Rozmowa w „Katedrze”
- Автор: Варгас Льоса Марио
- Язык: польский
- Жанр: Современная русская и зарубежная проза
Электронная книга - «Rozmowa w „Katedrze”». Краткое содержание книги:
– Widziałem, jak głupio się poczuł Becerrita, kiedy wszedłeś do redakcji – powiedział Garlitos. – Zamurowało go na twój widok. Coś nieprawdopodobnego.
– Nie ma nic nowego, tylko to, co pieprzyła ta kurwa, lepiej o tym zapomnieć – burknął Becerrita, desperacko grzebiąc w papierach. – Niech pan czymś zapcha tę kolumnę, Zavalita. Śledztwo w toku, trafiono na nowy ślad. Cokolwiek, na jedną kolumnę.
– Okazał się człowiekiem, to najwspanialsze w całej sprawie, Zavalita – powiedział Garlitos. – Odkryć, że Becerrita ma serce.
Schudłeś, masz podkrążone oczy, weszli do salonu, kto ci pierze bieliznę, usiadł pomiędzy Teté i señora Zoila, dobrze dają jeść w tym pensjonacie? Tak, mamo, i w oczach starego ani cienia zażenowania, chodzisz na wykłady? żadnego poczucia winy, nawet głos mu nie zadrżał. Uśmiechał się, żartował, szczęśliwy, pełen nadziei, pewnie myślał wróci, wszystko się ułoży, i zaraz Teté a teraz nam powiedz prawdę, ty oszuście, nie wierzę, żebyś nie miał dziewczyny. Ależ to prawda, Teté.
– Wiesz, że Ambrosio odszedł? – powiedział Chispas. – Zupełnie nagle, z dnia na dzień.
– Periquito łapie od ciebie marynarkę, Arispe gryzie się w język, kiedy z tobą rozmawia, Hernández patrzy na ciebie kpiąco? – powiedział Garlitos. – Chciałbyś, żeby tak było, masochisto. – Oni mają większe kłopoty, nie będą tracić czasu na to, żeby ci współczuć. A poza tym dlaczego mieliby ci współczuć. Tobie? No i czemu, do nagłej krwi? Nie ma powodu.
– Wyjechał w swoje strony, chce sobie kupić samochód i mówi, że będzie taksówkarzem – uśmiechnął się don Fermín. – Biedny Murzyn. Oby mu się poszczęściło.
– O tak, tego to byś chciał – roześmiał się Garlitos. – Żeby cała redakcja o tobie mówiła, żeby plotkowali, żeby trzaskali dziobami. Ale oni albo nie wiedzą, albo tak się spietrali, że zamknęli gęby na kłódkę. Obciąłeś się, Zavalita.
– Teraz tatuś się zabrał do prowadzenia, nie chce innego szofera – roześmiała się Teté. – Żebyś go tylko zobaczył za kółkiem. Można dostać szału. Dziesięć na godzinę i przy każdym skrzyżowaniu hamuje.
– Wszyscy tacy serdeczni dla ciebie, że aż się chce rzygać od tych uśmiechów i tych uprzejmości? – powiedział Garlitos. – Chciałbyś. W rzeczywistości nic nie wiedzą albo mają to gdzieś, Zavalita.
– Nieprawda, z domu do biura jadę szybciej niż Chispas śmiał się don Fermín. – A poza tym to oszczędność, no i stwierdziłem, że nawet lubię prowadzić. Cóż, człowiek głupieje na starość. Psiakrew, jak pięknie wygląda to chupe.
– Wspaniałe, mamo, jasne, że chcę jeszcze, a czy ona ci daje krewetki? tak, mamo. Komediant, makiawel, cynik? Tak, mamo, przyniesie bieliznę do prania. Facet o tylu obliczach, że trudno byłoby powiedzieć, które jest prawdziwe? Tak, mamo, będzie przychodził w każdą niedzielę na obiad. Jeszcze jedna ofiara czy jeszcze jedno zwierzę, które zębami i pazurami rozszarpuje inne, chroniąc własną skórę? Jeszcze jeden peruwiański burżuj? Tak, mamo, co dzień będzie dzwonił, żeby powiedzieć, jak się czuje i czy mu czegoś nie trzeba. W domu pośród rodziny dobry ojciec, w interesach pozbawiony skrupułów, w polityce oportunista, ani gorszy, ani lepszy niż inni? Tak, mamo, zrobi dyplom, będzie adwokatem. Przy żonie impotent, z kochanką nienasycony, a przy swoim kierowcy ściąga spodnie? Nie, mamo, nie będzie zarywał nocy, tak, będzie się ciepło ubierał, rzuci papierosy, będzie dbał o zdrowie. Nie żałuje wazeliny, myśli, dyszy i ślini się pod jego ciężarem jak rodząca baba?
– Tak, nauczyłem panicza Chispasa prowadzić samochód – mówi Ambrosio. – W tajemnicy przed pańskim ojcem, to jasne.
