Rozmowa w „Katedrze”
- Автор: Варгас Льоса Марио
- Язык: польский
- Жанр: Современная русская и зарубежная проза
Электронная книга - «Rozmowa w „Katedrze”». Краткое содержание книги:
– Wyciągała od faceta forsę, więc kazał ją sprzątnąć, żeby go więcej nie szantażowała – podpowiedział miękkim głosem Becerrita. – Kto to jest ten gość, co wynajął zabójcę?
– On go nie wynajął, pewnie z nim tylko pogadał – powiedziała Queta patrząc Becerricie w oczy. – Pogadał i namówił. On miał nad nim taką władzę, że tamten był jak jego niewolnik. Robił z nim, co chciał.
– Odważę się i wydrukuję – powtórzył Becerrita półgłosem. Psiakrew, wydrukuję, wierzę ci, Queta.
– To Złote Jajo kazał ją zabić – powiedziała Queta. – Zabójca to jego ciota. Nazywa się Ambrosio.
– Złote Jajo? – zerwał się na równe nogi, Garlitos, mrugał oczami, popatrzył na Periquita, na mnie, zreflektował się i spojrzał na Quete, a potem spuścił wzrok i powtarzał jak kretyn: – Złote Jajo? Złote Jajo?
– To Fermín Zavala, sam widzisz, że ona plecie trzy po trzy – wybuchnęła Ivonne, i ona też wstała, też krzyczała. – Przecież to idiotyzm, Becerrita, czy ty tego nie rozumiesz? Nawet gdyby to się okazało prawdą, to też byłby idiotyzm. Ona nic nie wie, wszystko sobie wymyśliła.
– Hortensja ciągnęła od niego forsę, groziła, że powie jego żonie, że wygada po całym mieście o tym jego romansie z własnym szoferem. Ja nie kłamię, zamiast opłacić jej podróż do Meksyku, kazał ją załatwić swojemu chłoptysiowi. Napisze pan, wydrukuje pan?
– Wszyscy się ubabrzemy w tym gównie – i opadł na swój fotel, nie patrząc na mnie i posapując, Garlitos, i nagle włożył kapelusz, tylko po to, żeby coś zrobić z rękami. – Jakie masz dowody, skąd wytrzasnęłaś taką historię, Queta? To się nie trzyma kupy. Nie lubię, jak mnie ktoś chce nabrać, Queta.
– Przecież mówiłam, że to bzdura, sto razy panu mówiłam – powiedziała Ivonne. – Ona nie ma dowodów, była w Huacachina, nic nie wie. A choćby i miała dowody, to kto je weźmie pod uwagę, kto uwierzy. Fermín Zavala, ten milioner. Wytłumacz jej to sam, Becerrita. Powiedz, co ją czeka, jeżeli będzie opowiadała takie rzeczy.
– Ubabrzesz się gównem, Queta, i ubabrzesz nas wszystkich – wrzeszczał, Garlitos, robił miny, poprawiał sobie kapelusz. – Chcesz, żebym to wydrukował, Queta? I żeby potem nas wszystkich wsadzili do czubków, co?
– I to on. Nie do wiary – powiedział Garlitos. – A jednak na coś się przydały te wszystkie brudy. Choćby na to, żeby mogło się okazać, że Becerrita to też człowiek i potrafi się przyzwoicie znaleźć.
– Pan ma jeszcze coś do roboty, prawda? – zachrypiał Becerrita patrząc na zegarek; jego głos był niepokojąco naturalny. – To niech pan już zmyka, Zavalita.
– Podły tchórz – rzekła głucho Queta. – Wiedziałam, że to tylko dla hecy, wiedziałam, że się będziesz bał.
– I tak pół biedy, że jakoś dałeś radę wstać i wyjść stamtąd, że nie rozkleiłeś się od razu – powiedział Garlitos. Jedyne, o co się bałem, to że się te kurwy połapią i nie będziesz już tam mógł przychodzić. Koniec końców, to jeszcze najlepsze, co się mogło zdarzyć, Zavalita.
– Powiedz pół biedy, że cię wtedy spotkałem – powiedział Santiago. – Nie wiem, co bym tego wieczora zrobił bez ciebie, Carlitos.
Tak, miał szczęście, że go spotkał, szczęście, że poszedł na przystanek na placu San Martín, a nie do pensjonatu w Barranco, szczęście, że nie pobiegł wypłakać się w poduszkę w samotności swego pokoju, czując, jak świat się wali, chcąc skończyć ze sobą albo zabić swego biednego starego, Zavalita. Wstał, powiedział no to na razie, wyszedł z saloniku, w przejściu zderzył się z Robertitem, a potem ruszył w stronę placu Drugiego Maja i nigdzie nie mógł złapać taksówki. Otwartymi ustami wdychałeś zimne powietrze, Zavalita, czułeś bicie własnego serca i od czasu do czasu biegłeś. Wskoczyłeś do mikrobusu, wysiadłeś na Colmena, oszołomiony minąłeś Portal i oto nagle zza stolika w barze Zela podniosła się wyniszczona postać, Carlitos kiwał na ciebie. Jak tam, Zavalita, jużeście wrócili od Ivonne? A co z tą jakąś Queta, przyszła czy nie? A gdzie Periquito i Becerrita? Ale kiedy podszedł bliżej, głos mu się zmienił: co jest Zavalita.
