Lustrzany taniec [Mirror Dance - pl]
- Автор: Буджолд Лоис Макмастер
- Год: 2002
- Язык: польский
- Год: Pr
- ISBN: 3-7337-142-7
- Переводчик: Lukasz Praski
- Жанр: Космическая фантастика
Электронная книга - «Lustrzany taniec [Mirror Dance - pl]». Краткое содержание книги:
— Nieważne. Posłuchaj, czy jest tu u Dendarian jakiś sanitariusz czy technik medyczny, który odbywał szkolenie w Centrum Życia Beauchene? Najlepiej, gdyby był tam w tym samym czasie co Norwood. Albo mniej więcej w tym samym czasie.
Westchnęła.
— W jego grupie było trzech. Sanitariusz Oddziału Czerwonych, Norwood i sanitariusz Oddziału Pomarańczowych. CesBez już nas o to pytał.
— Gdzie są teraz tamci dwaj?
— Sanitariusz Czerwonych zginął kilka miesięcy temu w katastrofie wahadłowca.
— Aj! — Przejechał dłońmi przez włosy.
— Człowiek Pomarańczowych jest u mnie, na „Arielu”.
— Świetnie! — zapiał uradowany Mark. — Muszę z nim porozmawiać. — Chciał powiedzieć: „Daj mi go”, ale przypomniał sobie, że rozmawia przez prywatną linię CesBezu, która z pewnością jest monitorowana. — Przyślij po mnie kapsułę.
— Po pierwsze, CesBez już go przesłuchiwał, bardzo długo zresztą, a po drugie, kim ty, u diabła, jesteś, żeby mi wydawać rozkazy?
— Wygląda na to, że Elena nie powiedziała ci zbyt wiele. — Ciekawe, czy dwuznaczna przysięga Bothari — Jesek miała większą rangę niż jej lojalność wobec Dendarian? A może nie miała czasu, żeby pogadać? Jak długo był… zerknął na chronometr. Boże. — Tak się składa, że niedługo odlatuję do Obszaru Jacksona. I jeśli będziesz dla mnie miła, być może poproszę CesBez, żeby cię zwolnił i pozwolił lecieć ze mną jako gościowi. Być może — dodał, uśmiechając się do niej promiennie.
Jej wściekłe spojrzenie było bardziej wymowne niż wiązanka najsoczystszych przekleństw, jakie w życiu usłyszał. Quinn poruszyła bezgłośnie ustami — licząc do dziesięciu? Kiedy się odezwała, z jej ust dobyło się zduszone warczenie.
— Za jedenaście minut będziesz miał kapsułę przy włazach stacji.
— Dziękuję.
Sanitariusz był wobec niego opryskliwy.
— Już o tym mówiłem. Przez parę godzin. Chyba wystarczy.
— Obiecuję, że się streszczę — zapewnił go Mark. — Tylko jedno pytanie.
Sanitariusz mierzył Marka wrogim spojrzeniem, jakby się domyślał, że to przez niego od kilkunastu tygodni jest uwiązany do statku zacumowanego na orbicie Komarru.
— Czy podczas szkolenia krionicznego w Centrum Życia Beauchene, jakie odbywał pan z Norwoodem, pamięta pan spotkanie z niejakim lub niejaką doktor Duroną? Może ta osoba wydawała materiały laboratoryjne?
— W tym ośrodku było od groma doktorów. Nie pamiętam. Mogę już iść? — Sanitariusz uczynił gest, jak gdyby chciał wstać.
— Chwileczkę!
— Miało być tylko jedno pytanie. Poza tym wcześniej te bubki z CesBezu już mi je zadały.
— I takiej odpowiedzi im pan udzielił? Zaraz. Niech pomyślę. — Mark przygryzł nerwowo wargę. Samo nazwisko to za mało, żeby rozpoczynać pogoń. Potrzebował czegoś więcej. — Nie pamięta pan… czy Norwood kontaktował się z wysoką, bardzo ładną kobietą o eurazjatyckich rysach, prostych, ciemnych włosach, brązowych oczach… i wyjątkowo inteligentną. — Nie odważył się sugerować wieku. Mógł się mieścić w granicach dwadzieścia — sześćdziesiąt lat.
Sanitariusz wlepił w niego zdumione spojrzenie.
— Tak! Skąd pan wie?
— Kim ona była? Co ją łączyło z Norwoodem?
— Chyba też się uczyła, tak jak my. Przez pewien czas uganiał się za nią, wykorzystując do maksimum swój żołnierski wdzięk, ale chyba jej na to nie złapał.
— Pamięta pan, jak miała na imię?
— Roberta czy jakoś tak. Rowanna. Nie pamiętam.
— Pochodziła z Obszaru Jacksona?
