Lustrzany taniec [Mirror Dance - pl]
- Автор: Буджолд Лоис Макмастер
- Год: 2002
- Язык: польский
- Год: Pr
- ISBN: 3-7337-142-7
- Переводчик: Lukasz Praski
- Жанр: Космическая фантастика
Электронная книга - «Lustrzany taniec [Mirror Dance - pl]». Краткое содержание книги:
— Georish, między innymi dzięki sukcesowi, jakim było sprowadzenie osoby Lilly, kilka lat temu wspiął się na sam szczyt i został baronem Fellem. W tym momencie wkraczają Najemnicy Dendarii. Musicie mi powiedzieć, co się wtedy stało. — Mark skinął głową Thorne’owi. — Słyszałem tylko fragmenty.
Bel gwizdnął.
— Trochę wiedziałem, ale nie sądziłem, że kiedykolwiek usłyszę całą historię. Nic dziwnego, że Fell i Ryoval tak się nienawidzą. — Zerknął na Quinn, która nieznacznym skinieniem głowy wyraziła zgodę. — Cztery lata temu Miles zdobył dla Dendarian kontrakt. Chodziło o przywiezienie kogoś. Nasz Pracodawca — przepraszam, Barrayar. Zawsze nazywałem go Naszym Pracodawcą, więc odruchowo tak mówię.
— I lepiej zachowaj ten odruch — poradził mu Mark.
Bel pokiwał głową.
— Cesarstwo chciało sprowadzić do siebie galaktycznego genetyka. Nie wiem dokładnie, po co. — Spojrzał na Quinn.
— Nie musisz — odparła.
— Ale niejaki doktor Canaba, jeden z najlepszych ludzi od genetyki w Domu Bharaputra, chciał porzucić ojczyznę. Dom Bharaputra odnosi się z ogromną niechęcią do pracowników, którzy wyjeżdżają z głową pełną tajemnic, więc Canaba potrzebował pomocy. Zawarł umowę z Cesarstwem Barrayaru, żeby go przyjęło.
— Stamtąd pochodzę — wtrąciła się Taura.
— Tak — potwierdził Thorne. — Taura była jednym z jego ulubionych projektów. Upierał się, żeby ją zabrać ze sobą. Niestety, jakiś czas wcześniej projekt skonstruowania superżołnierza odwołano, a Taurę sprzedano baronowi Ryovalowi, który kolekcjonuje, wybacz, sierżancie, osobliwości genetyczne. Musieliśmy ją więc wykraść z Domu Ryoval, a doktora Canabę z Domu Bharaputra. Hm, Tauro, może lepiej ty mów, co się działo potem.
— Zjawił się admirał i wyratował mnie z centrum biologicznego Ryovala — zadudniła olbrzymka. Wydała głośne westchnienie, jak gdyby przypomniała sobie coś miłego. — Podczas ucieczki całkowicie zniszczyliśmy główne banki genów Domu Ryoval. Zbiór tkanek liczący ze sto lat poszedł z dymem. Dosłownie. — Uśmiechnęła się, obnażając kły.
— Tamtej nocy Dom Ryoval stracił według szacunków barona jakieś pięćdziesiąt procent swojego majątku — dodał Thorne. — Co najmniej.
Mark wydał z siebie stłumiony okrzyk zdumienia, ale po chwili ochłonął.
— To wyjaśnia, dlaczego waszym zdaniem ludzie barona Ryovala będą szukać admirała Naismitha.
— Mark — powiedział z rozpaczą w głosie Thorne. — Jeśli Ryoval znajdzie Milesa pierwszy, ożywi go tylko po to, żeby go znowu zabić. I jeszcze raz, i jeszcze… Dlatego upieraliśmy się, żebyś udawał Milesa, kiedy opuszczaliśmy Obszar Jacksona. Ryoval nie ma żadnego motywu, żeby się mścić na klonie, chodzi mu tylko o admirała.
— Rozumiem. Uff, dzięki. A co się stało z doktorem Canaba? Jeśli mogę spytać.
— Został bezpiecznie dostarczony tam, gdzie trzeba — powiedziała Quinn. — Nosi nowe nazwisko, nową twarz, ma nowe laboratorium i pensję, dzięki której powinien być zadowolony. Został lojalnym poddanym cesarstwa.
— Hm. To nasuwa mi myśl o jeszcze jednym powiązaniu. Znam je od jakiegoś czasu, to żadna tajemnica, chociaż jeszcze nie wiem, o co w tym wszystkim chodzi. CesBez, nawiasem mówiąc, też nie, choć z tego powodu dwa razy wysyłał agentów, żeby sprawdzili Grupę Durony. Baronowa Lotus Bharaputra, żona barona, jest klonem Durony.
Taura przysłoniła usta szponiastą dłonią.
— Tamta dziewczyna!
