Lustrzany taniec [Mirror Dance - pl]
- Автор: Буджолд Лоис Макмастер
- Год: 2002
- Язык: польский
- Год: Pr
- ISBN: 3-7337-142-7
- Переводчик: Lukasz Praski
- Жанр: Космическая фантастика
Электронная книга - «Lustrzany taniec [Mirror Dance - pl]». Краткое содержание книги:
— Jess coś jeszcze.
— Tak — odrzekła szczerze.
— Ale mi nie powiesz.
— Jeszcze nie.
— Co się stanie, jak stąd wyjdę?
Na jej twarzy odbiła się trwoga.
— Nie rób tego, proszę. Mógłbyś zginąć.
— Znowu.
— Znowu — przytaknęła.
— Kto mnie zabije?
— To… zależy od tego, kim jesteś.
Raptem zmienił temat, a potem tylko krążył wokół niego, trzy razy napomykając o nim w rozmowie. Jednak nie udało mu się uśpić jej czujności ani zwieść sprytną sztuczką, aby zdradziła mu coś więcej. Wyczerpany dał za wygraną i poszedł spać, lecz potem leżał, nie mogąc zasnąć i zadręczając się pytaniami. Próbował rozgryźć problem, podobnie jak drapieżnik przegryza gardło swojej ofierze. Jednak czekało go tylko rozczarowanie. Prześpij się z tym, poradził sobie w duchu. Jutro musi przynieść coś nowego. Ta sytuacja nie może trwać długo. Czuł to, czuł, jak gdyby balansował na ostrzu noża; pod nim rozciągał się mrok skrywający miękki puch albo naostrzone pale — a może nic się tam nie kryło i czekał go tylko nieskończenie długi lot w dół.
Nie bardzo wiedział, po co była gorąca kąpiel i masaż terapeutyczny. W gimnastyce, którą odbył wcześniej, widział sens; doktor Chrys wtaszczyła do gabinetu Rowan rower treningowy i pozwoliła mu się pocić do woli, aż niemal padł zemdlony. Bolesny wysiłek tego rodzaju dobrze mu robił. Na pompki jeszcze nie nadeszła pora. Spróbował zrobić jedną, lecz padł za podłogę ze zduszonym piskiem, a rozgniewana Chrys skrzyczała go srogo za próbę wykonywania niedozwolonych ruchów.
Doktor Chrys zrobiła notatki i wyszła, pozostawiając go w nieco bardziej litościwych rękach Rowan. Leżał teraz, lekko parując, w łóżku Rowan, nakryty tylko ręcznikiem, podczas gdy ona badała strukturę mięśniowo — szkieletową jego pleców. Palce doktor Chrys w czasie masażu przypominały sondy. A ręce Rowan go pieściły. Budowa anatomiczna uniemożliwiała mu mruczenie, ale od czasu do czasu wydawał z siebie jęk zadowolenia. Rowan wymasowała jego nogi i stopy, po czym ruszyła w przeciwnym kierunku.
Z twarzą wtuloną w miękkie poduszki, stopniowo zaczął sobie zdawać sprawę, że pewien bardzo ważny układ jego organizmu zgłasza gotowość do działania, po raz pierwszy od reanimacji. Nastąpiło faktyczne zmartwychwstanie. Zarumienił się z zażenowania i radości, a potem na pozór przypadkowym ruchem zasłonił ręką twarz. To twoja pani doktor. Powinna wiedzieć. Przecież znała każdą część jego ciała, zdążyła mu się przyjrzeć dosłownie na wylot. Mimo to pozostał ukryty za parawanem z własnego ramienia.
— Odwróć się — powiedziała Rowan. — Kolej na drugą stronę.
— E… wolałbym nie — wymamrotał w poduszkę.
— Dlaczego?
— Hm… pamiętasz, jak mnie pytałaś, czy coś mi świta?
— Tak…
— No więc… coś we mnie odżyło. Nastąpiła chwila ciszy, a potem:
— Och, w takim razie zdecydowanie musisz się odwrócić. Zbadam cię.
Głęboko nabrał powietrza.
— Robię to tylko dla nauki.
Przewrócił się na wznak, a Rowan zdjęła ręcznik.
— Zdarzyło ci się to już wcześniej? — spytała dociekliwie.
— Nie. Pierwszy raz w życiu. W tym życiu.
Długie i chłodne, medyczne palce zbadały go pośpiesznie.
— Wygląda dobrze — powiedziała z entuzjazmem.
— Dziękuję — odparł wesoło.
Roześmiała się. Nie potrzebował pamięci, by wiedzieć, że kiedy kobieta śmieje się z jego żartów w takiej chwili, to dobry znak. Delikatnie, na próbę, przyciągnął ją bliżej. Niech żyje nauka. Zobaczymy, co się stanie. Pocałował ją. Oddała pocałunek. Rozpłynął się w uniesieniu.