— Wydawało mi się, że z Escobaru. — Sanitariusz wzruszył ramionami. — W klinice pracowało wielu lekarzy — stażystów z całej planety, którzy zajmowali się krioreanimacją. Nigdy z nią nie rozmawiałem. Kilka razy widziałem ją z Norwoodem. Może odniósł wrażenie, że próbujemy mu ją odbić.
— Zatem ta klinika to dobra instytucja?
— Tak się nam wydawało.
— Proszę tu zaczekać. — Zostawiwszy sanitariusza w małej pokładowej sali odpraw „Ariela”, Mark popędził poszukać Quinn. Nie uszedł daleko. Czekała w korytarzu, przytupując nerwowo.
— Quinn, szybko! Potrzebny mi zapis wideo z hełmu sierżant Taury z akcji desantowej. Jeden jedyny obrazek.
— CesBez skonfiskował oryginały.
— Na pewno masz kopie.
Uśmiechnęła się kwaśno.
— Może.
— Quinn, proszę cię!
— Zaczekaj tu. — Po paru chwilach wróciła i wręczyła mu dysk. Tym razem poszła za nim do sali odpraw. Czytnik dłoni w konsoli nie mógł już zadziałać bez względu na to, jak Mark układałby na nim rękę, musiał więc pozwolić, aby Quinn ją włączyła. Potem przewinął zapis do obrazu, o który mu chodziło. Zbliżenie wysokiej, ciemnowłosej dziewczyny, która odwracała głowę, otwierając szeroko oczy. Mark zmniejszył ostrość tła, gdzie widać było żłobek klonów.
Dopiero wówczas pozwolił spojrzeć sanitariuszowi na ekran. — Hej!
— To ona?
— To… — Sanitariusz wlepił wzrok w monitor. — Jest młodsza. Ale to ona. Skąd to macie?
— Nieważne. Dziękuję. Nie zabieram już panu więcej czasu. Bardzo nam pan pomógł.
Sanitariusz wyszedł tak samo niechętnie, jak wcześniej wszedł, oglądając się przez ramię.
— O co tu chodzi, Mark? — spytała ostro Quinn.
— Powiem ci, kiedy będziemy na moim statku. W drodze. Nie wcześniej. — Zdobył przewagę nad CesBezem i nie zamierzał wypuszczać jej z rąk. Gdyby nie jałowość ich rozpaczliwych wysiłków, nigdy by go nie wypuścili, bez względu na starania księżnej. Zresztą zachował się wobec nich uczciwie; nie zdobył żadnych informacji, których CesBez nie miał. Po prostu trochę inaczej je skojarzył.
— Skąd, u diabła, masz statek?
— Matka mi dała. — Powstrzymał uśmieszek.
— Księżna? Niech mnie! Puściła cię?
— Nie zazdrość mi małego stateczku, Quinn. Zresztą rodzice ofiarowali mojemu starszemu bratu całą flotę statków. — Oczy mu błysnęły. — Zobaczymy się na pokładzie, kiedy tylko komandor Bothari — Jesek zamelduje, że jest gotowa do drogi.
Jego statek. Nie ukradł go, nie przywłaszczył przez oszustwo. Otrzymał go w prezencie. Pierwszy raz w życiu dostał prezent urodzinowy. Po dwudziestu dwóch latach.
Mały jacht pochodził jeszcze z poprzedniej generacji statków i poprzednio należał do jakiegoś komarrskiego oligarchy z dawnych dobrych czasów, przed najazdem Barrayaru. Kiedyś musiał uchodzić za luksusową jednostkę, lecz najwyraźniej jakieś dziesięć lat temu przestano o niego dbać. Mark domyślił się, że nie oznacza to ciężkich czasów dla komarrskiego klanu; po prostu wymieniali statek, dlatego go sprzedali. Komarrczycy znali się na interesach, a Vorowie pojmowali związek interesów z podatkami. Interesy pod władzą nowego reżimu zaczęły kwitnąć tak samo bujnie jak przedtem.
Mark postanowił urządzić salę odpraw w saloniku jachtu. Spoglądał teraz na twarze tych, których tu zaprosił. Siedzieli na meblach przymocowanych do przykrytego dywanem pokładu, wokół sztucznego kominka, w którym zainstalowano holowidowy program przedstawiający tańczące płomienie. Sztucznemu ogniowi towarzyszyło promieniowanie podczerwone.
Oczywiście była tu Quinn wciąż ubrana w swój dendariański mundur. Paznokcie zdążyła już zupełnie poobgryzać, więc zaczęła przygryzać wewnętrzną stronę policzka. Bel Thorne siedział milczący i przygaszony; wieczne przygnębienie odcisnęło się na jego twarzy delikatnymi zmarszczkami wokół oczu. Obok Thorne’a przysiadła zwalista sierżant Taura, spoglądała na Marka nieufnie.