Rozmowa w „Katedrze”
- Автор: Варгас Льоса Марио
- Язык: польский
- Жанр: Современная русская и зарубежная проза
Электронная книга - «Rozmowa w „Katedrze”». Краткое содержание книги:
– Tu generał Chamorro, bardzo mi miło – głos energiczny, pewny siebie, głos osoby, której wiek trudno byłoby określić.
– Słucham pana, czym mogę służyć.
– Może się pan porozumieć drogą radiową z generałami Quispe, Obando i Solano – powiedział Bermudez. – Prezydent ma nadzieję, że wykaże pan tyleż patriotyzmu co oni. To wszystko, co chcieliśmy panu zakomunikować. Dobranoc, generale.
– No, teraz Chamorro ma kompletny mętlik w głowie – mruknął generał Llerena, wycierając chustką twarz mokrą od potu. – Może zrobić głupstwo.
– Pewnie w tej chwili przejeżdża się po mamusi panom Espinie, Solano, Quispe i Obando – powiedział major Paredes. – Może mu wpadnie do głowy, żeby uciec do Ekwadoru. Ale nie sądzę, żeby chciał w ten sposób pogrzebać własną karierę.
– Wyśle depeszę jeszcze przed świtem – powiedział Bermudez. – To inteligentny gość.
– Jeśli oszaleje i zechce się buntować, może stawiać opór przez dłuższy czas – rzekł głucho generał Llerena. – Otoczyłem go wojskiem, ale nie za bardzo ufam lotnictwu. Kiedy wynikła sprawa ewentualnego zbombardowania koszar, minister powiedział, że ten pomysł na pewno nie spodoba się pilotom.
– To nie będzie potrzebne, spisek skonał sam z siebie bez męki i bez chwały – powiedział Bermudez. – W sumie kosztowało to nas kilka bezsennych nocy, generale. Teraz jadę do Chaclacayo, postawić kropkę nad i. Potem do Pałacu. Gdyby zaszło coś nowego, będę u siebie.
– Dzwonią z Pałacu do pana Bermúdeza – powiedział zza drzwi głos porucznika. – Biały telefon, panie generale.
– Don Cayo? Tu naczelnik Tijero – w kwadracie okna, na tle cienia, odcinała się błękitnawo tęczująca postać: futro owijało się dokoła jej nóg, teraz lekko różowych. – Jest telegram z Tumbes. Szyfrowany, właśnie go odczytują. Ale i tak mniej więcej wiemy, o co chodzi. Nieźle, prawda, don Cayo?
– Bardzo się cieszę, Tijero – powiedział Bermudez bez cienia radości w głosie i dostrzegł zdumienie na twarzach Paredesa i Llereny. – Nie odczekał nawet pół godziny. To się nazywa być człowiekiem czynu. Do zobaczenia, Tijero, za parę godzin będę u was.
– Może od razu pojedźmy do Pałacu, panie generale – powiedział major Paredes. – To już finał.
– Bardzo przepraszam, don Cayo – powiedział Ludo vico. – Ale pan tak nagle. No już, Hipólito, zbudź się.
– Czego mnie szarpiesz, do cholery – bełkotał Hipólito. – O, przepraszam, don Cayo, trochę sobie przysnąłem.
– Do Chaclacayo – powiedział. – Muszę tam być za dwadzieścia minut.
– Światła w jadalni, ma pan gości, don Cayo – powiedział Ludo vico. – Spójrz no, Hipólito, kto przyjechał tym wozem. Przecież to Ambrosio.
– Przepraszam, że kazałem na siebie czekać, don Fermín – powiedział z uśmiechem, wpatrując się w posiniałą twarz i oczy, z których wyzierała poniesiona klęska i długie godziny bezsenności; wyciągnął do niego rękę. – Zaraz każę podać kawę, mam nadzieję, że Anatolia już wstała.
– Mocną, bez mleka i bez cukru – powiedział don Fermín. – Dziękuję, don Cayo.
– Dwie mocne kawy, Anatolia – powiedział. – Podasz nam i możesz wracać do łóżka.
– Starałem się dostać do prezydenta, ale nie udało mi się, więc przyjechałem tutaj – powiedział don Fermín drewnianym głosem. – To poważna sprawa, don Cayo. Tak, spisek.
– Jeszcze jeden? – podsunął don Ferminowi popielniczkę, usiadł obok niego na kanapie. – Ostatnio nie ma tygodnia bez spisku.
– Wojskowi, kilka garnizonów – recytował z kwaśną miną don Fermín. – A na czele tego wszystkiego ludzie, których najmniej można było posądzać.
– Ma pan zapałki? – przechylił się i wziął ognia z zapalniczki don Fermina, zaciągnął się, wypuścił obłok dymu i zakaszlał. – O, jest kawa, proszę bardzo. Postaw tutaj, Anatolia. Tak, i zamknij drzwi.
