Rozmowa w „Katedrze”
- Автор: Варгас Льоса Марио
- Язык: польский
- Жанр: Современная русская и зарубежная проза
Электронная книга - «Rozmowa w „Katedrze”». Краткое содержание книги:
– Ten biedny Murzyn miałby być zabójcą? i jego uśmiech, taki szczery, Zavalita, taki wesoły, i ta ulga na jego twarzy, i oczy mówiące dobrze, że to tylko to, przecież to głupstwo, dobrze, że nie chodzi o ciebie, chudzino. – Biedaczysko nie zabiłby nawet muchy. Bermudez mi go odstąpił, bo chciał mieć kierowcę, który byłby zarazem policjantem.
– Chciałem, żebyś wiedział, tatusiu – rzekł Santiago. – Jeżeli dziennikarze i policja zechcą dochodzić prawdy, mogą cię niepokoić nawet w twoim domu.
– Znakomicie spreparowane, chudzino – kiwał głową, Zavalita, uśmiechał się, popijał kawę. – Ktoś chce mnie wyprowadzić z równowagi. Nie pierwszy raz i nie ostatni. Ludzie już są tacy. Gdyby ten biedny Murzyn wiedział, o co go posądzają.
Znów się roześmiał, dopił kawy, wytarł usta: gdybyś ty wiedział, chudzino, ile anonimów od różnych kanalii dostał już w życiu twój ojciec. Z miłością popatrzył na Santiago, wziął go za ramię.
– Ale jedna rzecz mi się nie podoba, synu. Każą ci pracować przy takich sprawach? Takimi rzeczami zajmujesz się w „Kronice”?
– Nie, tato, ja z tym nie mam nic wspólnego. Jestem w dziale miejskim.
– Ale nocna praca ci nie służy, jak będziesz ciągle taki chudy, to jeszcze zachorujesz na płuca. Już dosyć tego dziennikarstwa, chudzino. Poszukamy dla ciebie czegoś lepszego. Żebyś mógł pracować w dzień.
– Praca w „Kronice” nie jest ciężka, tato, tylko parę godzin na dobę. Mniej niż gdziekolwiek indziej. I mam cały dzień wolny, mogę chodzić na uniwersytet.
– Chodzisz na wykłady, naprawdę? Clodomiro mi mówił, że tak, że zdajesz egzaminy, ale ja nigdy nie wiem, czy mu wierzyć. Naprawdę, chudzino?
– Jasne, tatusiu – nawet się nie zaczerwieniłem, nie zająknąłem, pewnie mam to po tobie, tato. – Mogę ci pokazać stopnie. Już jestem na trzecim roku. Zrobię dyplom, zobaczysz.
– I ciągle się upierasz przy swoim? – powiedział don Fermín powoli.
– Teraz będzie inaczej, w niedzielę przyjdę na obiad, tatusiu. Spytaj Chispasa, powiedziałem mu, żeby uprzedził. mamę. Będę do was zaglądał, obiecuję.
I ten cień, który mu zasnuł oczy, Zavalita. Wstał, puścił ramię Santiago i starał się uśmiechać, ale twarz miał zgnębioną, było mu ciężko.
– Niczego od ciebie nie żądam, ale zastanów się i nie mów nie, zanim mnie nie wysłuchasz – szepnął. – Jeśli ci to odpowiada, zostań w „Kronice”. Będziesz miał klucz od domu, urządzimy ci pokój obok mojego gabinetu. Będziesz tam zupełnie swobodny, tak jak dotąd. Ale twoja matka będzie spokojniejsza.
– Twoja matka cierpi, twoja matka płacze, twoja matka się modli – powiedział Santiago. – Ale mama się przyzwyczaiła od pierwszego dnia, Garlitos, ja ją znam. To on liczy dni, to on nie może przywyknąć.
– Pokazałeś, że jesteś samodzielny, że potrafisz zarobić na życie – nalegał don Fermín. – Ale teraz pora wrócić do domu, synku.
– Pozwól mi tam zostać jeszcze jakiś czas, tato. Raz na tydzień będę do was zaglądał, już mówiłem Chispasowi, spytaj go. Obiecuję, tatusiu.
– Nie tylko zmizerniałeś, ale nie masz co na siebie włożyć, pewno potrzebujesz pieniędzy. Dlaczego jesteś taki dumny, Santiago. Po co masz ojca jak nie po to, żeby ci pomagał?
– Nie potrzeba mi pieniędzy, tato. Zarabiam tyle, że mi wystarcza aż nadto.
– Zarabiasz tysiąc pięćset solów i przymierasz głodem – ze spuszczonymi oczyma, Zavalita, zawstydzony na myśl o tym, że ty wiesz, że on wie. – Nie mam ci tego za złe, synu. Ale nie rozumiem, czemu nie chcesz, żebym ci pomógł, nie rozumiem.
– Gdybym potrzebował, to bym cię poprosił o forsę, tato.
Ale mi wystarcza, nie jestem rozrzutny. Za mieszkanie płacę bardzo mało. Nie mam kłopotów z forsą, słowo.
