Dzieci Boga [Children of God - pl]
- Автор: Расселл Мэри Дория
- Год: 2000
- Язык: польский
- Год: Zysk i S-ka
- ISBN: 83-7150-596-5
- Переводчик: Andrzej Polkowski
- Жанр: Научная фантастика
Электронная книга - «Dzieci Boga [Children of God - pl]». Краткое содержание книги:
— Nawet mała zmiana może podminować cały system — zauważył Joseba, wciąż przejęty tym pomysłem. — A jeśli coś, co powiedziałeś albo zrobiłeś, wpłynęło na Kitheriego albo na innych Jana’atów? To by oznaczało, że to, co się wydarzyło, jest… — Urwał, bo Sandoz nagle wstał i przeszedł w drugi koniec pomieszczenia.
— Jakie, Josebo? Możliwe do wybaczenia? — zapytał. — Do zniesienia? Tak? Jakieś lepsze?
— To by odkupiło to, co ci zrobiono — powiedział cicho Sean Fein. Prawie się ugiął pod spojrzeniem tych czarnych, twardych jak stal oczu, ale zmusił się do mówienia dalej. — Sandoz, przecież tego się nigdy nie wie! — krzyknął. — A co by się stało, gdyby ta cholerna austriacka komisja przyjęła młodego pana Hitlera do szkoły artystycznej? Malował zupełnie przyzwoite pejzaże i architekturę. Może gdyby dostał swój nędzny dyplom, losy świata potoczyłyby się inaczej?
— Parę słów, Emilio! — powiedział John nalegającym tonem. — Akt dobroci, miłości albo odwagi…
Sandoz stał nieruchomo z opuszczoną i odwróconą od nich głową.
— No dobrze — powiedział chłodno, podnosząc głowę. — Na użytek tej dyskusji przyjmijmy, że niezamierzone konsekwencje mogą być zarówno dobre, jak i złe. Kłopot w tym, jeśli już chodzi o mój przypadek, że nigdy nie dano mi możliwości wygłoszenia Hlavinowi Kitheriemu lub jego towarzyszom poruszającego kazania o wolności lub bezcenności dusz jana’atańskich, ruńskich czy ludzkich. — Zamilkł, czekając z zamkniętymi oczami. Był zmęczony, rzecz jasna. — Nie przypominam sobie, żeby mi pozwolono wypowiedzieć choćby jedno słowo. Wyłem, krzyczałem, to prawda… ale obawiam się, że w tym wyciu nie było słów, które ktokolwiek by rozumiał. — Znowu zamilkł i zaczerpnął głęboko powietrza, a potem wypuścił je powoli, zanim na nich spojrzał. — I walczyłem, żeby nie dać się wziąć tym jebakom, ale nie sądzę, by nawet najbardziej miłosierny obserwator uznał to za pokaz męstwa. Zdumiewający pokaz daremności i bezsilności, o tak, to mogło przyjść komuś do głowy.
Jeszcze raz przerwał, oddychając z wysiłkiem.
— Więc, jak widzicie — powiedział w końcu — nie sądzę, by istniał choć strzęp nadziei, że ktokolwiek wyciągnął jakieś budujące wnioski na temat świętości życia albo politycznej wartości wolności podczas mojego… posługiwania kapłańskiego wśród Jana’atów. I proponuję, panowie, abyśmy już nie poruszali tego tematu aż do końca naszej wspólnej podróży.
Wszyscy patrzyli w milczeniu, jak Sandoz opuszcza mesę, a później rozglądali się po sobie, zbierając myśli. Nikt nie zauważył, że Nico, stojący dotąd w kącie, wyszedł również i udał się do swojej kabiny.
Otworzywszy szafkę w ścianie nad swoim biurkiem, Nico poszperał wśród swoich skarbów i znalazł dwa twarde cylindry nierównej wielkości: jedno całe i drugie zjedzone już do połowy genueńskie salami, które tam zachomikował. Położywszy je na biurku, usiadł i z lubością wdychał woń czosnku, oddając się jednocześnie poważnym rozważaniom nad problemem salami. Zastanawiał się, ile mu jeszcze zostało i ile czasu upłynie, zanim będzie mógł kupić nowe i jak się czuł don Emilio, kiedy go tak bardzo bolała głowa. Byłoby marnotrawstwem dawać salami komuś, kto mógłby je zwymiotować. A jednak, pomyślał Nico, prezent zawsze wprawia w lepszy humor, a don Emilio mógłby zachować salami na później, kiedy ból głowy ustąpi.
