Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне

Электронная книга - «Rozmowa w „Katedrze”». Краткое содержание книги:

Rozmowa w Katedrze to niezwykła historia ludzi żyjących w Peru, w latach 50., w czasie dyktatury wojskowej, której przywódcą był generał Manuel Apolinario Odría.Akcja książki rozgrywa się na kilku płaszczyznach ujawniających kulisy i mechanizmy władzy dyktatora jak i jej wpływ na życie zwykłych ludzi. W popularnym barze o znaczącej nazwie Katedraa spotykają się Santiago Zavala, który wyrwał się spod władzy lojalnego wobec rządu ojca, Ambrosio człowiek ze społecznych nizin, znajomy Cayo Bemudeza bliskiego współpracownika prezydenta. Rozmowa, uznawana jest za najważniejsze dzieło Vargasa Llosy. Sam Autor mówi o niej w ten sposób: żadna inna powieść nie przysporzyła mi tak wiele trudu. Dlatego gdybym musiał kiedyś uratować coś z pożaru, wyniósłbym właśnie tę książkę.
1 ... 92 93 94 95 96 97 98 99 100 ... 163
Перейти на страницу:

To niemożliwe, i paliłeś papierosa, Zavalita, to musi być kłamstwo, i piłeś, i dławiłeś się, i brakowało mu głosu, i ciągle powtarzał to niemożliwe. I Garlitos, jego twarz zasnuta dymem, na tle obojętnych okładek: to ci się wydaje straszne, ale tak nie jest, Zavalita, są gorsze rzeczy na świecie. Przywykniesz, będziesz to miał gdzieś, i zamawiał następne piwo.

– Muszę cię upić – powiedział krzywiąc się – tak cię to rąbnęło, że nie możesz myśleć o czym innym. Chlapnij sobie i zobaczysz, że nie warto się gryźć, Zavalita.

Ale to on sam się upił, myśli, tak jak ty teraz. Garlitos wsta!, zniknął w mroku, kobiecy chichot, który konał i znów się pojawiał, i monotonne brzęczenie pianina: chciałem cię upić, i sam się zalałem, Ambrosio. A Garlitos już był z powrotem: wysikałem chyba z litr piwa, Zavalita, jak można tak przesrywać forsę, nie?

– A czemu pan chciał mnie upić? – śmieje się Ambrosio. – Ja się nigdy nie upijam, paniczu.

– Wszyscy w redakcji wiedzieli – powiedział Santiago. – A kiedy mnie tam nie ma, to gadają, że jestem synek Złotego Jaja, synek pedała, co?

– Tak mówisz, jakby chodziło o ciebie, a nie o niego – powiedział Garlitos. – Przestań pieprzyć, Zavalita.

– Nigdy o niczym nie słyszałem, ani w szkole, ani w naszej dzielnicy, ani na uniwerku – powiedział Santiago. – Gdyby to była prawda, coś bym słyszał, czegoś bym się domyślał. Nigdy, Garlitos.

– To pewnie jedna z tych plotek, które obiegają cały kraj – powiedział Garlitos. – Z tych, co są takie stare, że w końcu zaczynają być prawdą. Nie myśl już o tym.

– A może ja nie chciałem wiedzieć – powiedział Santiago. – Może nie chciałem zdać sobie sprawy.

– Ja cię nie pocieszam, nie ma powodu, przecież to ciebie nie dotyczy – powiedział Garlitos i czknął. – Raczej jego trzeba by pocieszać. Jeśli to bujda, współczuć, że tak do niego przylgnęła, a jeśli prawda, to się litować, bo ma na pewno zasrane życie. Już o tym nie myśl.

– Ale tamto to nie może być prawda, Garlitos – powiedział Santiago. – To musi być potwarz. To niemożliwe, Garlitos.

– Ta kurwa pewnie go za coś nienawidzi, wymyśliła całą historię przez zemstę – powiedział Garlitos. – Łóżkowe sprawy, szantaż, żeby wyssać trochę forsy, wszystko możliwe. Nie wiem, jakbyś mógł go uprzedzić. Zwłaszcza, że od lat się nie widujecie, prawda?

– Uprzedzić go? Myślisz, że po tym wszystkim będę mógł spojrzeć mu w twarz? – powiedział Santiago. – Umarłbym ze wstydu, Garlitos.

– Ze wstydu się nie umiera – uśmiechnął się Garlitos i znowu czknął. – Zresztą sam wiesz, co masz robić. Tak czy inaczej, cała sprawa będzie pogrzebana.

– Znasz Becerritę – powiedział Santiago. – Sprawa nie będzie pogrzebana. Wiesz, co on teraz zrobi.

– Porozumie się z Arispem, a Arispe ze swoimi władzami, jasne – powiedział Garlitos. – Myślisz, że Becerrita jest taki chojrak? że Arispe? Nazwiska ludzi z towarzystwa nigdy się nie pojawiają na rubrykach policyjnych. To cię gnębi? Perspektywa skandalu? Jaki jednak z ciebie burżuj, Zavalita.