– Nigdy nie słyszałem, żeby Becerrita czy Periquito pisnęli chociaż słówko – powiedział Garlitos. – Może gadają za naszymi plecami, wiedzą, że się przyjaźnimy. Może za parę dni, za parę tygodni będą mieli dość. A potem wszyscy przywykną, zapomną. A o Muzie nie zapomnieli? A o tylu innych sprawach w tym kraju, Zavalita?
Te lata, które przemieszały się w pamięci, Zavalita, codzienna powszedniość i conocna monotonia, piwo, burdel. Reportaże, sprawozdania: tyle papieru, że można by na niego przenieść całe swoje życie, wyprać wszystkie brudy, myśli. Rozmowy w „Negro-Negro”, niedzielne chupe z krewetkami, bony do stołówki w „Kronice”, kilka książek, które warto zapamiętać. Pijaństwa odwalane bez przekonania, Zavalita, proszki zażywane bez przekonania, dziennikarka bez przekonania. Długi pod koniec miesiąca, wykrwawianie się, powolne, nieubłagane grzęźniecie w niewidzialnym bagnie. Muza to była ta jedyna wyróżniająca się sprawa, myśli. Przez nią cierpiałeś, Zavalita, spędzałeś bezsenne noce, płakałeś. Myśli: twoje niedole trochę mną potrząsnęły, Muza, trochę mnie przywróciły do życia. Garlitos poruszył dłonią, uniósł kciuk i wciągnął powietrze; jego głowa odrzucona do tyłu, połowa twarzy oświetlona, połowa pogrążona w głębokim i tajemniczym cieniu.
– Chinka teraz sypia z jednym grajkiem z „Embassy” – jego błędne, szklące się oczy. – Ja też mam swoje kłopoty, Zavalita.
– Niech tam, widzę, że będziemy tu tkwić do rana – powiedział Santiago. – I będę musiał cię położyć do łóżka.
– Jesteś porządny gość i tak samo przegrany jak ja, masz wszystko to, co powinien mieć taki gość – wywodził Garlitos.
– Ale czegoś ci brak. Przecież mówiłeś, że chcesz żyć, nie? Zakochaj się w jakiejś dziwce i zobaczysz.
Pochylił głowę i deklamował coś nabrzmiałym, niepewnym, rozwlekłym głosem. Powtarzał ten sam wiersz, przerywał, znów zaczynał, od czasu do czasu śmiał się bezgłośnie. Była prawie trzecia, kiedy Norwin i Rojas weszli do „Negro-Negro”, a Garlitos już od dłuższego czasu bredził.
– Cześć pieśni, wysiedliśmy – powiedział Norwin. – Ustępujemy miejsca Becerricie i tobie, Zavalita.
– Ani słowa więcej o gazecie, bo zaraz wychodzę – powiedział Rojas. – Już trzecia, Norwin. Zapomnij o „Ostatnich Wiadomościach” i o Muzie, bo jak nie, to zjeżdżam.
– Zasrany łowca sensacji – powiedział Garlitos. – Z ciebie prawdziwy dziennikarz, Norwin.
– Już nie jestem w kryminalnym – powiedział Santiago. – W tym tygodniu wróciłem do miejskiego.
– Zostawmy Muzę w spokoju, niech sobie Becerrita robi, co chce – powiedział Norwin. – Koniec, nie ma co mleć językiem. Mówię ci, Zavalita, nic nie wywęszą. To już nie jest temat.
– Zamiast żerować na niskich instynktach naszych rodaków, postaw mi piwo – rzekł Garlitos. – Zasrany łowca sensacji.
– Ja wiem, Becerrita będzie jeszcze dolewał oliwy do ognia – powiedział Norwin. – Ale my już mamy dość. Nie ma co tego ciągnąć, mówię ci. Zremisowaliśmy, sam przyznaj, Zavalita.
– Jeden Mulat ze sztucznie prostowanym włosem i, o, takimi bicepsami – powiedział Garlitos. – Gra na bongo.
– Tajniacy już pogrzebali całą sprawę, wiem na pewno – powiedział Norwin. – Dzisiaj mi o tym szepnął Pantoja. Drepczemy w miejscu, trzeba czekać na jakiś przypadek. Już im się znudziło, nic więcej nie wywęszą. Powiedz Becerricie.
Nie mogli czy nie chcieli nic wykryć? myśli. Myśli: nie wiedzieli czy też zabili cię po raz drugi, Muza? Czy były półgłosem prowadzone rozmowy, wysłane obiciami salony, tajemnicze drzwi, które otwierały się i zamykały, Zavalita? Czy były wizyty, szepty, zwierzenia, rozkazy?
– Byłem dziś w „Embassy”, chciałem go zobaczyć – powiedział Garlitos. – Przyszedłeś zrobić drakę? Nie, bracie, przyszedłem pogadać. Opowiedz no, jaka ona jest dla ciebie, ta Chinka. A potem ja ci opowiem i porównamy. No i tak żeśmy się zaprzyjaźnili.