– Niedobrze mi – złapałeś go za ramię, Zavalita. – Okropnie mi niedobrze, stary.
Carlitos patrzył na ciebie zbity z tropu, niepewny, poklepał cię po ramieniu: chodźmy na jednego, Zavalita. Dał się prowadzić, jak lunatyk zszedł po schodach w „Negro-Negro”, oślepły, potykając się w ciemnościach, brnął przez prawie pustą salę do tego stolika, który zawsze był wolny, dwa piwa, niemieckie, rzekł Carlitos do kelnera i oparł się o tytułówki „New Yorkera”.
– Zawsze tu w końcu lądujemy – jego kędzierzawa głowa, myśli, jego przyjazne oczy, nieogolona twarz, żółta cera. – Ta nora rzuca na nas jakiś urok.
– Gdybym poszedł do siebie, to chyba bym oszalał, Carlitos – powiedział Santiago.
– Myślałem, że to takie pijackie łzy, ale teraz widzę, że nie – powiedział Carlitos. – Każdy ma jakieś draki z Becerrita. Pewnie się upił, zaczął cholerować i wyrzucił cię na pysk z tego burdelu, co? Nie przejmuj się, bracie.
Szyderczo krzykliwe, wielokolorowe okładki, gwar rozmów prowadzonych przez niewidzialnych ludzi. Kelner przyniósł piwo, wypili jednocześnie. Carlitos popatrzył na niego sponad swojej szklanki, podał mu papierosa, zapalił.
– Tutaj mieliśmy naszą pierwszą masochistyczną rozmowę, Zavalita – powiedział. – Tutaj zwierzaliśmy się sobie i okazało się, że ja jestem nieudanym poetą, a ty nieudanym komunistą. Teraz jesteśmy już tylko dziennikarzami. No i tutaj zaprzyjaźniliśmy się, Zavalita.
– Muszę to komuś opowiedzieć, zżera mnie to, Carlitos – powiedział Santiago.
– Okey, jeżeli ci to poprawi samopoczucie – powiedział Carlitos. – Ale zastanów się. Mnie się czasami w krytycznych momentach zbiera na zwierzenia, a potem cholernie mi to ciąży i nienawidzę ludzi, przed którymi się odsłoniłem. Więc żebyś mnie jutro nie znienawidził, Zavalita.
Ale Santiago znów zaczął płakać. Skulony nad stolikiem, dusił szloch przyciskając chustkę do ust i czuł na swoim ramieniu dłoń Carlitosa: daj spokój, stary.
– Aha, więc to pewnie to – miękko, myśli, nieśmiało, ze współczuciem. – Becerrita się upił i przy wszystkich wygarnął ci tę historię o twoim ojcu, tak?
I nie przedtem, nie w momencie, kiedy się dowiedziałeś, ale dopiero wtedy. Myśli: dopiero w chwili, kiedy stwierdziłeś, że wszyscy w Limie znają go jako pedała, wszyscy prócz ciebie. Cała redakcja, Zavalita, tylko ty nie. Pianista zaczął grać, kobiecy chichot wybuchający od czasu do czasu w ciemnościach, gorzki smak piwa, kelner z latarką zabierał butelki i przynosił następne. Mówiłeś ściskając w ręku chustkę, Zavalita, wycierając usta i oczy. Myśli: i świat nie runął, nie oszalałeś, nie zabiłeś się.
– Znasz tych ludzi, znasz język tych dziwek – kręcił się na swoim krześle, myśli, on też zdumiony, on też przestraszony. – Puściła taką gadkę, żeby przytrzeć nosa Becerricie, żeby mu zatkać gębę, za to, że ją nastraszył.
– Mówili o nim, jakby go wszyscy doskonale znali, po imieniu – powiedział Santiago. – A ja tam byłem, Garlitos.
– Najbardziej gówniana rzecz w tym wszystkim to nie jest ta historia z morderstwem, to musi być bujda, Zavalita – i on też się zająknął, myśli, on też sam sobie przeczył. – Tylko że jednocześnie dowiedziałeś się o czymś innym, i to od kogo. Myślałem, że ty już dawno wiesz, Zavalita.
– Złote Jajo, jego chłoptyś, jego szofer – powiedział Santiago. – Jakby go znali całe życie. W samym środku tej kloaki, Garlitos. I ja w tym wszystkim.