Rozmowa w „Katedrze”
- Автор: Варгас Льоса Марио
- Язык: польский
- Жанр: Современная русская и зарубежная проза
Электронная книга - «Rozmowa w „Katedrze”». Краткое содержание книги:
To niemożliwe, i paliłeś papierosa, Zavalita, to musi być kłamstwo, i piłeś, i dławiłeś się, i brakowało mu głosu, i ciągle powtarzał to niemożliwe. I Garlitos, jego twarz zasnuta dymem, na tle obojętnych okładek: to ci się wydaje straszne, ale tak nie jest, Zavalita, są gorsze rzeczy na świecie. Przywykniesz, będziesz to miał gdzieś, i zamawiał następne piwo.
– Muszę cię upić – powiedział krzywiąc się – tak cię to rąbnęło, że nie możesz myśleć o czym innym. Chlapnij sobie i zobaczysz, że nie warto się gryźć, Zavalita.
Ale to on sam się upił, myśli, tak jak ty teraz. Garlitos wsta!, zniknął w mroku, kobiecy chichot, który konał i znów się pojawiał, i monotonne brzęczenie pianina: chciałem cię upić, i sam się zalałem, Ambrosio. A Garlitos już był z powrotem: wysikałem chyba z litr piwa, Zavalita, jak można tak przesrywać forsę, nie?
– A czemu pan chciał mnie upić? – śmieje się Ambrosio. – Ja się nigdy nie upijam, paniczu.
– Wszyscy w redakcji wiedzieli – powiedział Santiago. – A kiedy mnie tam nie ma, to gadają, że jestem synek Złotego Jaja, synek pedała, co?
– Tak mówisz, jakby chodziło o ciebie, a nie o niego – powiedział Garlitos. – Przestań pieprzyć, Zavalita.
– Nigdy o niczym nie słyszałem, ani w szkole, ani w naszej dzielnicy, ani na uniwerku – powiedział Santiago. – Gdyby to była prawda, coś bym słyszał, czegoś bym się domyślał. Nigdy, Garlitos.
– To pewnie jedna z tych plotek, które obiegają cały kraj – powiedział Garlitos. – Z tych, co są takie stare, że w końcu zaczynają być prawdą. Nie myśl już o tym.
– A może ja nie chciałem wiedzieć – powiedział Santiago. – Może nie chciałem zdać sobie sprawy.
– Ja cię nie pocieszam, nie ma powodu, przecież to ciebie nie dotyczy – powiedział Garlitos i czknął. – Raczej jego trzeba by pocieszać. Jeśli to bujda, współczuć, że tak do niego przylgnęła, a jeśli prawda, to się litować, bo ma na pewno zasrane życie. Już o tym nie myśl.
– Ale tamto to nie może być prawda, Garlitos – powiedział Santiago. – To musi być potwarz. To niemożliwe, Garlitos.
– Ta kurwa pewnie go za coś nienawidzi, wymyśliła całą historię przez zemstę – powiedział Garlitos. – Łóżkowe sprawy, szantaż, żeby wyssać trochę forsy, wszystko możliwe. Nie wiem, jakbyś mógł go uprzedzić. Zwłaszcza, że od lat się nie widujecie, prawda?
– Uprzedzić go? Myślisz, że po tym wszystkim będę mógł spojrzeć mu w twarz? – powiedział Santiago. – Umarłbym ze wstydu, Garlitos.
– Ze wstydu się nie umiera – uśmiechnął się Garlitos i znowu czknął. – Zresztą sam wiesz, co masz robić. Tak czy inaczej, cała sprawa będzie pogrzebana.
– Znasz Becerritę – powiedział Santiago. – Sprawa nie będzie pogrzebana. Wiesz, co on teraz zrobi.
– Porozumie się z Arispem, a Arispe ze swoimi władzami, jasne – powiedział Garlitos. – Myślisz, że Becerrita jest taki chojrak? że Arispe? Nazwiska ludzi z towarzystwa nigdy się nie pojawiają na rubrykach policyjnych. To cię gnębi? Perspektywa skandalu? Jaki jednak z ciebie burżuj, Zavalita.
