Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Научная фантастика » Dzieci Boga [Children of God - pl]
Dzieci Boga [Children of God - pl] - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Dzieci Boga [Children of God - pl]

Электронная книга - «Dzieci Boga [Children of God - pl]». Краткое содержание книги:

Debiutancka powieść Mary Dorii Russell „Wróbel” zdobyła dla autorki powszechne uznanie. Oto kontynuacja owej jednej z najwspanialszych powieści fantastycznych ostatnich lat. Zaledwie ojciec Emilio Sanchez, jedyny członek pierwszej wyprawy, który powrócił na Ziemię, zdołał odzyskać zdrowie i równowagę psychiczną po straszliwych przejściach na planecie Rakhat, Towarzystwo Jezusowe prosi go (a właściwie zmusza), by zechciał wziąć udział w kolejnej misji. Sancheza dręczą wspomnienia i lęki, ale nie może uciec od swojej przeszłości. Rozpoczyna się druga batalia o rozum i duszę tak ciężko doświadczonego przez los kapłana.
1 ... 98 99 100 101 102 103 104 105 106 ... 137
Перейти на страницу:

— Widzisz tego drugiego? — zawołała Suukmel.

Nikt już nie wymawiał imienia zdrajcy. Istnienie Supaariego VaGayjura zostało wymazane z pamięci, jego cały klan wymordowano dawno temu. Dzisiaj umrze z rąk Hlavina Kitheriego, pomyślała Suukmel. Runowie mówią, że jego córka uciekła, więc zostaje tylko ten potwór, Fia, który nie będzie żył wiecznie. A potem, pomyślała Suukmel, oddamy rebeliantom południe i pozostawimy ich własnemu losowi. Najdonioślejszy zbuduje nowe miasta i zabierze tych wszystkich obcych z naszej posiadłości. Może będziemy biedni i głodni, tak, na pewno, ale jeszcze powróci piękno i cywilizacja, nauka i pieśni…

— Tam! Teraz wystąpił Bezimienny. Jest bez zbroi — dodała Taksayu po chwili, ściszając głos, żeby nowiny nie rozniosły się wśród tych, którzy nie powinni ich znać. To straszliwa obraza dla Najdonioślejszego, pojawiać się na polu bitwy bez zbroi. To tak, jakby się mówiło: Zbroja nie będzie mi potrzebna.

Zabrzmiał hymn bitewny, grzmiący chór głosów Jana’atów przygotowujących się na śmierć lub zwycięstwo. Zwykle występowali po tym jeden po drugim wojownicy, stosownie do rangi, aby zmierzyć się z wojownikami wystawionymi przez stronę przeciwną. Dzisiaj to przygotowanie było czysto ceremonialne. Był tylko jeden wojownik, który mógł stanąć do boju. Obie strony uzgodniły, że będzie to pojedynek między dwoma przeciwnikami — między Najdonioślejszym i Bezimiennym — a jego wynik miał być uznany przez wszystkich.

— I będzie po wszystkim — szepnęła Suukmel, opierając się o zimną ścianę wieży.

Starała się nie dostrzegać rozpaczy w tych słowach.

— Suupari, on ma na sobie zbroję — powiedziała Sofia.

— Ale ja nie mam, więc będzie musiał ją zdjąć — odrzekł Suupari; oczy miał twarde jak szaroniebieskie kamyki na dnie spokojnego jeziora. — Byłoby oznaką tchórzostwa stawać do walki w zbroi, kiedy przeciwnik jej nie ma. Kitheri nie może sobie pozwolić na to, by uznano go za tchórza.

— To bez różnicy — powiedziała z rezygnacją Djalao stojąca obok Sofii. — W zbroi czy bez zbroi, wynik będzie ten sam.

— Nie doszłoby do tego, gdyby pozwolili Runom odejść! — krzyknęła Puska. — Nie mogą zwyciężyć. Dlaczego nie pozwolili Runom odejść?

A potem, posłuszny jakiemuś wewnętrznemu poczuciu czasu, Supaari odwrócił się bez słowa i zaczął zmierzać na pole bitwy.

— Niepotrzebnie się poświęcasz! — zawołała za nim Djalao głosem pełnym gniewu.

Puska zaszlochała głośno, ale Sofia warknęła:

— Nie osłabiaj go!

Patrzyła, jak Supaari schodzi samotnie ze wzgórza, a jego postać zamazywała się coraz bardziej i nie sprawiały tego łzy, po prostu Sofia była krótkowidzem.

Miał to być pierwszy od czterech pokoleń pojedynek na szczeblu państwowym i trzeba było połączonych wysiłków wszystkich pozostałych jeszcze w Inbrokarze ruńskich specjalistek od ceremoniału, by go godnie zainscenizować. Tym razem dały z siebie wszystko, czując, że to wymarzona sposobność, by godnie zakończyć życie.