– Góral Espina – don Fermín krzywiąc się wypił łyk kawy, zamilkł na moment, posłodził, z wolna mieszał łyżeczką w filiżance. – Za nim stoją Arequipa, Cajamarca, Iquitos i Tumbes. Espina dziś rano wyjeżdża do Arequipy. Zamach będzie pewno najbliższej nocy. Chcieli także mego poparcia i wydało mi się, że rozsądnie robię nie odtrącając ich i nie rozczarowując; dawałem wymijające odpowiedzi, byłem na kilku zebraniach. Głównie z przyjaźni dla Espiny.
– Wiem, że jesteście przyjaciółmi – powiedział Bermudez próbując kawy. – Proszę sobie przypomnieć, poznaliśmy się właśnie dzięki Góralowi.
– Na początku wydawało się to niedorzecznością – powiedział don Fermin ze wzrokiem utkwionym w filiżance. – Potem już nie tak bardzo. Wiele ludzi oddanych ustrojowi, wielu polityków. Ambasada Stanów Zjednoczonych była o wszystkim powiadomiona, dawano do zrozumienia, że w sześć miesięcy od obwołania nowego rządu zrobi się wybory.
– I to Góral okazał się taki nielojalny – powiedział kiwając głową. – Szkoda, bo to także i mój stary kumpel. Jak pan wie, jemu właśnie zawdzięczam moje obecne stanowisko.
– Uważał się za prawą rękę Odrii, a tu z dnia na dzień odebrano mu tekę ministra – rzekł don Fermin ze zmęczonym gestem. – Nigdy się z tym nie mógł pogodzić.
– Wszystko pogmatwał, zaczął ubijać własne interesy, umieszczać swoich ludzi w prefekturach, żądać dla swoich przyjaciół kluczowych stanowisk w wojsku – powiedział Bermúdez. – To już zbyt wygórowane ambicje polityczne, don Fermin.
– Oczywiście moje informacje zupełnie pana nie zaskoczyły – powiedział don Fermin z nagłym znużeniem, a on pomyślał umie się znaleźć, ma klasę, ma doświadczenie.
– Oficerowie dużo zawdzięczają prezydentowi, no i, oczywiście, informowali nas – powiedział Bermúdez. – Wiemy nawet o rozmowach, jakie przeprowadziliście, pan, Espina i senator Landa.
– Espina chciał posłużyć się moim nazwiskiem, aby przekonać kilku niezdecydowanych – powiedział don Fermín z przelotnym, smutnym uśmieszkiem. – Ale tylko wojskowi znali szczegóły planu. Mnie i Landę trzymali z daleka. Dopiero wczoraj uzyskałem dostateczną ilość materiałów.
– No więc wszystko się wyjaśnia – powiedział Bermúdez. – Połowa spiskowców to nasi przyjaciele, wszystkie skompromitowane garnizony zadeklarowały swoje oddanie wobec prezydenta. Espina jest zatrzymany. Trzeba jeszcze tylko sprecyzować stanowiska kilku osób cywilnych. Pańska sytuacja już się zaczyna wyjaśniać, don Fermín.
– O tym, że będę u pana, też pan wiedział, prawda? – powiedział don Fermín bez ironii. Czoło lśniło mu od potu.
– To mój obowiązek, płacą mi za to, żebym wiedział wszystko, co może być interesujące dla rządu – przytaknął
Bermúdez. – To nie takie łatwe, ostatnio jest mi coraz trudniej. Spiski studenckie to dziecinna zabawa. Gorzej, kiedy zaczynają spiskować generałowie. A jeszcze gorzej, kiedy biorą się do tego członkowie klubu „Nacional”.
– A zatem karty zostały odkryte – powiedział don Fermín. Urwał na chwilę i spojrzał na niego: – Chciałbym wiedzieć, czego mam się teraz trzymać, don Cayo.
– Powiem panu szczerze – rzekł Bermúdez. – Nie chcemy żadnej wrzawy. Byłoby to ze szkodą dla ustroju, nikt nie powinien wiedzieć o różnicach zdań w rządzie. Jesteśmy skłonni nie podejmować represji. Niechby tylko przeciwna strona przyjęła ten sam punkt widzenia.
– Espina jest zbyt dumny, nie będzie się bił w pierś – powiedział don Fermín w zamyśleniu. – Wyobrażam sobie, jak się czuje, skoro się dowiedział, że wspólnicy go zdradzili.
– Nie będzie się bił w pierś, a zamiast grać rolę męczennika, będzie wolał wyjechać za granicę i dostawać przyzwoitą pensję w dolarach – powiedział Bermúdez wzruszając ramionami. – Tam może sobie dalej spiskować, dla lepszego samopoczucia i dla podniesienia siebie samego we własnych oczach. Ale on i tak wie, że już nie ma najmniejszej szansy.