Czknął, wybuchnął śmiechem i gadał dalej, coraz bardziej od rzeczy: tego wieczoru stałeś się mężczyzną, Zavalita, teraz albo nigdy. Tak, miał szczęście: widzieć go, jak się upija, myśli, słyszeć, jak czka, jak bredzi, musieć go wynosić z „Negro-Negro”, podtrzymywać na ulicy, póki jakiś szczeniak nie złapał im taksówki. Szczęście, że trzeba go było zawieźć na Chorrillos, wciągnąć po staruteńkich schodach na górę, rozebrać i położyć do łóżka, Zavalita. Wiedząc, że nie jest zalany, myśli, że udaje po to, aby cię czymś zająć, abyś myślał o nim, a nie o sobie. Myśli: zaniosę ci książkę, pójdę jutro. Mimo gorzkiego smaku w ustach, mimo zamętu w głowie i bólu w całym ciele, na drugi dzień poczuł się lepiej. Obolały i jednocześnie silniejszy, myśli, zdrętwiały po nocy spędzonej w ubraniu na krześle, spokojniejszy, zmieniony pod wpływem tego koszmaru, z lepszym samopoczuciem. Ten maleńki prysznic, wciśnięty między umywalkę i klozet w kącie przy pokoju Carlitosa, i zimna woda, która przejęła cię dreszczem i do reszty rozbudziła. Ubrał się bez pośpiechu. Garlitos spał na brzuchu, w kalesonach i skarpetkach, z głową zwieszoną poza krawędź łóżka. Potem ulica i słoneczny blask, którego poranna mgła nie zdołała zaćmić, tylko nieznacznie go przesłoniła, i ta kafejka na rogu, i grupka tramwajarzy w granatowych czapkach, stali przy barze gadając o ostatnim meczu. Zamówił kawę z mlekiem, spytał o godzinę, dziesiąta, pewnie już jest w biurze, nie byłeś zdenerwowany ani wzruszony, Zavalita. Idąc do telefonu musiał wejść za bar, minąć korytarz zapchany workami i skrzyniami, a kiedy nakręcał numer, zobaczył kolumnę mrówek wędrujących po belce. Ręce nagle mu zwilgotniały, usłyszał głos Chispasa, tak, słucham?
– Cześć, Chispas – i wtedy dreszcz w całym ciele, i to wrażenie, że podłoga się pod nim zapada. – To ja, Santiago.
– Wróg u bram – niemal niedosłyszalny szept Chispasa, jego porozumiewawczy ton. – Zadzwoń później, stary już jest.
– Chcę z nim mówić – powiedział Santiago. – Tak, ze starym. Poproś go, to pilna sprawa.
Długie milczenie, pełne zdumienia czy konsternacji, czy zachwytu, i daleki stukot maszyny do pisania, niepewne pokasływanie Chispasa, który prawdopodobnie gapił się teraz w słuchawkę i nie wiedział, co mówić, co robić, i potem jego teatralny okrzyk: ależ to chudy, ależ to mądrala, i maszyna do pisania nagle umilkła. Gdzieś ty się podziewał, chudy, co się stało, że się pojawiłeś, mądralo, czemu tak długo nie zaglądałeś do domu? Tak, tatusiu, to chudy, tatusiu, chce z tobą mówić, tatusiu. Czyjeś głosy nakładające się na głos Chispasa, zagłuszające go, i wtedy fala żaru spłynęła ci na twarz, Zavalita.
– Halo, chudy? – ten głos taki sam jak wiele lat temu, Zavalita, głos łamiący się, pobrzmiewający niepokojem, radością, osłupiały głos, który krzyczał: – Synku? Chudzino? To ty?
– Cześć, tatusiu – w głębi korytarza, za barem, roześmiani tramwajarze, a tuż obok ciebie rząd butelek z pasteuriną i mrówki, które ściskały się między pudełka biszkoptów. – Tak, to ja, tatusiu. Co u was słychać, tato, a jak mama?
– Mamy żal do ciebie, chudzino, ciągle na ciebie czekamy, chudzino – ten głos tak okropnie pełen nadziei, Zavalita, zmieszany, zacinający się. A co u ciebie? Wszystko dobrze? Skąd dzwonisz, chudzino?
– Z Chorrillos, tatusiu – i myślałeś to kłamstwo, tak nie było, myśli, to oszczerstwo, tak nie mogło być. – Chciałbym z tobą pogadać, tato. Masz teraz czas, mógłbyś się ze mną zobaczyć przed południem?
– Tak, nawet zaraz, zaraz przyjadę – i jego głos, nagle przestraszony, niespokojny. – Nic ci nie jest, na pewno nic, chudzino? Nie masz żadnych kłopotów?
– Nie, na pewno nie, tatusiu. Będę na ciebie czekał pod klubem „Regatas”, dobrze? Jestem tu niedaleko.
– Zaraz przyjadę, chudzino. Będę najdalej za pół godziny. Już wychodzę. Daję ci jeszcze Chispasa, chudzino.
Po drugiej stronie drutu łatwe do odgadnięcia hałasy: krzesło, drzwi, znowu maszyna do pisania, daleki klakson i warkot silnika.
– Stary w jednej chwili odmłodniał o dwadzieścia lat – powiedział Chispas, był w siódmym niebie. – Poleciał jak na skrzydłach. Ale heca, chłopie, nie wiedziałem, co robić, żeby nie dać poznać po sobie. Co z tobą, wpakowałeś się w jakąś drakę?
– Nie, nic – powiedział Santiago. – Po prostu minęło tyle czasu, że chcę się z nim pogodzić.
– No pewnie, najwyższy czas – powtórzył Chispas uszczęśliwiony; ciągle jeszcze nie mógł uwierzyć. – Poczekaj, zadzwonię do mamy, nie przychodź do domu, póki jej nie uprzedzę. Żeby się zanadto nie wzruszyła, jak cię zobaczy.