Takie kobiety od samego dzieciństwa czerpały radość z widoku swoich panów stosownie ubranych i stosownie przyozdobionych. Misternie splecione warkoczyki musiały spoczywać wdzięcznie na ramionach, klejnoty połyskiwać we właściwych miejscach, osadzone w odpowiedniej oprawie. Największą satysfakcję sprawiało im przeświadczenie, że przygotowały swojego pana na jakieś ważne spotkanie w taki sposób, by nie narazić ani jego, ani osoby, z którą miał się spotkać, na obrazę — chyba że świadomie. Przed wojną każdą z nich wypytywano o radę, czasem całymi godzinami, a kiedy jej udzieliła, przyjmowano ją bez zastrzeżeń. Były żywymi skarbnicami wiedzy o jana’atańskiej genealogii, znając dobrze przeszłe dokonania, obecne zasługi i rangę każdego klanu. Były nieocenione w podpowiadaniu rozwiązań zbędnych konfliktów lub wzniecaniu dyskusji, które ich panowie mogli obrócić na własną korzyść. Często żyły dłużej od innych Runów, bo wyszkolenie ich następczyń wymagało wiele czasu, ale chętnie znosiły udręki i ograniczenia wieku starczego, choć wiedziały, że i tak, kiedy nadejdzie pora, ich twarde, łykowate mięso zostanie zjedzone przez Jana’atów niższej rangi. Ich funkcjonowanie było fundamentem, na którym wspierała się rakhatańska cywilizacja.

Na zatłoczonych ulicach i w zapełnionych uchodźcami posiadłościach ostatnich kilku miast ich wiedza była teraz jeszcze bardziej niezbędna niż kiedykolwiek — tylu było tu obcych, tyle klanów i rodzin stłoczonych razem! Wygłodniali, przerażeni i oszołomieni Jana’atowie łatwo wybuchali gniewem, rozrywając bez ostrzeżenia gardła ruńskim odźwiernym, którzy wzbraniali im wejścia do miasta. Postawiono więc u wrót mistrzynie ceremoniału, by wysłuchiwały opowieści o dawnych przymierzach i koligacjach i decydowały, kto zostanie wpuszczony. Do obrony Inbrokaru wybierały tylko najlepszych Jana’atów, z najstarszych klanów; innych wysyłały dalej na północ, by radzili sobie sami.

Teraz, zerkając przez dolinę na wielotysięczną hordę pobratymców, krzątały się wśród swoich panów, dbając o ich godny wygląd, sprawdzając, czy proporce i insygnia są we właściwych miejscach, ustawiając wojowników zgodnie z ich rangą i przygotowując się, wraz ze swymi panami, do oglądania spektaklu walki. Lecz kiedy ucichł jana’atański hymn bitewny i nadszedł czas, by go odśpiewali przeciwnicy, z ust rebeliantów uleciały pod niebo tylko obelgi, kalając odwieczne harmonie dysonansami powtarzających się, monotonnych krzyków.

Mistrzynie ceremonii zignorowały wrzaskliwe obelgi, rzucane pod ich adresem przez pobratymców zgromadzonych na wzgórzu. Całe życie poświęciły majestatycznemu baletowi rang, godności i szacunku. Ich zawód miał wygasnąć, ale te kobiety pragnęły opuścić królestwo światła i ruchu ze świadomością, że spełniały swój obowiązek do samego końca.

Wewnątrz murów bardziej praktycznie nastawieni do życia Runowie przygotowali się na ten dzień zupełnie inaczej. Robili to już od lat, a i teraz nie zaprzestali przygotowań. Wierność weszła im w krew, a jeśli ich wierność nagradzana była łaskawością, a nawet choćby tylko przyzwoitym traktowaniem, nie widzieli powodu, by porzucać swoje rodziny.

Spoglądali więc na północ i zastanawiali się, czy wysoko w górach śnieg już stopniał, pakowali ukrytą żywność i dzielili się pogłoskami.

— W górach jest bezpiecznie.

— Jest z nimi ten ich cudzoziemiec.

— Nikogo nie wypędzą.

Hlavin Kitheri, trzymając muskularne ramiona z dala od swego napiętego ciała, poczuł błogosławioną lekkość, kiedy zdjęto mu z ramion szatę, ciężką i sztywną od złotych haftów i lśniących klejnotów. Nie był wysoki ani młody, ale często polował i brał udział w zapasach, i teraz oddychał swobodnie, kiedy odpięto mu zbroję i złożono schludnie na ziemi. Nie zwracał uwagi na swoją świtę. Skupił się na kroku, budowie i zapachu przeciwnika idącego ku niemu z południa, uzbrojonego tylko w to, w co ich obu wyposażyła natura: chwytne stopy, maczugowate ręce z ostrymi pazurami, potężne ogony, szczęki zdolne rozerwać przeciwnikowi lub zwierzynie gardło aż do kręgosłupa.

Nie widzieli się od wielu lat, ale wciąż pamiętał twarz Supaariego. Kitheri zauważył, że jego były szwagier jest wyższy i ma większy zasięg ramion, ale mocno się postarzał. Szczękę pokrywała mu szara sierść, policzki miał zapadnięte — najwidoczniej brakowało mu zębów. I był wychudzony: widać było żebra, a ogon nie prężył się już tak jak dawniej. Prawe kolano nieco sztywne i… niepewność biodra przy każdym ruchu. Mięśnie piersi osłabione długimi bliznami biegnącymi przez lewe ramię.

1 ... 98 99 100 101 102 103 104 105 106 ... 137
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)