Rozmowa w „Katedrze”
- Автор: Варгас Льоса Марио
- Язык: польский
- Жанр: Современная русская и зарубежная проза
Электронная книга - «Rozmowa w „Katedrze”». Краткое содержание книги:
– A zatem jeśli idzie o wojskowych, wszystko zakończone – powiedział don Fermín. – A cywile?
– Zależy jacy – powiedział Bermúdez. – Najlepiej będzie zapomnieć o doktorze Ferro i innych małych karierowiczach. Nie ma ich.
– A przecież są – westchnął don Fermín. – Co się z nimi stanie?
– Przez pewien czas cisza, a potem po trochu wyekspediuje się ich za granicę – powiedział Bermúdez. – Nie warto się nimi przejmować. Jedyni cywile, jacy się liczą, to pan i Landa, to zupełnie oczywiste.
– Oczywiste – powtórzył powoli don Fermín. To znaczy?
– Panowie służyli ustrojowi od pierwszej chwili i macie stosunki i wpływy wśród ludzi, których nie chcemy ruszać – powiedział Bermúdez. – Miejmy nadzieję, że prezydent weźmie to pod uwagę, podobnie jak w wypadku Espiny. Przynajmniej ja tak myślę. Ale ostateczną decyzję podejmie prezydent.
– Czy i mnie też będą proponować podróż za granicę? – powiedział don Fermín.
– Wszystko zostało załatwione tak szybko i, hm, tak pomyślnie, że będę doradzał prezydentowi, aby panów nie niepokoił – powiedział Bermúdez. – Ale będziecie musieli się pożegnać z wszelką działalnością polityczną, to jasne.
– Ja nie jestem mózgiem tego spisku, pan dobrze o tym wie – powiedział don Fermín. – Od samego początku się wahałem. Przedstawili mi gotowy plan, nikt mnie nie pytał o zdanie.
– Espina twierdzi, że pan i Landa włożyliście w to dużo pieniędzy – powiedział Bermúdez.
– Nie umieszczam kapitałów w złych interesach, to także pan wie – powiedział don Fermín. – Wyłożyłem pieniądze i pierwszy poruszyłem niebo i ziemię, żeby w czterdziestym ósmym nakłonić ludzi do popierania Odrii. Zrobiłem to dlatego, że w niego wierzyłem. Przypuszczam, że prezydent o tym nie zapomni.
– Prezydent jest góralem – powiedział Bermúdez. – Górale mają doskonałą pamięć.
– Gdybym wziął się na serio do konspirowania, Espina nie wyszedłby na tym tak, jak wyszedł; gdybyśmy, ja i Landa, byli mózgami spisku, przystąpiłoby do niego dziesięć garnizonów, a nie cztery – don Fermín mówił uprzejmie, bez pośpiechu, ze spokojną pewnością siebie, a on pomyślał mówi tak, jakby to było aż nadto dobrze wiadome, jakby moim obowiązkiem było to wiedzieć od dawna. – Dysponując dziesięcioma milionami solów można przeprowadzić w Peru każdy zamach stanu, don Cayo.
– Jadę teraz do Pałacu i porozmawiam z prezydentem – powiedział Bermúdez. – Zrobię wszystko, co w mojej mocy, aby okazał się wyrozumiały i aby załagodzić całą sprawę, przynajmniej w pana wypadku. Na razie mogę obiecać panu tylko tyle, don Fermín.
– Czy będę aresztowany? – powiedział don Fermín.
– Oczywiście nie; w najgorszym razie poprosimy pana, aby pan na jakiś czas wyjechał za granicę – powiedział Bermúdez. – Ale nie sądzę, aby to było konieczne.
– Czy będę podlegał jakimś sankcjom? – powiedział don Fermín. – Mam na myśli sankcje ekonomiczne. Jak pan wie, duża część moich interesów zależy od państwa.
– Zrobię wszystko, co się da, aby tego uniknąć – powiedział Bermúdez. – Prezydent nie jest mściwy, mam nadzieję, że za jakiś czas zapomni o swoich urazach wobec pana. To wszystko, w czym mogę panu pójść na rękę, don Fermín.
– Będziemy chyba musieli zapomnieć o tym, że pan i ja mamy inne wspólne interesy – powiedział don Fermín.
– Tak, te sprawy musimy nieodwołalnie pogrzebać – rzekł po prostu. – Sam pan widzi, jestem z panem szczery. Musi pan zrozumieć, don Fermín, jestem przede wszystkim człowiekiem związanym z obecnym rządem. – Urwał, a po chwili zaczął ciszej, już nie tak bezosobowym tonem, bardziej puf ale:
– Wiem, że ma pan teraz zły okres. Nie, nie o tym mówię. Chodzi mi o pańskiego syna, tego, który opuścił pana dom.