Ludzie często śmiali się z Nica, bo zbyt poważnie wszystko traktował. Mówili coś z powagą, więc traktował to poważnie, a później był zakłopotany, kiedy się okazywało, że tylko żartowali. Rzadko rozpoznawał różnicę między takim rodzajem żartowania a rozsądną mową.
— Nazywamy to ironią — wyjaśnił mu kiedyś don Emilio. — Ironia często polega na tym, że myślimy coś przeciwnego, niż mówimy. Żeby się połapać, na czym polega żart, trzeba być zaskoczonym, a później rozbawionym różnicą między tym, co ktoś naprawdę myśli, a tym, co akurat mówi.
— Więc to jest ironia, kiedy Frans mówi: Nico, bystry z ciebie chłopak?
No, może i tak, ale on się również z ciebie wyśmiewa — odpowiedział szczerze Sandoz. — Ironią byłoby, gdybyś ty sam mówił, że jesteś bystrym chłopcem, ponieważ uważasz się za głupiego i większość ludzi to samo o tobie sądzi. Ale ty nie jesteś głupi, Nico. Uczysz się powoli, ale skrupulatnie. Kiedy czegoś się uczysz, robisz to naprawdę dobrze i już tego nie zapominasz.
Don Emilio zawsze mówił poważnie, więc przy nim Nico mógł się rozluźnić i nie musiał odnajdywać ukrytych żartów. Nigdy się z niego nie wyśmiewał i poświęcał sporo czasu, żeby go czegoś nauczyć i ułatwić zapamiętanie obcych słów.
Wszystko to, uznał Nico, jest całkowicie warte połowy salami.
Czyjaś wizyta była ostatnią rzeczą, której Sandoz w tej chwili pragnął, ale kiedy odpowiedział na pukanie do drzwi krótkim: „Odwal się!”, nie usłyszał odgłosu oddalających się kroków i w końcu uznał, że ktokolwiek tam jest, zamierza tkwić długo. Westchnął, otworzył drzwi i nie był specjalnie zaskoczony, widząc Nica d’Angeli czekającego w korytarzu.
— Buon giorno, Nico — powitał go cierpliwie. — Mówiąc szczerze, wolałbym teraz pobyć trochę sam.
— Buon giorno, don Emilio — odpowiedział Nico pogodnym tonem. — Obawiam się, że to bardzo ważne.
Emilio westchnął głęboko i prawie się zakrztusił zapachem czosnku, ale cofnął się, zapraszając Nica do środka. Zgodnie ze swoim zwyczajem poszedł w najdalszy kąt kabiny i usiadł na łóżku, opierając się plecami o przegrodę. Nico przysiadł na skraju krzesła, a potem pochylił się, by położyć połówkę salami u stóp koi.
— Chciałbym ci to dać, don Emilio — powiedział bez zbędnych wyjaśnień.
— Dziękuję ci, Nico — odrzekł z powagą Emilio, starając się nie wdychać powietrza za głęboko. — To bardzo ładnie z twojej strony, ale ja już nie jem mięsa…
— Wiem, don Emilio. Don Gianni powiedział mi, że to z powodu jedzenia ruńskich niemowląt. Ale to salami jest ze świni.
Emilio musiał jednak parsknąć śmiechem.
— Masz rację, Nico. To tylko świnia. Dziękuję ci.
Głowa trochę mniej cię boli? — zapytał Nico z niepokojem. — Możesz to zachować na później, jeśli miałbyś teraz zwymiotować.
— Dzięki, Nico. Wziąłem jakieś lekarstwo i ból przeszedł, więc nie zwymiotuję.
Powiedział to z przekonaniem, którego wcale nie miał: zapach czosnku przyprawiał go o zawrót głowy. Zorientował się jednak, że dla Nica ten prezent ma bardzo dużą wartość, więc ześliznął się z łóżka i ujął salami obiema rękami, aby zaznaczyć, że to docenia.
— Może zjemy trochę razem? — zapytał. — Masz nóż?
Nico skinął głową i wyciągnął scyzoryk, a potem uśmiechnął się nieśmiało, a to mu się bardzo rzadko zdarzało. Emilio z namaszczeniem, całkiem nieźle zdjął skórkę z salami, bo miał dzisiaj wyjątkowo sprawne ręce. Nico wziął od niego salami i operując ostrożnie kciukiem, odkroił dwa cienkie plasterki z samego końca. Emilio przyjął jeden plasterek z godnością, którą kiedyś zachowywał dla hostii. To tylko świnia, pomyślał, i po chwili udało mu się jakoś przełknąć mięso.