Dzieci Boga [Children of God - pl]
- Автор: Расселл Мэри Дория
- Год: 2000
- Язык: польский
- Год: Zysk i S-ka
- ISBN: 83-7150-596-5
- Переводчик: Andrzej Polkowski
- Жанр: Научная фантастика
Электронная книга - «Dzieci Boga [Children of God - pl]». Краткое содержание книги:
W tym momencie Athaansi przestał się boczyć, a zaczął głośno protestować. Wuj bawił się znakomicie tym spektaklem, rad, że o nim zapomniano, ale jego radość była dość krótka.
— Wygląda na to, że Athaansi jest zbyt wybredny, by pokryć VaHaptę ze starożytnego rodu — powiedziała nieulękła Ta’ana Laaks u Erat i przeniosła swą uwagę z syna na brata, okazując beznamiętny pragmatyzm. — Może ty byś zechciał dać początek nowej linii Laaksów, teraz, kiedy twój brat i jego rodzina nie żyją?
Postawiła uszy, oczekując odpowiedzi.
Nie doczekała się, bo Shetri Laaks był zbyt zajęty sprawdzaniem swojej zdolności do odczuwania zdumienia.
Ta’ana wstała, spoglądając na dwójkę przybyszów, siedzących pod baldachimem, który kazała zrobić ze swojego przetykanego srebrną nicią woalu.
— Jeśli chodzi o tego cudzoziemskiego potwora — oświadczyła — to może się nam przy dać jako zakładnik, jeśli na południu sprawy nie ułożą się po naszej myśli.
Co skutecznie zakończyło dyskusję.
— Ktoś myśli, że twój brat dobrze śpiewa — zagadnął Shetri dziewczynę, kiedy następnego ranka poszli razem na przechadzkę.
Nie powiedział jej, że ona też ma piękny głos. Był wciąż zbyt zaskoczony tym, że ośmieliła się śpiewać hymny, chociaż Ta’ana oznajmiła, iż obecnie toleruje się to na dworze Kitheriego. Tyle się zmieniło od czasu, kiedy on sam studiował niezmienne obrządki.
— Ma miły, czysty głos, a jego harmonie są…
— Z innego świata — dokończyła Ha’anala, uśmiechając się, kiedy Shetri rozważał w myśli ten zwrot, a potem zamrugał, zrozumiawszy jego znaczenie. — Izaak uwielbia muzykę ponad wszystko.
— Co śpiewałaś z nim po hymnach?
— Sz’ma, pieśń ludu naszej matki.
Shetri dał sobie spokój z próbą zrozumienia, co dziewczyna miała na myśli, mówiąc o pokrewieństwie. Muzyka była czymś, co rozumiał i potrafił docenić.
— Jest piękna.
— Jak i twoje pieśni. — Milczała przez chwilę. — Ktoś ci dziękuje, że śpiewałeś dla Izaaka. Hymny na cześć Sti uspokajają serce. Ktoś chciałby rozumieć słowa, ale wystarczy mu melodia.
Shetri zatrzymał się, chcąc jej zadać pytanie, które odczuwał jako kłopotliwe.
— Jak to możliwe, że Izaak nauczył się całego poematu, słysząc go tylko raz? Ktoś studiował przez lata… — Spojrzał w bok, zakłopotany. — Jest specjalistą od pamięci, czy może to normalne wśród… ludu waszej matki?
— Nasza matka mówi, że umysł Izaaka jest zbudowany zupełnie inaczej. Izaak różniłby się od wszystkich nawet wtedy, gdyby był pośród własnego ludu.
— Wybryk genetyczny? — podsunął Shetri, ale dziewczyna nie zrozumiała.
Znała wieczorne hymny, ale trudno się było z nią porozumieć nowoczesnym k’sanem, a on sam nie był w stanie przełożyć tego na ruanja. Zamilkł i zaczął się przyglądać niskiej roślinności wokół nich, rozpoznając znajome zioła, a potem pochylił się, by zerwać gałązkę balsamu i odetchnąć mocnym zapachem. Rad był z tego chwilowego odwrócenia uwagi od zagadek, które go przytłaczały, a jeszcze bardziej z tego, że dziewczyna nie okazuje jawnej pogardy mężczyźnie, którego interesują rośliny.
Dopóki Ta’ana nie zaproponowała mu tego, Shetri nie rozważał możliwości wzięcia sobie towarzyszki, nawet w myślach, nawet po tym, jak się dowiedział o śmierci Nra’ila i jego dziedziców. Ha’anala była młoda, ale on sam czuł się jak nowo narodzony. Zastanawiał się, czy Ta’ana rozmawiała już z dziewczyną. Nie miał pojęcia, jak się załatwia takie rzeczy; był trzeciakiem i nigdy nie sądził, że będzie mu to potrzebne.
— Ha’anala. To dziwne imię — powiedział.
— Ktoś został nazwany imieniem osoby, którą uwielbiał czyjś ojciec.
