Rozmowa w „Katedrze”
- Автор: Варгас Льоса Марио
- Язык: польский
- Жанр: Современная русская и зарубежная проза
Электронная книга - «Rozmowa w „Katedrze”». Краткое содержание книги:
– Dwa razy sok pomarańczowy i dwie mocne kawy – powiedział major Paredes. – Ale już, bo uśniemy.
– Co jeszcze masz na wątrobie? – powiedział Bermudez. – No, wyduś wreszcie.
– Zavala-powiedział major Paredes. – Twoje interesy z Zavala. Tutaj on cię może zagiąć, tak mi się wydaje.
– Jeszcze nikt dotąd mnie nie zagiął – powiedział Bermudez przeciągając się. – Jasne, próbował tysiące razy. Chciał ze mnie zrobić wspólnika, wpakować mi akcje, chciał najróżniejszych rzeczy. Ale mu się nie udało.
– Nie chodzi o to – powiedział major Paredes. – Prezydent…
– Wie wszystko i zna sprawę od podszewki – powiedział Bermudez. – To swoją drogą, ale nikt nie może dowieść, że te umowy zostały zawarte dzięki mnie. Miałem duże prowizje, zawsze w gotówce. Mam konto za granicą, i to z pokaźną sumą. Czy mam ustąpić ze stanowiska, wyjechać z kraju? Nie. Więc co mam zrobić? Rozpieprzyć Zavale. W porządku, załatwię go.
– Ba, załatwić tego faceta to najprostsza rzecz pod słońcem – uśmiechnął się Paredes. – Zajść go od tej strony, gdzie ma nieczyste sumienie.
– Od tej strony nie – powiedział Bermudez patrząc na Paredesa i znowu ziewnął. – Od tej jednej strony nie.
– Wiem, wiem, już mi kiedyś mówiłeś – uśmiechnął się Paredes. – Takie słabostki to jedyna rzecz, jaką szanujesz u innych.
– Majątek Zavali to domek z kart – powiedział Bermudez. – Jego laboratorium utrzymuje się z dostaw dla Instytutu Wojskowego. Dostawy się skończyły. Przedsiębiorstwo budowlane zawdzięcza swoje istnienie autostradom i budynkom szkolnym. Z tym też koniec, nie dostanie już ani jednego zlecenia. Kontrola z Ministerstwa Finansów zacznie mu grzebać w księgach i będzie musiał zapłacić podatek i grzywnę. Zupełnie go nie pogrążymy, ale i tak dostanie po kieszeni.
– Nie wydaje mi się, gówno zawsze wypłynie na wierzch – powiedział Paredes.
– Czy to prawda z tymi zmianami w gabinecie prezydenta?
– powiedział Bermudez. – Trzeba zatrzymać Arbeláeza w ministerstwie. To renegat, ale z nim można pracować.
– Przegrupowania ministerialne na Święto Narodowe to normalna rzecz, nie zwróci niczyjej uwagi – powiedział Paredes. – Z drugiej strony, ten biedaczysko Arbeláez ma rację. Z każdym innym byłoby tak samo. Nikt nie chce być tylko pionkiem.
– Nie mogłem ryzykować i wtajemniczać go we wszystko, przecież wiem, jakie interesy go łączą z Landa – powiedział Bermudez.
– Jasne, ja ci nie wymawiam – powiedział Paredes. – I chociażby dlatego, choćby po to, aby uniknąć takich przypadków, powinieneś przyjąć funkcję ministra. Teraz nie będziesz mógł się uchylić. Llerena bardzo nalegał, żebyś wszedł na miejsce Arbeláeza. Także i dla innych ministrów jest to bardzo niewygodne: jeden minister spraw wewnętrznych fikcyjny, a drugi prawdziwy.
– Teraz nikt na mnie nie patrzy i nikt nie może mi przeszkadzać – powiedział Bermúdez. – Minister jest na oczach wszystkich i łatwo go dosięgnąć. Wrogowie ustroju będą zacierali ręce, jeżeli mnie zobaczą na eksponowanym stanowisku.
– Po tej klęsce wrogowie już się nie bardzo liczą – powiedział Paredes. – Przez dłuższy czas nie podniosą głowy.
– Skoro jesteśmy sami, powinniśmy mówić szczerze – rzekł Bermúdez ze śmiechem. – Środowiska, które coś znaczą, miały oparcie w silnym ustroju. A to się teraz zmieniło. Ani klub „Nacional”, ani wojsko, ani gringowie już nas nie kochają. Są między nimi rozdźwięki, ale jeśli się połączą przeciw nam, będziemy musieli spakować walizki. Jeśli twój wuj szybko nie zadziała, sytuacja z dnia na dzień będzie coraz gorsza.