Później nauka i rozmowa zostały na jakiś czas odłożone na bok. Nie mówiąc o zielonym kitlu i wszystkich niepotrzebnych warstwach pod nim. Jej ciało było tak urocze, jak sobie wyobrażał, czyste piękno krągłych, miękkich linii i wonnych, ukrytych miejsc. Stanowiło ostry kontrast z jego ciałem, przypominającym wieszak z kości i poznaczonym jaskrawoczerwonymi bliznami.
Rozbudziła się w nim z całą mocą świadomość niedawnej śmierci. Zaczął ją całować z gorączkową pasją, jak gdyby była samym życiem, które mógł w ten sposób posiąść i wchłonąć. Nie wiedział, czy jest jego wrogiem, czy przyjacielem, czy robią coś dobrego, czy złego. Ale ciepło i płynne ruchy stanowiły skrajne przeciwieństwo zimna i martwoty kriostatu. Carpe dżem. Bo po drugiej stronie czeka bezlitosna noc. Ta lekcja roznieciła w nim ogień, który rozszerzył mu oczy i zdawał się emanować na zewnątrz. Dopiero płytki i skrócony oddech zmusił go do rozsądnego zwolnienia tempa.
Powinna mu przeszkadzać jego szpetota, lecz było inaczej. Zastanawiał się dlaczego. Kochamy się z zamkniętymi oczami. Kto mu to mówił? Ta sama kobieta, która powiedziała: To nie kontakt narządów, to wspólny ruch? Otwieranie ciała Rowan przypominało tamto składanie broni. Wiedział, co ma robić, które części są ważne, a które stanowią kamuflaż, lecz nie pamiętał, gdzie się tego wszystkiego nauczył. Pamiętał trening, ale zapomniał trenera. Było to najbardziej poruszające zetknięcie znanego z obcym, jakiego dotąd tu doświadczył.
Zadrżała, westchnęła i rozluźniła się. Całując jej ciało, wspiął się do jej ucha, by szepnąć:
— Hm… chyba nie mogę jeszcze robić pompek.
— Och. — Zamglone oczy otworzyły się i skupiły na jego twarzy. — Tak.
Po paru chwilach eksperymentowania znaleźli korzystną pod względem medycznym pozycję, w której on leżał na plecach, wolny od ucisku na pierś, ramiona i brzuch. Teraz jego kolej. Nie było w tym nic niestosownego, przecież panie mają pierwszeństwo, a później nie oberwie poduszką za to, że zaraz potem zaśnie. Znajome gesty, znajoma sytuacja, ale do wzoru nie pasował żaden szczegół. Uznał, że Rowan już to robiła, choć może niezbyt często. Jednak nie musiała wykazywać się zbytnią biegłością. Jego ciało funkcjonowało doprawdy wspaniale…
— Doktor D. — westchnął. — Jesteś geniuszem. Es… Essch… Esku… ten Grek mógłby się od ciebie uczyć, jak wssskrzeszszać umarłych.
Zaśmiała się i wolno osunęła się obok niego. Mój wzrost nie ma znaczenia, kiedy leżymy. O tym także wiedział. Niespiesznie, z ciekawością odkrywców, wymieniali pocałunki, delektując się nimi jak miętówkami po smakowitej kolacji.
— Jesteś w tym bardzo dobry — wymruczała, skubiąc zębami jego ucho.
— Tak… — Już bez uśmiechu patrzył w sufit, marszcząc brwi, poddając się po części łagodnej melancholii postkoitalnej, a po części nowej fali frustracji, która poczęła go ogarniać mimo fizycznego odprężenia. — Ciekawe, czy jestem żonaty? — Spojrzała na niego takim wzrokiem, że miał ochotę ugryźć się w język. — Chyba nie — dodał szybko.
— Nie… nie… — Opadła z powrotem na łóżko. — Nie jesteś żonaty.
— Bez względu na to, który jestem?
— Zgadza się.
— Aha. — Zawahał się, z roztargnieniem bawiąc się jej długimi włosami, owijając je na palcach, rozsypując jak wachlarz na czerwonych bliznach przecinających jego pierś. — To jak sądzisz, zzz kim się przed chwilą kochałaś?
Lekko dotknęła palcem wskazującym jego czoła.
— Z tobą. Po prostu z tobą. Bardzo miło, ale…
— Co to właśśsiwie było, miłośś czy terapia? Uśmiechnęła się zagadkowo, przesuwając palec po jego twarzy.
— Chyba jedno i drugie. I trochę ciekawość. I okazja. Przez ostatnie trzy miesiące prawie zupełnie zaprzątałeś moją uwagę.