— Tak, tamta dziewczyna. Zastanawiałem się, dlaczego traktowała mnie z takim chłodem. Już ją kiedyś widziałem, w innym wcieleniu. Klon klona.
— Baronowa jest jedną z najstarszych córek czy sióstr, czy jak chcecie nazywać to klonowane plemię Lilly Durony. Rój. Nie sprzedała się tanio. Lotus została zdrajczynią za najwyższą łapówkę w historii Obszaru Jacksona — za cenę połowy albo prawie połowy władzy w Domu Bharaputra. Jest partnerką barona Bharaputry od dwudziestu lat. I wygląda na to, że chce zdobyć coś jeszcze. Grupa Durony specjalizuje się chyba we wszystkich dziedzinach biologii, ale odmawia wykonywania przeszczepów mózgu. Zapisano to w umowie z Domem Fell. Ale baronowa Bharaputra, która musi mieć już ponad sześćdziesiąt lat, zamierza widocznie rozpocząć niebawem swą drugą młodość. Sądząc po tym, co widzieliśmy.
— Niech to szlag — mruknęła Quinn.
— Czyli mamy następne powiązanie — rzekł Mark. — Właściwie całą sieć powiązań, jeśli się złapie koniec właściwej nici. Tylko brakuje wyjaśnienia, przynajmniej ja tego nie rozumiem, dlaczego Grupa Durony miałaby ukrywać Milesa przed swoimi szefami z Domu Fell. Bo chyba tak się jednak stało.
— Jeżeli go mają — zauważyła Quinn, gryząc wewnętrzną stronę policzka.
— Jeżeli — zgodził się Mark. — Chociaż… — Twarz mu się na chwilę rozjaśniła. — To by tłumaczyło, jak kriokomora znalazła się w Hegen Hub. Grupa Durony nie chciała jej ukryć przed CesBezem. Próbowali ją ukryć przed innymi Jacksończykami.
— Prawie wszystko pasuje — odezwał się Thorne.
Mark wyciągnął przed siebie wyprostowane dłonie, jak gdyby między palcami trzymał niewidzialne nitki.
— Tak. Prawie. — Złączył dłonie. — Tak to wygląda. Tam właśnie zmierzamy. Nasza pierwsza sztuczka będzie polegała na wejściu w przestrzeń Jacksona obok stacji skokowej Fella. Komandor Quinn wzięła ze sobą świetny ekwipunek, dzięki któremu będziemy mogli przybrać fałszywą tożsamość. Konsultujcie z nią swoje pomysły na ten temat. Mamy na to dziesięć dni.
Rozeszli się, aby każdy mógł w spokoju rozważyć nowiny. Bothari — Jesek i Quinn zostały na miejscach, a Mark wstał i rozprostował obolały kark. Mózg też go bolał.
— To była całkiem niezła analiza, Mark — przyznała niechętnie Quinn. — Jeśli to coś więcej niż czcza gadanina.
Powinna wiedzieć.
— Dziękuję, Quinn — rzekł szczerze. On również modlił się, aby wszystko okazało się halucynacją albo wielkim błędem.
— Tak… chyba trochę się zmienił — zauważyła roztropnie Bothari — Jesek. — Urósł.
— Tak? — Quinn obrzuciła go taksującym spojrzeniem od stóp do głów. — Rzeczywiście…
Mark zamarł w radosnym oczekiwaniu na jedno maleńkie słowo aprobaty.
— …jest grubszy.
— Bierzmy się do roboty — uciął krótko Mark.
ROZDZIAŁ DWUDZIESTY DRUGI
Pamiętał, że kiedyś uczył się zdań — łamańców językowych. Miał nawet przed oczami zapełniony nimi ekran — czarne słowa na bladoniebieskim tle. To była część jakiegoś kursu retoryki? Niestety, choć pamiętał ekran, potrafił sobie przypomnieć treść zaledwie jednej linijki. Usiłował usiąść prosto w łóżku i wypowiedzieć to zdanie.
— Chrząszsz… czszci… brzrz… chrząszcz brzmiwczsz… niech to szszlag!
Nabrał powietrza i zaczął jeszcze raz. Potem jeszcze i znowu. Jego język przypominał starą skarpetę. Czuł palącą potrzebę odzyskania panowania nad mową. Dopóki będzie mówił jak idiota, tak go będą traktować.
Mogło być gorzej. Dostawał już prawdziwe jedzenie, nie wodę z cukrem czy papkę. Od dwóch dni samodzielnie brał prysznic i ubierał się. Nie nosił już długiej koszuli, tylko bluzę i spodnie. Jak strój pokładowy. Szary kolor podobał mu się, ale potem się zaniepokoił, bo nie wiedział, dlaczego mu się podoba.
— Chrząszcz. Brzmi. W trzcinie. Ha! — Opadł na łóżko, rzężąc triumfalnie. Kiedy uniósł wzrok, zauważył opartą o drzwi doktor Rowan, która obserwowała go z lekkim uśmiechem.