– Czego chcecie, co on ma jeszcze zrobić? – powiedział Paredes. – Czy nie oczyścił kraju z apristów i komunistów? Czy nie dał wojskowym tego, czego nigdy dotąd nie mieli? Nie powołał wielkich panów z klubu „Nacional” do ministerstwa, do ambasad, nie dał im decydującego głosu w Ministerstwie Finansów? Czy nie robi wszystkiego, czego tylko zażądają gringowie? Czego oni jeszcze chcą, te sukinsyny?
– Nie chcą zmian politycznych, kiedy obejmą władzę, będą prowadzili taką samą politykę – powiedział Bermúdez. – Chcą się go pozbyć. Wybrali go po to, aby oczyścił dom z robactwa. Skoro to już zrobił, chcą, żeby im teraz ten dom zwrócił, koniec końców, to przecież ich dom, nie?
– Nie – rzekł Paredes. – Prezydent pozyskał sobie cały naród. Zbudował szpitale, szkoły, wydał ustawę o bezpieczeństwie pracy. Jeśli zreformuje Konstytucję i zechce powtórnie stanąć do wyborów, wygra bez niczyjej pomocy, całkiem czysto. A te manifestacje podczas każdej jego podróży to co? To mało?
– Są organizowane, od lat przy tym robię – ziewnął Bermúdez. – Daj mi forsę, to będę robił takie same manifestacje dla ciebie. Nie, prawdziwą popularność ma tylko i wyłącznie Apra. Gdyby im to i owo obiecać, apriści poszliby na ugodę z rządem.
– Oszalałeś? – powiedział Paredes.
– Apra się zmieniła, jest teraz większym przeciwnikiem komunistów niż ty sam, a poza tym już nie jest przeciw Stanom Zjednoczonym – powiedział Bermúdez. – Mając poparcie mas apristowskich, aparatu państwowego i wiernych rządowi grup kierowniczych, Odria będzie mógł liczyć na zwycięstwo w następnych wyborach.
– Bredzisz – powiedział Paredes. – Odria z Apra w jednym szeregu. Daj spokój, Cayo.
– Liderzy apristowscy już się zestarzeli i można ich tanio kupić – powiedział Bermúdez. – W zamian za legalizację i kilka nędznych ochłapów pójdą na wszystko.
– Siły Zbrojne nigdy nie zawrą zgody z Apra – powiedział Paredes.
– Bo tak je ustawiły przepisy prawne, mówiące, że Apra to wróg – powiedział Bermúdez. – Ale można to teraz ustawić inaczej, wykazując, że Apra się zmieniła. Apriści dadzą wojskowym takie gwarancje, jakich tylko się od nich zażąda.
– Zamiast jechać na lotnisko po Landę, idź lepiej do psychiatry – powiedział Paredes. – Wszystko przez te bezsenne noce, Cayo, dostajesz kręćka.
– Wobec tego w pięćdziesiątym szóstym prezydenturę obejmie któryś z tych wielkich panów – powiedział Bermúdez ziewając. – A ty i ja będziemy sobie mogli odpocząć. Niech tam, mnie to specjalnie nie martwi. Nie wiem, po co w ogóle o tym gadamy. My nie jesteśmy od roztrząsania problemów politycznych. Twój wuj ma swoich doradców. A każdy z nas powinien pilnować swojego podwórka. A propos, która godzina?
– Jeszcze masz czas – powiedział Paredes. – Pojadę się przespać, jestem do niczego po tych ostatnich dwóch dniach. A wieczorem, jak będę miał siłę, to gdzieś wyskoczę, muszę sobie powetować. Ty byś nie miał ochoty?
– Nie, don Cayo, przez cały czas się nie obudził, chrapie od samego Chaclacayo – powiedział Ludovico wskazując Hipolita. – Bardzo przepraszam, że tak wolno jadę, ale ja też przez to niewyspanie lecę z nóg i nie chcę mieć kraksy. Będziemy przed jedenastą na lotnisku, niech się pan nie martwi.
– Samolot ląduje za dziesięć minut, don Cayo – powiedział Lozano zmęczonym, zachrypniętym głosem. – Ściągnąłem dwa wozy i trochę ludzi. Przyleci pasażerskim, więc nie wiedziałem, w jaki sposób…
– Landa nie jest aresztowany – powiedział Bermúdez. – Ja sam go przywitam i odwiozę do domu. Nie chcę, żeby senator widział tutaj policję, proszę zabrać swoich ludzi. Wszystko poza tym w porządku?
– Aresztowania przebiegły bez kłopotów – powiedział Lozano przeciągając dłonią po nie ogolonej twarzy i ziewnął. Tylko mały incydent w Arequipie. Doktor Velarde, ten aprista. Ktoś mu dał znać i uciekł. Będzie próbował przedostać się do Boliwii. Uprzedziłem posterunki graniczne.
– W porządku, niech ucieka, Lozano – powiedział Bermúdez. – Spójrz pan na Ludovica i Hipolita. Znowu śpią.