Dzieci Boga [Children of God - pl]
- Автор: Расселл Мэри Дория
- Год: 2000
- Язык: польский
- Год: Zysk i S-ka
- ISBN: 83-7150-596-5
- Переводчик: Andrzej Polkowski
- Жанр: Научная фантастика
Электронная книга - «Dzieci Boga [Children of God - pl]». Краткое содержание книги:
— Łagodnie mówiąc — mruknął John, siedzący naprzeciw niego, czując, jak mu serce topnieje na widok uśmiechu Emilia. — No, teraz już chyba dasz wszystkim trochę odpocząć, co?
Rozległy się chrząkania i pomruki popierające taką propozycję i po raz pierwszy od startu na pokładzie „Magellana” zapanowało coś w rodzaju wspólnotowej atmosfery, kiedy tak siedzieli razem, jedząc, popijając i rozmawiając. Wszyscy poczuli — choć było to jeszcze bardzo kruche poczucie — że stanowią jedną drużynę, ale nikt nie ośmielił się tego wyrazić; dopiero pod koniec posiłku Nico oświadczył ni stąd, ni zowąd:
— To mi się bardziej podoba.
Zapanowała krótka cisza, jak zwykle pod koniec wspólnego obiadu, ale przerwał ją Danny Żelazny Koń, mówiąc:
— Słuchaj, Sandoz, jest taka jedna nowa pieśń rakhatańska, nad którą pracuję, i…
— Danny, daj spokój! — zaprotestował John. — Żadnych rozmów o interesach!
Ale Emilio się nie najeżył, więc Danny kontynuował swoją myśl.
— Tylko ten jeden kawałek. Jest naprawdę niezwykły. Szczerze mówiąc, Sandoz, uważam, że z politycznego punktu widzenia jest bardzo ważne, co te wersy oznaczają, ale zrobiłem już wszystko, co w mojej mocy, a…
— Danny… — zaczął znowu John.
— John, jeśli będę potrzebował rzecznika, dam ci znać — powiedział Emilio. John wzruszył ramionami: umywam ręce. — No dobra, Danny — dodał Emilio. — Posłuchajmy tego.
Sama muzyka była równie łatwo rozpoznawalna jak muzyka Mozarta, równie silnie działająca na uczucia, jak muzyka Beethovena. Z wyjątkiem partii barytonu, głosy nie przypominały niczego, co do tej pory nadchodziło z Rakhatu: były to lekko matowe, bogate alty, roziskrzone, wspaniałe dyszkanty, splecione ze sobą w harmoniach, które sprawiły, że wszyscy zaczęli oddychać szybciej. A potem pojedynczy głos: wznoszący się, wznoszący, porywający ich gdzieś…
— To słowo — powiedział Danny z naciskiem, kiedy sopran opadł w chór jak cofająca się fala w ocean. — To jest klucz. To musi być klucz. Znasz je?
Sandoz pokręcił głową i wyciągnął rękę, wysłuchując całego utworu, zanim przemówił.
— Jeszcze raz — powiedział, kiedy się skończyło. A potem:
— Jeszcze raz — po raz trzeci wysłuchał całego utworu. — Nico, podaj mi laptop — poprosił, kiedy nagranie ucichło. — Danny, kiedy to złapaliście?
— W zeszłym tygodniu.
— Zaraz zobaczymy, czy dobrze rozumiem proces, dzięki któremu otrzymaliśmy tę transmisję — powiedział sucho Sandoz, kiedy Nico wyszedł po komputer. — Kiedy te pieśni po raz pierwszy nadano na Rakhacie, zostały automatycznie zarejestrof wane przez system „Magellana”, zakodowane, skompresowane i spakowane w plik, prawda? Zatrzymane w pamięci do czasu, i kiedy gwiazdy znalazły się we właściwym położeniu. Wyłowione i przez radioteleskopy po czterech latach od wysłania ich przez! „Magellana”. Sprzedane jezuitom przez Konsorcjum Kontakt, na i pewno po jakimś okresie negocjacji co do ceny. Zbadane i ponownie spakowane. Przesłane do nas… kiedy? Po jakichś dwu latach? A teraz poruszamy się z maksymalną prędkością, tak? — zapytał, spoglądając na Grubego Fransa. — Z tego by wynikało, że do chwili, gdy pakiet do nas dotarł w zeszłym tygodniu, upłynęło więcej lat z powodu efektu względności czasu. Nie mam pojęcia, co to nam daje, ale to są bardzo stare wiadomości, Danny… Ach, grazie, Nico.
Przez pewien czas po prostu obserwowali proces, który tak dobrze znali, kiedy Sandoz przebiegał przez różne pliki, szukając podobnych źródłosłowów, by potwierdzić lub odrzucić jakąś hipotezę, która tworzyła się w jego umyśle.