– Już nie musisz się wstydzić, że twój ojciec jest kapitalistą – uśmiechnął się smętnie don Fermín. – Ten szuja Bermúdez doprowadził nas prawie do ruiny. Cofnął nam pełnomocnictwa, anulował kilka umów, nasłał na nas kontrolerów, którzy nam przez lupę oglądali wszystkie książki handlowe, i zniszczył nas podatkami. A teraz, przy Prado, rząd stał się jedną straszną mafią. Umowy, które odzyskaliśmy po wyjeździe Bermudeza, znowu zostały zerwane, a zawarto je z ludźmi Prado. Jeżeli tak dalej pójdzie, zostanę komunistą, jak ty.
– I jeszcze chcesz mi dać forsę – usiłował zażartować Santiago. – To ja tobie będę teraz pomagał, tato.
– Wszyscy się skarżyli na Odrię, bo okradał ludzi – powiedział don Fermín. – A teraz się ich okrada tak jak wtedy albo i więcej i wszyscy są zadowoleni.
– No tak, ale teraz przestrzega się przy tym pewnych przepisów, tato. I mniej to się rzuca w oczy.
– No więc jak ty możesz pracować w piśmie, które należy do ludzi Prado? – poniżał się, Garlitos, gdybym mu wtedy powiedział poproś mnie na kolanach, a wrócę, to ukląkłby przede mną. – Przecież to więksi kapitaliści niż twój ojciec, nie? Możesz być jakimś szarym pracownikiem u nich, a nie chcesz pracować ze mną, w naszym małym przedsiębiorstwie, które jest o krok od ruiny?
– Tak nam się dobrze rozmawiało, a teraz nagle się na mnie gniewasz, tato – poniżał się, ale miał rację, Zavalita, powiedział Garlitos. – Lepiej już o tym nie mówmy.
– Wcale się nie gniewam, chudzino – już ze strachem, Zavalita, myśląc nie przyjdzie w niedzielę, nie zadzwoni, znów miną całe lata, zanim go zobaczę. – Tylko mi przykro, że pogardzasz ojcem, nic poza tym.
– Nie mów tak, tatusiu, wiesz, że to nieprawda, tatusiu.
– W porządku, nie będziemy się kłócić, wcale się nie gniewam – zawołał kelnera, wyjął portfel, starał się ukryć rozczarowanie, znowu się uśmiechnął. – No więc czekamy na ciebie w niedzielę. Mama się ucieszy.
Znów przeszli koło boiska, graczy już tam nie było. Mgła się rozwiała i można było dostrzec nadmorskie skały, dalekie i brunatne, i dachy dzielnicy Malecón. Przystanęli o kilka metrów od samochodu, Ambrosio zdążył już wysiąść i otwierał drzwiczki.
– Nie mogę tego zrozumieć, synu – nie patrząc na ciebie, Zavalita, ze spuszczoną głową, jakby mówił do wilgotnej ziemi albo do omszałych skał. Myślałem, że uciekłeś ze względu na twoje idee, bo byłeś komunistą i chciałeś żyć w nędzy, walczyć za tych, co są w nędzy. Ale uciekać po to, żeby mieć przeciętną posadkę i szarą przyszłość przed sobą?
– Daj spokój, tato. Nie mówmy już o tym, bardzo cię proszę, tato.
– Mówię ci to, bo cię kocham, chudzino – te rozszerzone źrenice, myśli, ten głos rwący się w strzępy. – Możesz zajść wysoko, możesz być kimś, możesz coś zdziałać. Dlaczego tak sobie marnujesz życie, Santiago?
– Ja tu zostanę, tato – Santiago pocałował ojca i odsunął się. – Zobaczymy się w niedzielę, przyjdę koło dwunastej.
Wielkimi susami zbiegł na plażę, skręcił ścieżką ku Malecón, a kiedy zaczął podchodzić po zboczu, usłyszał warkot motoru: zobaczył, jak samochód odjeżdża w stronę Agua Dulce, podskakuje na wybojach, znika w chmurze pyłu. Nigdy się z tym nie pogodził, Zavalita. Myśli: gdybyś żył, tato, czego byś nie wymyślił, żeby mnie z powrotem ściągnąć do domu.
– No widzisz, czytałeś, ani słowa o tej jakiejś Quecie powiedział Garlitos. – I do tego jeszcze pogodziłeś się z ojcem i pogodzisz z matką. Ale cię będą witać, Zavalita.
Ze śmiechem, z żartami i z płaczem, myśli. To wcale nie było takie trudne, lody zostały przełamane, jak tylko stanął w drzwiach i usłyszał krzyk Teté: już jest, już przyszedł, mamo! Dopiero co podlewali ogród, myśli, trawnik był wilgotny, studzienka pusta.
Mój kochany, mój niedobry, syneczku, i ramiona matki wokół twojej szyi, Zavalita. Obejmowała go, szlochała, całowała go, a stary i Chispas, i Teté patrzyli na to z uśmiechem, służące kręciły się w pobliżu, jak długo jeszcze, synku? Kiedy skończysz z tymi głupstwami? Sumienie cię nie gryzło, że matka się nacierpiała przez ciebie, syneczku? Ale on był gdzie indziej: nie, tato, to nie były łgarstwa.