Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Космическая фантастика » Lustrzany taniec [Mirror Dance - pl]
Lustrzany taniec [Mirror Dance - pl] - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Lustrzany taniec [Mirror Dance - pl]

Электронная книга - «Lustrzany taniec [Mirror Dance - pl]». Краткое содержание книги:

„Lustrzany taniec” stanowi szczególną część sagi barrayarskiej. Powraca w niej Mark, klon-bliźniak Milesa Vorkosigana/Naismitha, który podając się za dowódcę Najemnej Floty Dendarii, przeprowadza szaleńczą akcję desantową w Obszarze Jacksona — części wszechświata, gdzie inżynieria genetyczna rozwija się bez żadnych ograniczeń. Niestety, ponosi klęskę i z pomocą musi mu pospieszyć prawdziwy admirał Naismith. Podczas odwrotu Miles zostaje zabity, ale jego śmierć daje początek lawinie wydarzeń i zaskakujących zwrotów akcji. Przed Markiem stoją nowe nieoczekiwane zadania, którym musi sprostać. Czy przyjaciele Milesa mu pomogą? Jak przyjmie go Barrayar? Czy ma szansę odciąć się od mrocznej przeszłości i przeistoczyć z genetycznej repliki Milesa w człowieka?
1 ... 91 92 93 94 95 96 97 98 99 ... 137
Перейти на страницу:

— Nieważne. Posłuchaj, czy jest tu u Dendarian jakiś sanitariusz czy technik medyczny, który odbywał szkolenie w Centrum Życia Beauchene? Najlepiej, gdyby był tam w tym samym czasie co Norwood. Albo mniej więcej w tym samym czasie.

Westchnęła.

— W jego grupie było trzech. Sanitariusz Oddziału Czerwonych, Norwood i sanitariusz Oddziału Pomarańczowych. CesBez już nas o to pytał.

— Gdzie są teraz tamci dwaj?

— Sanitariusz Czerwonych zginął kilka miesięcy temu w katastrofie wahadłowca.

— Aj! — Przejechał dłońmi przez włosy.

— Człowiek Pomarańczowych jest u mnie, na „Arielu”.

— Świetnie! — zapiał uradowany Mark. — Muszę z nim porozmawiać. — Chciał powiedzieć: „Daj mi go”, ale przypomniał sobie, że rozmawia przez prywatną linię CesBezu, która z pewnością jest monitorowana. — Przyślij po mnie kapsułę.

— Po pierwsze, CesBez już go przesłuchiwał, bardzo długo zresztą, a po drugie, kim ty, u diabła, jesteś, żeby mi wydawać rozkazy?

— Wygląda na to, że Elena nie powiedziała ci zbyt wiele. — Ciekawe, czy dwuznaczna przysięga Bothari — Jesek miała większą rangę niż jej lojalność wobec Dendarian? A może nie miała czasu, żeby pogadać? Jak długo był… zerknął na chronometr. Boże. — Tak się składa, że niedługo odlatuję do Obszaru Jacksona. I jeśli będziesz dla mnie miła, być może poproszę CesBez, żeby cię zwolnił i pozwolił lecieć ze mną jako gościowi. Być może — dodał, uśmiechając się do niej promiennie.

Jej wściekłe spojrzenie było bardziej wymowne niż wiązanka najsoczystszych przekleństw, jakie w życiu usłyszał. Quinn poruszyła bezgłośnie ustami — licząc do dziesięciu? Kiedy się odezwała, z jej ust dobyło się zduszone warczenie.

— Za jedenaście minut będziesz miał kapsułę przy włazach stacji.

— Dziękuję.

Sanitariusz był wobec niego opryskliwy.

— Już o tym mówiłem. Przez parę godzin. Chyba wystarczy.

— Obiecuję, że się streszczę — zapewnił go Mark. — Tylko jedno pytanie.

Sanitariusz mierzył Marka wrogim spojrzeniem, jakby się domyślał, że to przez niego od kilkunastu tygodni jest uwiązany do statku zacumowanego na orbicie Komarru.

— Czy podczas szkolenia krionicznego w Centrum Życia Beauchene, jakie odbywał pan z Norwoodem, pamięta pan spotkanie z niejakim lub niejaką doktor Duroną? Może ta osoba wydawała materiały laboratoryjne?

— W tym ośrodku było od groma doktorów. Nie pamiętam. Mogę już iść? — Sanitariusz uczynił gest, jak gdyby chciał wstać.

— Chwileczkę!

— Miało być tylko jedno pytanie. Poza tym wcześniej te bubki z CesBezu już mi je zadały.

— I takiej odpowiedzi im pan udzielił? Zaraz. Niech pomyślę. — Mark przygryzł nerwowo wargę. Samo nazwisko to za mało, żeby rozpoczynać pogoń. Potrzebował czegoś więcej. — Nie pamięta pan… czy Norwood kontaktował się z wysoką, bardzo ładną kobietą o eurazjatyckich rysach, prostych, ciemnych włosach, brązowych oczach… i wyjątkowo inteligentną. — Nie odważył się sugerować wieku. Mógł się mieścić w granicach dwadzieścia — sześćdziesiąt lat.

Sanitariusz wlepił w niego zdumione spojrzenie.

— Tak! Skąd pan wie?

— Kim ona była? Co ją łączyło z Norwoodem?

