaczliwe próby wydobycia z siebie głosu przerodziły się w konwulsyjne drgawki.
Na chwilę cały świat zmienił się w konfetti. Gdy odzyskał świadomość, przytrzymywały go dwie kobiety, Rowan krzątała się, wydając polecenia, a pozostałe Durony gdzieś się rozpierzchły.
— Przyjdę, kiedy tylko będę mogła — powiedziała przez ramię Rowan z rozpaczą w głosie. — Nie mogę go teraz zostawić.
Stara doktor Durona kiwnęła ze zrozumieniem głową i wycofała się. Rowan gestem odmówiła podania mu hiporozpylacza ze środkiem przeciwdrgawkowym, który ktoś jej zaproponował.
— Aż do odwołania polecam wszystkim, żeby przed podaniem mu czegokolwiek sprawdzić skanerem wrażliwość na dany środek. — Odprawiła większość swoich pomocników i w sali znów zrobiło się prawie ciemno, cicho i ciepło. Jego oddech wolno się uspokoił, odzyskując normalny rytm, choć mdłości nadal go nie opuszczały.
— Przepraszam — powiedziała do niego Rowan. — Nie zdawałam sobie sprawy, że fastpenta może u ciebie wywołać coś takiego.
Próbował ją przekonać, że to nie jej wina, lecz jego zdolność mowy zdawała się wrócić do poprzedniego stanu.
— Zzzz… zro… iłem cośś… zuuuego? Dopiero po długiej chwili odrzekła:
— Może wszystko będzie dobrze.
Dwie godziny później przyszli z lotopaletą, żeby go przenieść.
— Będziemy mieli nowych pacjentów — poinformowała go beznamiętnym głosem doktor Chrys, ta z przedziałkiem pośrodku. — Potrzebujemy twojego pokoju. — Kłamstwa? Półprawdy?
Był ciekaw, gdzie chcą go ulokować. Wyobrażał sobie zamkniętą celę, ale zawieźli go na górę towarową rurą windową i złożyli na łóżku polowym w prywatnym apartamencie Rowan. Było to jedno z wielu podobnych pomieszczeń na tym piętrze, gdzie prawdopodobnie mieściły się mieszkania wszystkich Duron. Apartament Rowan składał się z salonu pełniącego jednocześnie funkcję gabinetu, sypialni oraz prywatnej łazienki. Dość przestronny, choć zagracony. Czuł się tutaj mniej jak więzień, a bardziej jak pupilek przemycony ukradkiem do alkowy kobiety. Jednak poza Ravenem widział tu jeszcze jedną męską formę doktor Durony — trzydziestoletniego mężczyznę, do którego Chrys zwracała się „Hawk”. Ptaki i kwiaty, w tej betonowej klatce mieszkały tylko ptaki i kwiaty*.[* (Ang.) hawk — jastrząb; raven — kruk; rowan — jarzębina; chrys — chryzantema; poppy — mak; lily — lilia.]
Później jakaś młodsza Durona przyniosła na tacy kolację, którą zjadł w towarzystwie Rowan, siedząc przy małym stoliku w salonie. Za oknem gasł szary dzień i nadciągał zmierzch. Przypuszczał, że jego status więźnia/pacjenta nie uległ zmianie, ale poczuł się lepiej bez monitorów i sprzętu medycznego o groźnym wyglądzie. Dobrze było poświęcić się czemuś tak prozaicznemu jak kolacja z przyjazną osobą.
Po posiłku zaczął spacerować po salonie.
— Mogę obejrzeć twoje rzeczy?
— Proszę bardzo. Daj mi znać, jeśli coś ci zaświta.
Nadal nie chciała mu powiedzieć, kim właściwie jest, ale przynajmniej miała ochotę rozmawiać o sobie. Podczas rozmowy zmieniał się obraz świata w jego wyobraźni. Dlaczego mam w głowie mapy korytarzy czasoprzestrzennych? Być może, aby odzyskać pamięć, będzie musiał przebyć najdłuższą z możliwych dróg. Przeanalizować wszystko, co istnieje we wszechświecie, a następnie poprzez eliminację ustalić, kim jest ta lilipucia postać, po której pozostało puste miejsce. Niezbyt zachęcająca perspektywa.
Spojrzał przez polaryzowane okna na nikły blask pozostały po świetle dnia, który sprawiał, że świat wyglądał, jakby przysypał go czarodziejski pył z baśni. Teraz dostrzegł zasłonę siłową, co wskazywało, że jego spostrzegawczość poprawiła się od tamtego niefortunnego zderzenia. Zdał sobie sprawę, że to tarcza klasy wojskowej, która nie przepuści niczego, od najmniejszych wirusów i cząsteczek gazu do… właściwie do czego? Na pewno pocisków i plazmy. Gdzieś niedaleko musi działać potężny generator. Osłonę dodano później, nie stanowiła elementu pierwotnego projektu budynku. Wiązała się z tym jakaś historia…
— Jesteśmy w Obszarze Jacksona, prawda? — zapytał.
— Tak. Co to dla ciebie oznacza?
— Niebezpieczeństwo. Złe rzeczy. Co to za miejsse? — Wskazał otaczającą go przestrzeń.
— Klinika Durony.
— Tak? I co tu robicie? Dlaczego tu jestem?
— Jesteśmy prywatną kliniką Domu Fell. Świadczymy im wszystkie potrzebne usługi medyczne.
— Dom Fell. Broń. — Skojarzenie przyszło automatycznie. — Broń biologiczna. — Posłał jej oskarżycielskie spojrzenie.
— Czasem tak — przyznała. — Ale także środki obrony przed bronią biologiczną.
Czyżby był żołnierzem Domu Fell? A może wziętym w niewolę żołnierzem wrogich sił? Do diabła, jaka armia na świecie przyjęłaby kalekiego karła?
— Przyssłał mnie Dom Fell? Na leczenie?
— Nie.
— Nie? To czszemu tu jestem?
— Dla nas to także zagadka. Przybyłeś do nas zamrożony w kriokomorze i wszystko wskazywało na to, że zabiegu dokonano w wielkim pośpiechu. Przywieziono cię w skrzyni adresowanej do mnie, publicznym transportowcem, bez adresu zwrotnego. Mieliśmy nadzieję, że jeśli cię reanimujemy, sam nam powiesz.