— Myślę, że to ma jakiś związek ze źródłowym słowem oznaczającym wszelką zmianę: sohraa — oznajmił w końcu. — Pierwsza sylaba to, oczywiście, wzmacniacz. Termin jest, jak sądzę, poetyckim neologizmem, ale nie znam tej konstrukcji. Równie dobrze może być archaiczna, a nie nowa. Łączy sohraa z rdzeniem implikującym wyłanianie się albo uwolnienie: hramaut. Słyszałem go tylko raz, kiedy Supaari pokazał mi małe zwierzątko, które wyłaniało się z czegoś w rodzaju poczwarki. — Podniósł oczy i spojrzał na Danny’ego. — Jeśli mam zgadywać, powiedziałbym, że to słowo oznacza emancypację. Prawdopodobnie tematem całego utworu jest radość z zerwania więzów.
Daniel Żelazny Koń przymknął na krótko powieki, jakby się modlił. Wywiązała się ożywiona rozmowa, ale wkrótce przerwał ją Danny.
— Zgadzasz się, że to jest kompozycja Kitheriego? Jego styl, zarówno w słowach, jak i w formie muzycznej? — Sandoz pokiwał głową: To nie podlega wątpliwości. — A głosy? Kto śpiewa? Nie kto. Który gatunek?
— Basy należą z pewnością do Jana’atów męskiego rodzaju. Inne są w znacznie wyższych rejestrach — stwierdził spokojnie Sandoz.
— Scuzi — odezwał się nieśmiało Nico. — Co znaczy emancy… Jakie to było słowo?
— Emancypacja — odpowiedział Emilio. — To znaczy „uwolnienie”. Kiedy wyzwala się legalnie niewolników, nazywamy to emancypacją.
— Runowie mają znacznie wyższe głosy, prawda? — zapytał Nico. — Może śpiewają, bo się cieszą z odzyskania wolności.
Żelazny Koń wpatrywał się wciąż w Emilia.
— Sandoz, a jeśli Kitheri wyzwolił Runów?
Po raz pierwszy ośmielił się wypowiedzieć tę myśl na głos. Wszyscy zaczęli się prostować, mrugać oczami, marszczyć brwi, rozważając to, co usłyszeli.
— O Boże, Emilio — zawołał John — jeśli Runowie śpiewają… jeśli tematem tej pieśni jest emancypacja…
— To by zmieniało wszystko — wyszeptał Sean.
— Spóźniłem się — westchnął Carlo.
— Gratuluję, Johnny! — krzyknął Frans Vanderhelst. — Oto twój ukryty sens!
— Sandoz — powiedział Danny ostrożnym tonem — może właśnie dlatego miałeś wrócić…
Sandoz przerwał narastający gwar spekulacji, spoglądając na Danny’ego.
— Nawet gdybyś miał rację, a wątpię w to z różnych powodów: lingwistycznych, politycznych i teologicznych, nie musiałbym lecieć na Rakhat, żeby się o tym dowiedzieć. — Zerknął na zegar z datownikiem, wskazujący czas ziemski. — Mogłem usłyszeć tę muzykę, kiedy transmisje dotarły do Ziemi. To dobre kilka lat temu, prawda? Może gdzieś w pobliżu ósmej rocznicy małżeństwa z Giną — dodał, rzucając chłodne spojrzenie na Carla. Zapadło milczenie.
— Przykro mi, że sprawiam zawód Nicowi i kilku innym romantykom, ale te głosy nie brzmią mi jak głosy Runów. A słowa są w języku k’san, co nie obala hipotezy Danny’ego, ale na pewno jej nie wspiera. Alty wciąż używają zaimka osobowego, którego nigdy nie słyszałem. Nigdy nie zwracała się do mnie bezpośrednio żadna Jana’atanka, nawet wówczas, kiedy należałem do haremu Kitheriego, więc podejrzewam, że to zaimek żeński, a te głosy są głosami dorosłych Jana’atanek. Te najwyższe mogą być głosami dzieci, ale wydaje mi się, że to są jana’atańskie dzieci, nie ruriskie.
— Ale nawet jeśli wyzwolił jana’atariskie kobiety… — zaczął Danny.
— Ojcze Żelazny Koniu, zdaje mi się, że ma ojciec lekką skłonność do pobożnych życzeń — powiedział Sandoz z jadowitą uprzejmością, która wszystkich zmroziła. — Na jakiej podstawie, na przykład, zakładasz, że Kitheri byłby skłonny do czegoś takiego? A może podkładasz własne pragnienie samousprawiedliwienia się pod sytuację i osobę, o których nic nie wiesz? — Danny słusznie przyjął to jak policzek. — Gdyby Hlavin Kitheri — ciągnął Sandoz — był w jakiś sposób odpowiedzialny za zmianę statusu takich członków jego gatunku, a trudno mi to sobie wyobrazić, byłbym bardzo szczęśliwy. Ale niczego mu nie wybaczam.