Dzieci Boga [Children of God - pl]
- Автор: Расселл Мэри Дория
- Год: 2000
- Язык: польский
- Год: Zysk i S-ka
- ISBN: 83-7150-596-5
- Переводчик: Andrzej Polkowski
- Жанр: Научная фантастика
Электронная книга - «Dzieci Boga [Children of God - pl]». Краткое содержание книги:
Czekała cierpliwie, aż znajdzie odpowiednie słowa, przyzwyczajona do tego przy Izaaku, który potrzebował milczenia, by zebrać myśli. Po jakimś czasie powiedziała:
— Poświęcanie życia na studiowanie poezji jest godne pozazdroszczenia.
Potem odwróciła się i spojrzała na południe, ku rozległym, płaskim równinom, przez które przeszła, i pomyślała o wszystkim, co się wydarzyło od opuszczenia Trucha Sai. Pomyślała o Runach, o tym, jak bardzo ich kocha, o ich namiętnym przywiązaniu i nie kończących się rozmowach, o ich cudownej i strasznej potrzebie dotykania, mówienia, obserwowania, troszczenia się. Zamknęła oczy, zapytując się w duchu, czego właściwie pragnie.
Tego, pomyślała. Chcę żyć pośród ludu, który śpiewa, który jest na tyle spokojny, że pozwala Izaakowi myśleć. Chcę być razem z tym nieśmiałym, bojaźliwym Jana’ atą, który jest dobry dla Izaaka i który będzie dobrym ojcem. Chcę należeć do kogoś. Chcę czuć się w środku czegoś, a nie na skraju. Chcę mieć dzieci i wnuki. Nie chcę się zestarzeć i umrzeć, wiedząc, że kiedy umrę, już nigdy nie będzie nikogo podobnego do mnie.
— Nie wrócę — usłyszał Shetri, ale powiedziała to w języku, którego nie znał.
Znowu przemówiła i tym razem zrozumiał.
— Czyjś ojciec kiedyś jej powiedział, że lepiej umrzeć, niż żyć źle. Ja mówię: Lepiej żyć dobrze. — Ponownie okazał zakłopotanie, bo musiała użyć mieszaniny języków, by wyrazić taką myśl. Więc powiedziała: — Ktoś może sam wykarmić siebie i jej brata. I ciebie też, dopóki się uczysz.
Zrozumiał, że tak ma być. Przyniosła dziką zwierzynę; upieczona była twarda i łykowata, ale reszta domowników została, przekonana, że takie mięso można uczynić jadalnym, trzeba tylko trochę czasu, by je przygotować.
— Ktoś prosi o przyrzeczenie: nie będziesz jadł Runów.
Wydało mu się błahostką, prawie uzasadnioną, prawie rozsądną, by odrzucić podstawę jana’atańskiej cywilizacji, tylko dlatego, że prosiła go o to ta niezwykła dziewczyna.
— Jak sobie życzysz — odpowiedział, zastanawiając się, czy ta rozmowa też jest halucynacją, i rozpoznając nagle, że to nie wpływ narkotycznych oparów wdychanych w obrządku Sti, ale jej zapach, jej bliskość…
Nie powinien być zaskoczony. Jeśli Ha’anala jest tym kimś, za kogo uważa ją jego siostra, to wychowała się wśród Runów i parzenie się nie mogło być dla niej tajemnicą. Lecz mimo to, tego ranka, pod rozległym niebem, z trzema słońcami jako świadkami, bez weselnych gości, prócz wiatru i ziół, Shetri Laaks uznał, że po raz kolejny musi przesunąć granicę, poza którą już nic go nie zdziwi.
— Sipaj, Shetri: nie jest bezpiecznie iść do miasta Inbrokar — powiedziała później, kiedy uznała, że odzyskał słuch. — My-i-ty-też musimy powędrować poza góry Garnu. Ta’ana się zgodziła. Na dalekiej północy są miejsca, w których będziemy bezpieczni.
Oniemiały, okrążony, wydrążony, powalony: gdyby mu powiedziała, że mają zamieszkać na słońcu, wspiąłby się po chmurach i rzucił w ogień.
— Czy wiesz, kim jesteśmy? — zapytała. — Ta jedna i jej brat?
— Tak.
Kiedy odsunęła się od niego, poczuł nagły chłód.
— Jestem nauczycielem — powiedziała. — A mój brat jest posłańcem.
Niewiele z tego zrozumiał, ale rozpoznał ruńskie słowo: wysłannik.
— A co ten posłaniec ma do przekazania? — zapytał, czując, że ona tego oczekuje.