Pomyślał, ze dziewczyna ani nie ujawnia, ani nie ukrywa swojej tożsamości. Może uważa to za oczywiste… w końcu było oczywiste dla Ta’any. A może mu powiedziała, ale niezbyt dokładnie ją zrozumiał, może nie uchwycił jakiejś subtelności języka Runów. Jej dusza była dla niego jak kolorowe szkło: przepuszczające światło, ale nie przezroczyste.
Zmieszał się, kiedy stwierdził, że znowu na nią patrzy; nie pozwoliła się ubrać, nie mówiąc już o woalu, a jej zapach go oszałamiał. Spojrzał za siebie, na oddalone obozowisko, naprędce rozbite i błotniste po nocnym deszczu. Wkrótce będzie musiał powiedzieć siostrze, by dokonała wyboru między nagością a głodem. Trzeba będzie ubić tego Runao, który ją ubiera. Pozbyła się już woalu, więc podejrzewał, że bez trudu zniesie brak garderobianego.
— Musimy iść dalej, do Inbrokaru — powiedział Ha’anali, kiedy ruszyli dalej. — Ta’ana boi się, że mogą nas nie wpuścić, jeśli zbyt wielu uchodźców znajdzie tam schronienie. Co zrobicie, kiedy Izaak odzyska zdrowie?
Nie odpowiedziała mu wprost.
— To źle zjadać Runów. — Zatrzymała się i spojrzała mu prosto w oczy. — Sipaj, Shetri, gdyby nie to, zostalibyśmy z wami.
Powtórzył sobie jej słowa w myślach, by się upewnić: zwróciła się do niego bezpośrednio, osobiście, a nie jak do jednego z domowników Ta’any. Zanim spotkał Ha’analę, rzadko rozmawiał z samicami nie należącymi do jego rodziny, ale teraz trudno się było mylić co do zapachu Ha’anali. Jej oczy miały barwę ametystu, a patrzyła na niego pozbawionym lęku spojrzeniem; wyobrażał sobie, że tak patrzą na mężczyzn ruńskie kurtyzany.
— Ktoś jest… — Głos uwiązł mu w gardle. A potem, przypominając sobie, że jest regentem i że musi się zachowywać z godnością, zaczął od nowa: — Czyjś siostrzeniec Athaansi…
— Mnie nie interesuje — skończyła jego zdanie Ha’ anala. — Twoja siostra znajdzie mu inną żonę. Może dwie. — Shetri cofnął się, wstrząśnięty. — Sipaj, Shetri, wkrótce wszystko się zmieni. Już nie będzie więcej żadnych „rozpłodników” do stracenia.
Dobrze to wszystko przemyślała. Prawa noga: miłość i zobowiązanie wobec Sofii, i pragnienie osłabienia nieuniknionego smutku. Lewa: potrzeba schronienia i chęć przeżycia, ale na własnych warunkach. Ha’anala nie mogła zwrócić się przeciwko Runom, których kochała i rozumiała, ale nie mogła też przypatrywać się bezczynnie, jak wyniszczają jej gatunek. Rozwiązanie tego problemu pojawiło się, kiedy obserwowała, jak Ta’ana i jej ruńska służąca pracują ramię w ramię nad przygotowaniem gromadki uciekinierów do dalszej wędrówki. Ramię w ramię, właściwie równe sobie.
Oni sami będą musieli wybrać niektórych spośród nas, pomyślała Ha’anala. I my, djanada, zaczniemy wszystko od nowa, kiedy już zostaniemy wybrani.
Wychowana przez Runów, Ha’anala nie chciała niepokoić samca, ale rozmowa z Ta’aną potwierdziła jej najgorsze obawy co do losów wojny. Nie będzie więcej mowy o Izaaku jako o zakładniku — miał otrzymać pełny status jako szwagier.
— Sipaj, Shetri — powiedziała — ktoś przedyskutował tę sprawę z Ta’aną i my-ale-nie-ty doszłyśmy do zgody. Izaak pragnie pozostać wśród ludu, który śpiewa, a ktoś pragnie mieć ciebie za męża. Twoja siostra się zgadza. — Patrzyła na Shetriego tak długo, aż opuścił oczy; zaczął drżeć na całym ciele, a nią też owładnęło przemożne pragnienie wypełnienia tej pustki, którą odczuła fizycznie po raz pierwszy w życiu. — Brakuje tylko twojej zgody — dodała głosem już nie tak spokojnym, jak sobie życzyła.
Ułożył w myśli kilka zdań w języku k’san, a kiedy już był gotowy, przełożył je na ruanja.
— Ktoś nie ma doświadczenia — powiedział cicho w języku, w którym źle się czuł i który nie pasował do tego celu. — Ktoś przez całe życie studiował poematy i hymny na cześć Sti. Jest… był mały majątek, dziesięć dni na południe stąd, ale teraz czyjaś siostra mówi, że nic już nie ma. Wszystko zniszczone. Ktoś nie może obiecać niczego… nawet jedzenia…