Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне

Электронная книга - «Rozmowa w „Katedrze”». Краткое содержание книги:

Rozmowa w Katedrze to niezwykła historia ludzi żyjących w Peru, w latach 50., w czasie dyktatury wojskowej, której przywódcą był generał Manuel Apolinario Odría.Akcja książki rozgrywa się na kilku płaszczyznach ujawniających kulisy i mechanizmy władzy dyktatora jak i jej wpływ na życie zwykłych ludzi. W popularnym barze o znaczącej nazwie Katedraa spotykają się Santiago Zavala, który wyrwał się spod władzy lojalnego wobec rządu ojca, Ambrosio człowiek ze społecznych nizin, znajomy Cayo Bemudeza bliskiego współpracownika prezydenta. Rozmowa, uznawana jest za najważniejsze dzieło Vargasa Llosy. Sam Autor mówi o niej w ten sposób: żadna inna powieść nie przysporzyła mi tak wiele trudu. Dlatego gdybym musiał kiedyś uratować coś z pożaru, wyniósłbym właśnie tę książkę.
1 ... 93 94 95 96 97 98 99 100 101 ... 163
Перейти на страницу:

– Jeszcze teraz nie przyjdę, Chispas – i zaraz jego głos, zaraz protest, ależ, stary, tak nie można. – W niedzielę, powiedz mamie, że przyjdę w niedzielę na obiad.

– W porządku, w niedzielę, Teté i ja przygotujemy ją na to – powiedział Chispas. – Niech ci będzie, ty kapryśny paniczyku. Powiem mamie, żeby zrobiła dla ciebie chupe z krewetkami.

– Pamiętasz, kiedyśmy się widzieli ostatni raz? – mówi Santiago. – Chyba ż dziesięć lat temu, pod klubem „Regatas”.

Wyszedł z kafejki, ruszył aleją w kierunku Malecón i zamiast schodami prowadzącymi do „Regatas”, powlókł się dalej jezdnią, bez pośpiechu, roztargniony, myśli: zdumiony tym swoim postępkiem. Daleko w dole widział dwie maleńkie plaże należące do klubu. Był przypływ, morze pożarło piasek, fale uderzały o nabrzeże, języki piany lizały platformę, teraz pustą, na której w lecie roiło się od kąpielowiczów i parasoli. Ile to lat nie kąpałeś się w „Regatas”, Zavalita? Ostatnio byłeś tu przed wstąpieniem na San Marcos, pięć czy sześć lat temu, wtedy wydawało mu się, że to tyle co sto. Myśli: teraz tyle co tysiąc.

– Jasne, że pamiętani, paniczu – mówi Ambrosio. – Tego dnia, kiedy się pan przeprosił z pańskim tatusiem.

Budowali basen? Na boisku do koszykówki dwaj mężczyźni w granatowych kombinezonach ciągnęli kosz; jeziorko, na którym trenowali wioślarze, chyba wyschło, czy Chispas wtedy jeszcze wiosłował? Byłeś już kimś obcym dla swojej rodziny, Zavalita, już nie wiedziałeś, jakie jest twoje rodzeństwo, co robią, w czym się zmienili i jak bardzo się zmienili. Dotarł do bramy klubu, usiadł na jednym ze słupków podtrzymujących łańcuch, budka strażnicza też była pusta. Mógł stąd widzieć Agua Dulce, plażę bez kabin, pozamykane kioski, okryte mgłą skarpy Barranco i Miraflores. Na kamienistym skrawku wybrzeża dzielącym Agua Dulce od „Regatas” mieszańcy i pospólstwo, jakby powiedziała mama, myśli; leżało tam kilka wyrzuconych na brzeg łodzi, jedna kompletnie podziurawiona. Zrobiło się zimno, wiatr targał mu włosy, czuł słony smak na wargach. Poszedł kawałek w stronę plaży, usiadł na burcie łodzi, zapalił papierosa: gdybym wtedy nie uciekł z domu, nigdy bym się nie dowiedział, tato. Mewy zataczały koła w powietrzu, przysiadały na skałach i zrywały się do lotu, nurkowały i od czasu do czasu wynurzały się z ledwie widoczną rybą w dziobie. Ołowianozielona barwa morza, myśli, szaroziemista piana fal łamiących się na skałach, od czasu do czasu dostrzegał połyskliwą kolonię meduz, pasma wodorostów, nie powinien był iść na San Marcos, tato. Nie płakałeś, Zavalita, nogi pod tobą nie drżały, on przyjedzie; a ty się zachowasz jak mężczyzna, nie będziesz mu się rzucać w ramiona, powiedz, że to kłamstwo, tatusiu, powiedz, że to nieprawda, tatusiu. W głębi alei pokazało się auto, jechało zygzakami, omijając wyboje, podnosząc chmury kurzu, i Santiago wstał i ruszył na jego spotkanie. Czy muszę udawać, nie dać po sobie poznać, nie płakać? Nie, myśli, nie powinienem, może tamten jest za kółkiem, może zobaczy twarz tamtego? Tak, oto szeroki uśmiech Ambrosia za szybą auta, oto jego głos, dzień dobry, paniczu Santiago, i oto wysiada stary. Ile siwych włosów, myśli, ile zmarszczek mu przybyło i jak schudł, i ten jego łamiący się głos: chudzino. Nie powiedział nic więcej, myśli, otworzył ramiona, tulił go do siebie przez długą chwilę, i jego usta na twoim policzku, Zavalita, zapach wody kolońskiej, i twoje ochrypłe, cześć tatusiu, jak się masz, tatusiu: kłamstwo, potwarz, nic z tego nie może być prawdą.