— Odejść — odpowiedziała. — I żyć.
— Musimy zawiadomić matkę — powiedziała Ha’anala Izaakowi. — Ktoś potrzebuje laptopa.
Izaak uniósł podbródek: pozwolenie.
Za pośrednictwem „Magellana” mogli podsłuchać każdą radiową transmisję na Rakhacie i czerpać z zasobów centralnego komputera pokładowego, ale sami nie mogli zostać zlokalizowani. Systemy „Magellana” odnotowywały tylko, że sygnały z ich laptopa przeszły przez jeden z satelitarnych przekaźników umieszczonych nad kontynentem. Sofia dowiedziałaby się tylko, że wciąż są na kontynencie.
Ha’anala siedziała, długo zastanawiając się nad słowami, którymi mogłaby powiedzieć Sofii, że istnieją dobrzy i przyzwoici Jana’ atowie, że sprawiedliwość może być zabarwiona żądzą zemsty. Wiedziała jednak, co jej lud sądzi o takich, którzy kolaborują z djanada; nie pomogą żadne słowne niuanse — i tak uznają to za zdradę.
Czując dziwny ucisk w gardle, Ha’anala wywołała sygnał „Magellana”. Potworność jej decyzji udaremniała przekazanie wiadomości głosem, wystukała więc jednym pazurem krótką wiadomość: „Sofio, moja ukochana matko, opuściliśmy Ogród”.
29. „GIORDANO BRUNO”: 2070–2073 czasu ziemskiego
Nie widzę tu żadnego problemu — powiedział Sean Fein, nakładając sobie na talerz trochę gulaszu z garnka stojącego pośrodku stołu. — Daj to na głośniki. Podkręć głośność. Czy ten biedak nie może sobie wyjść na mały spacer?
— Tu nie chodzi o samo wysłuchanie tych pieśni. Tu jest potrzebna dogłębna analiza — odparł Danny Żelazny Koń. — Połowy słów nie rozumiem, ale to, co rozumiem, jest… Zrozum, zrobiłem z tym wszystko, co potrafię! Sandoz musi pomóc.
— Raz już mu powiedziałem, że muzyka się zmieniła, odkąd on tam był. Nie wyraził żadnego zainteresowania — powiedział Joseba, stawiając talerz na stole. — Nawet na Ziemi nie chciał słuchać tych pieśni.
Bo to był głos Hlavina Kitheriego — zauważył John, przeżuwając z namysłem mięso. — Albo kogoś innego, kogo znał. A tu mamy coś zupełnie innego!
:— Ale to na pewno styl Kitheriego — stwierdził Carlo, nalewając sobie trochę czerwonego Ferreghini.
— Tak — zgodził się Danny — i jeśli Kitheri tworzy teraz takie kawałki, to cała struktura tego społeczeństwa…
W drzwiach mesy pojawił się Sandoz z hełmem VR pod’ pachą. Zapadła cisza, jak zwykle, kiedy wchodził, a jeszcze nie wiedziano, w jakim jest nastroju.
— Panowie, Geryon został oswojony — oznajmił. — Udało mi się pomyślnie odbyć symulowany lot wahadłowcem z „Bruna” na powierzchnię Rakhatu i z powrotem.
— Zostanę przeklęty — mruknął Frans Vanderhelst.
— Prawdopodobnie — odpowiedział Sandoz i skłonił się z przesadną dworskością, kiedy rozległy się okrzyki aplauzu i gwizdy.
— Wciąż nie mogę zrozumieć, dlaczego sprawiło ci to tyle kłopotu — powiedział John, podchodząc do Emilia z Nikiem, jak sekundanci po zwycięskiej walce, by zdjąć mu rękawice VR i wziąć od niego hełm. — Czy to było trudniejsze od bejsbola?
— Po prostu nie mogłem zobaczyć tego, co muszę zrobić. Jestem mentalnym ślepcem — wyjaśnił Emilio, siadając przy stole. — Dopiero w college’u dowiedziałem się, że inni ludzie potrafią widzieć różne rzeczy w wyobraźni. — Kiwnął głową do Carla, kiedy rozlano wino, by spełnić uroczysty toast. — I nie potrafię czytać map… Kiedy ktoś udzielał mi wskazówek, jak się gdzieś dostać, musiałem to sobie napisać prozą. — Odchylił się wygodnie na krześle, sprawiając wrażenie rozluźnionego, choć zmęczonego, i uśmiechnął się do Nica, który przyniósł mu z kuchni talerz. — Ale chyba będzie lepiej, jak mnie umieścicie na samym końcu listy potencjalnych pilotów promu…