– Co jest z Santiago? – twarz don Fermina w mgnieniu oka zwróciła się ku niemu. – Czy pan dalej go śledzi?
– Pilnowaliśmy go przez kilka dni, teraz już nie – uspokoił go. – Zdaje się, że to przykre doświadczenie zniechęciło go do polityki. Nie spotkał się już ze swymi dawnymi przyjaciółmi i wszystko wskazuje na to, że prowadzi nienaganny tryb życia.
– Wie pan o nim więcej niż ja, nie widziałem go od miesięcy – mruknął don Fermín i wstał. – Hm, tak, no więc muszę już iść, jestem bardzo zmęczony. Do widzenia, don Cayo.
– Do Pałacu, Ludovico – powiedział Bermúdez. – Ten mięczak Hipólito znowu zasnął. Zostaw, nie budź go.
– No, jesteśmy – powiedział Ludovico ze śmiechem. – A teraz to znowu pan usnął, don Cayo. Całą drogę pan chrapał.
– Dzień dobry, nareszcie pana widzę – powiedział naczelnik Tijero. – Prezydent udał się na spoczynek. Ale major Paredes i doktor Arbeláez już na pana czekają, don Cayo.
– Polecił, żeby go nie budzić, chyba że coś wyjątkowo pilnego – rzekł major Paredes.
– Nie ma nic pilnego, przyjadę później – powiedział Bermúdez. – Tak, wyjdę razem z panami. Dzień dobry, doktorze.
– Muszę panu pogratulować, don Cayo – rzekł doktor Arbeláez z naciskiem. – Bez hałasu, bez jednej kropli krwi, bez niczyjej pomocy ani porady. Pełny sukces, don Cayo.
– Chciałem panu zaproponować wspólny obiad, aby móc przy okazji wprowadzić pana w szczegóły – powiedział Bermúdez. – Aż do ostatniej chwili wszystko to było dość nieuchwytne. Wiele spraw nabrało kolorów dopiero wczoraj wieczorem, więc nie zdążyłem pana poinformować na bieżąco,
– Dzisiaj nie mam czasu, ale tak czy inaczej, bardzo dziękuję – powiedział doktor Arbeláez. – Już nie musi mnie pan wprowadzać. Prezydent powiedział mi o wszystkim, don Cayo.
– W pewnych okolicznościach trzeba zaczynać od samej góry, nie ma rady, doktorze – mruknął Bermudez. – Wczoraj wieczorem musiałem zacząć działać, to było pilniejsze niż przekazywanie informacji panu.
– Oczywiście – powiedział doktor Arbeláez. – Tym razem prezydent przyjął moją rezygnacje i, niech mi pan wierzy, jestem bardzo zadowolony. Już nie będziemy mieli kłopotów. Prezydent ma przeprowadzić reorganizację gabinetu; nie teraz, na Święto Narodowe. Zresztą, i tak już się zgodził.
– Poproszę prezydenta, żeby rozważył jeszcze raz swoją decyzję i nie pozwolił panu odejść – powiedział Bermudez. – Może pan w to nie uwierzy, ale odpowiada mi praca pod pańskimi rozkazami, doktorze.
– Moimi rozkazami? – doktor Arbeláez zarechotał. – A zresztą. Do zobaczenia, don Cayo. Do widzenia, majorze.
– Pojedziemy się czegoś napić, Cayo – powiedział major Paredes. – Tak, siadaj do mojego wozu. Niech twój kierowca jedzie za nami do Okręgu Wojskowego. Camino telefonował, że samolot linii „Faucett” będzie o wpół do dwunastej. Pojedziesz po Landę?
– Nie ma rady, muszę – powiedział. – Jeśli przedtem nie padnę z niewyspania. Jeszcze trzy godziny, tak?
– A jak rozmowa z grubą rybą? – powiedział major Paredes.
– Zavala to dobry gracz, umie przegrywać – powiedział. – Bardziej się niepokoję o Landę. Ten ma więcej forsy, a co za tym idzie, więcej dumy. No zobaczymy.
– Trzeba przyznać, że sprawy wyglądały całkiem poważnie ziewnął Paredes. – Gdyby nie pułkownik Quijano, można się było naprawdę przestraszyć.
– Tak, można by niemal powiedzieć, że ustrój zawdzięcza mu swoje ocalenie – zgodził się Bermudez. – Trzeba, aby Kongres go awansował, jak najszybciej.