– Panicz nawet nie wie, jaki on był zadowolony – mówi Ambrosio. – Pan nie ma pojęcia, co to dla niego znaczyło, żeście się wreszcie pogodzili.

– Pewnie zmarzłeś na kość, jak tu czekałeś, okropna pogoda – jego dłoń na twoim ramieniu, Zavalita, mówił bardzo powoli, żeby ukryć wzruszenie, prowadził cię w stronę „Regatas”. – Chodź, wejdziemy tutaj, musisz się napić czegoś gorącego.

Wolno, w milczeniu minęli boisko, bocznymi drzwiami weszli do klubu. W sali restauracyjnej nie było nikogo, stoliki puste. Don Fermín klasnął w dłonie i po chwili zjawił się kelner, w pośpiechu dopinał kurtkę. Zamówili kawę.

– I niedługo potem przestałeś pracować u moich starych, prawda? – mówi Santiago.

– Nie mam pojęcia, czemu właściwie jeszcze ciągle jestem członkiem tego klubu, nigdy tu nie przychodzę – usta mówiły o czym innym, myśli, a oczy co u ciebie, jak ci się układa, czekałem na ciebie każdego dnia, całe miesiące, całe lata, chudzino. – Zdaje się, że Chispas i Teté też tu już nie przychodzą. Muszę odstąpić mój udział. Teraz jest wart trzydzieści tysięcy solów. A ja za niego zapłaciłem tylko trzy tysiące.

– Już nie pamiętam – mówi Ambrosio. – Tak, chyba niedługo potem.

– Schudłeś, masz podkute oczy, mama się przestraszy, jak cię zobaczy – chciał ci robić wymówki, ale nie mógł, Zavalita, w jego uśmiechu dostrzegało się wzruszenie i smutek. – Nocna praca ci nie służy. I osobne mieszkanie też nie, chudzino.

– Ale skąd, nawet trochę utyłem, tatusiu. Za to ty zeszczuplałeś.

– Już myślałem, że nigdy do mnie nie zadzwonisz, tak się ucieszyłem, chudzino – i żeby choć trochę szerzej otworzył oczy, Garlitos. – No ale co było, to było. Masz jakieś kłopoty?

– Ja nie, tatusiu – żeby nagle zacisnął pięści, Garlitos, albo gdyby chociaż na moment zmienił się na twarzy. – Jest taka sprawa, że, ale nie wiem, coś takiego, że ty mógłbyś mieć przykrości, zresztą nie wiem. Chciałem cię uprzedzić.

Kelner przyniósł kawę; don Fermín podsunął synowi papierosy; za oknami dwaj mężczyźni w kombinezonach zmieniali się miejscami, strzelali do kosza, a don Fermín słuchał i zaledwie cień zaciekawienia pojawił się na jego twarzy.

– Pewnie czytałeś w gazetach, tatusiu, chodzi o to zabójstwo – a on nic, ale to nic, Garlitos, patrzył na mnie, przyglądał się mojemu ubraniu, czy aż tak by udawał, Garlitos? – Ta piosenkarka, którą zamordowali w dzielnicy Jezus Maria, ta, co była kochanką Cayo Bermúdeza, jeszcze za Odrii.

– Aha, tak – don Fermín machnął ręką i patrzył na niego ciągle z tym samym czułym, ledwie odrobinę zaciekawionym wyrazem twarzy. – Ta Muza, tak.

– W „Kronice” wygrzebali, co mogli, z jej prywatnego życia – więc to wszystko bujda, Zavalita, no widzisz, miałem rację, powiedział Garlitos, niepotrzebnie się gryzłeś. – Wyciągnęli, co się dało, z tej sprawy.

– Ale ty się trzęsiesz, przecież jest zupełnie zimno, a ty nawet nie włożyłeś swetra – tak jakby go nudziło to, co opowiadam, Garlitos, zwracał uwagę tylko na mnie, patrzył mi w twarz, w jego wzroku był wyrzut, że mieszkam osobno, że przez tyle miesięcy nie dzwoniłem. – A co do tamtej sprawy, to nie ma się co dziwić, „Kronika” jest pismem nastawionym na sensację. Ale w końcu o co ci chodzi?

– Wczoraj wieczorem do redakcji przyszedł anonim, tatusiu – czy będzie udawał, czy robi z tego teatr? Przecież tak cię kocha, Zavalita. – Ktoś napisał, że tę kobietę zabił były goryl Cayo Bermúdeza, facet, który teraz jest szoferem u… i tu wymienił twoje nazwisko, tatusiu. Taki sam anonim mogli też posłać na policję, więc właśnie – tak, myśli, właśnie dlatego że cię tak kochał – no, w każdym razie, chciałem cię uprzedzić, tato.

– Ambrosio? o nim mówisz? – i jego zdumiony głos, Zavalita, jego uśmiech tak naturalny, tchnący taką pewnością siebie, jakby dopiero teraz go to zainteresowało, jakby dopiero teraz zaczynał coś rozumieć. – Ambrosio, goryl Bermúdeza?

– Znajdą się tacy, co zwrócą uwagę na tego rodzaju anonim, tatusiu – powiedział Santiago. – Tak czy tak, chciałem cię uprzedzić.

1 ... 93 94 95 96 97 98 99 100 101 ... 163
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)