— Chyba też się uczyła, tak jak my. Przez pewien czas uganiał się za nią, wykorzystując do maksimum swój żołnierski wdzięk, ale chyba jej na to nie złapał.

— Pamięta pan, jak miała na imię?

— Roberta czy jakoś tak. Rowanna. Nie pamiętam.

— Pochodziła z Obszaru Jacksona?

— Wydawało mi się, że z Escobaru. — Sanitariusz wzruszył ramionami. — W klinice pracowało wielu lekarzy — stażystów z całej planety, którzy zajmowali się krioreanimacją. Nigdy z nią nie rozmawiałem. Kilka razy widziałem ją z Norwoodem. Może odniósł wrażenie, że próbujemy mu ją odbić.

— Zatem ta klinika to dobra instytucja?

— Tak się nam wydawało.

— Proszę tu zaczekać. — Zostawiwszy sanitariusza w małej pokładowej sali odpraw „Ariela”, Mark popędził poszukać Quinn. Nie uszedł daleko. Czekała w korytarzu, przytupując nerwowo.

— Quinn, szybko! Potrzebny mi zapis wideo z hełmu sierżant Taury z akcji desantowej. Jeden jedyny obrazek.

— CesBez skonfiskował oryginały.

— Na pewno masz kopie.

Uśmiechnęła się kwaśno.

— Może.

— Quinn, proszę cię!

— Zaczekaj tu. — Po paru chwilach wróciła i wręczyła mu dysk. Tym razem poszła za nim do sali odpraw. Czytnik dłoni w konsoli nie mógł już zadziałać bez względu na to, jak Mark układałby na nim rękę, musiał więc pozwolić, aby Quinn ją włączyła. Potem przewinął zapis do obrazu, o który mu chodziło. Zbliżenie wysokiej, ciemnowłosej dziewczyny, która odwracała głowę, otwierając szeroko oczy. Mark zmniejszył ostrość tła, gdzie widać było żłobek klonów.

Dopiero wówczas pozwolił spojrzeć sanitariuszowi na ekran. — Hej!

— To ona?

— To… — Sanitariusz wlepił wzrok w monitor. — Jest młodsza. Ale to ona. Skąd to macie?

— Nieważne. Dziękuję. Nie zabieram już panu więcej czasu. Bardzo nam pan pomógł.

Sanitariusz wyszedł tak samo niechętnie, jak wcześniej wszedł, oglądając się przez ramię.

— O co tu chodzi, Mark? — spytała ostro Quinn.

— Powiem ci, kiedy będziemy na moim statku. W drodze. Nie wcześniej. — Zdobył przewagę nad CesBezem i nie zamierzał wypuszczać jej z rąk. Gdyby nie jałowość ich rozpaczliwych wysiłków, nigdy by go nie wypuścili, bez względu na starania księżnej. Zresztą zachował się wobec nich uczciwie; nie zdobył żadnych informacji, których CesBez nie miał. Po prostu trochę inaczej je skojarzył.

— Skąd, u diabła, masz statek?

— Matka mi dała. — Powstrzymał uśmieszek.

— Księżna? Niech mnie! Puściła cię?

— Nie zazdrość mi małego stateczku, Quinn. Zresztą rodzice ofiarowali mojemu starszemu bratu całą flotę statków. — Oczy mu błysnęły. — Zobaczymy się na pokładzie, kiedy tylko komandor Bothari — Jesek zamelduje, że jest gotowa do drogi.

Jego statek. Nie ukradł go, nie przywłaszczył przez oszustwo. Otrzymał go w prezencie. Pierwszy raz w życiu dostał prezent urodzinowy. Po dwudziestu dwóch latach.

Mały jacht pochodził jeszcze z poprzedniej generacji statków i poprzednio należał do jakiegoś komarrskiego oligarchy z dawnych dobrych czasów, przed najazdem Barrayaru. Kiedyś musiał uchodzić za luksusową jednostkę, lecz najwyraźniej jakieś dziesięć lat temu przestano o niego dbać. Mark domyślił się, że nie oznacza to ciężkich czasów dla komarrskiego klanu; po prostu wymieniali statek, dlatego go sprzedali. Komarrczycy znali się na interesach, a Vorowie pojmowali związek interesów z podatkami. Interesy pod władzą nowego reżimu zaczęły kwitnąć tak samo bujnie jak przedtem.

Mark postanowił urządzić salę odpraw w saloniku jachtu. Spoglądał teraz na twarze tych, których tu zaprosił. Siedzieli na meblach przymocowanych do przykrytego dywanem pokładu, wokół sztucznego kominka, w którym zainstalowano holowidowy program przedstawiający tańczące płomienie. Sztucznemu ogniowi towarzyszyło promieniowanie podczerwone.

Oczywiście była tu Quinn wciąż ubrana w swój dendariański mundur. Paznokcie zdążyła już zupełnie poobgryzać, więc zaczęła przygryzać wewnętrzną stronę policzka. Bel Thorne siedział milczący i przygaszony; wieczne przygnębienie odcisnęło się na jego twarzy delikatnymi zmarszczkami wokół oczu. Obok Thorne’a przysiadła zwalista sierżant Taura, spoglądała na Marka nieufnie.

1 ... 91 92 93 94 95 96 97 98 99 ... 137
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)