Czknął, wybuchnął śmiechem i gadał dalej, coraz bardziej od rzeczy: tego wieczoru stałeś się mężczyzną, Zavalita, teraz albo nigdy. Tak, miał szczęście: widzieć go, jak się upija, myśli, słyszeć, jak czka, jak bredzi, musieć go wynosić z „Negro-Negro”, podtrzymywać na ulicy, póki jakiś szczeniak nie złapał im taksówki. Szczęście, że trzeba go było zawieźć na Chorrillos, wciągnąć po staruteńkich schodach na górę, rozebrać i położyć do łóżka, Zavalita. Wiedząc, że nie jest zalany, myśli, że udaje po to, aby cię czymś zająć, abyś myślał o nim, a nie o sobie. Myśli: zaniosę ci książkę, pójdę jutro. Mimo gorzkiego smaku w ustach, mimo zamętu w głowie i bólu w całym ciele, na drugi dzień poczuł się lepiej. Obolały i jednocześnie silniejszy, myśli, zdrętwiały po nocy spędzonej w ubraniu na krześle, spokojniejszy, zmieniony pod wpływem tego koszmaru, z lepszym samopoczuciem. Ten maleńki prysznic, wciśnięty między umywalkę i klozet w kącie przy pokoju Carlitosa, i zimna woda, która przejęła cię dreszczem i do reszty rozbudziła. Ubrał się bez pośpiechu. Garlitos spał na brzuchu, w kalesonach i skarpetkach, z głową zwieszoną poza krawędź łóżka. Potem ulica i słoneczny blask, którego poranna mgła nie zdołała zaćmić, tylko nieznacznie go przesłoniła, i ta kafejka na rogu, i grupka tramwajarzy w granatowych czapkach, stali przy barze gadając o ostatnim meczu. Zamówił kawę z mlekiem, spytał o godzinę, dziesiąta, pewnie już jest w biurze, nie byłeś zdenerwowany ani wzruszony, Zavalita. Idąc do telefonu musiał wejść za bar, minąć korytarz zapchany workami i skrzyniami, a kiedy nakręcał numer, zobaczył kolumnę mrówek wędrujących po belce. Ręce nagle mu zwilgotniały, usłyszał głos Chispasa, tak, słucham?

– Cześć, Chispas – i wtedy dreszcz w całym ciele, i to wrażenie, że podłoga się pod nim zapada. – To ja, Santiago.

– Wróg u bram – niemal niedosłyszalny szept Chispasa, jego porozumiewawczy ton. – Zadzwoń później, stary już jest.

– Chcę z nim mówić – powiedział Santiago. – Tak, ze starym. Poproś go, to pilna sprawa.

Długie milczenie, pełne zdumienia czy konsternacji, czy zachwytu, i daleki stukot maszyny do pisania, niepewne pokasływanie Chispasa, który prawdopodobnie gapił się teraz w słuchawkę i nie wiedział, co mówić, co robić, i potem jego teatralny okrzyk: ależ to chudy, ależ to mądrala, i maszyna do pisania nagle umilkła. Gdzieś ty się podziewał, chudy, co się stało, że się pojawiłeś, mądralo, czemu tak długo nie zaglądałeś do domu? Tak, tatusiu, to chudy, tatusiu, chce z tobą mówić, tatusiu. Czyjeś głosy nakładające się na głos Chispasa, zagłuszające go, i wtedy fala żaru spłynęła ci na twarz, Zavalita.

– Halo, chudy? – ten głos taki sam jak wiele lat temu, Zavalita, głos łamiący się, pobrzmiewający niepokojem, radością, osłupiały głos, który krzyczał: – Synku? Chudzino? To ty?

– Cześć, tatusiu – w głębi korytarza, za barem, roześmiani tramwajarze, a tuż obok ciebie rząd butelek z pasteuriną i mrówki, które ściskały się między pudełka biszkoptów. – Tak, to ja, tatusiu. Co u was słychać, tato, a jak mama?

– Mamy żal do ciebie, chudzino, ciągle na ciebie czekamy, chudzino – ten głos tak okropnie pełen nadziei, Zavalita, zmieszany, zacinający się. A co u ciebie? Wszystko dobrze? Skąd dzwonisz, chudzino?

– Z Chorrillos, tatusiu – i myślałeś to kłamstwo, tak nie było, myśli, to oszczerstwo, tak nie mogło być. – Chciałbym z tobą pogadać, tato. Masz teraz czas, mógłbyś się ze mną zobaczyć przed południem?

– Tak, nawet zaraz, zaraz przyjadę – i jego głos, nagle przestraszony, niespokojny. – Nic ci nie jest, na pewno nic, chudzino? Nie masz żadnych kłopotów?

– Nie, na pewno nie, tatusiu. Będę na ciebie czekał pod klubem „Regatas”, dobrze? Jestem tu niedaleko.

– Zaraz przyjadę, chudzino. Będę najdalej za pół godziny. Już wychodzę. Daję ci jeszcze Chispasa, chudzino.

Po drugiej stronie drutu łatwe do odgadnięcia hałasy: krzesło, drzwi, znowu maszyna do pisania, daleki klakson i warkot silnika.

– Stary w jednej chwili odmłodniał o dwadzieścia lat – powiedział Chispas, był w siódmym niebie. – Poleciał jak na skrzydłach. Ale heca, chłopie, nie wiedziałem, co robić, żeby nie dać poznać po sobie. Co z tobą, wpakowałeś się w jakąś drakę?

– Nie, nic – powiedział Santiago. – Po prostu minęło tyle czasu, że chcę się z nim pogodzić.

– No pewnie, najwyższy czas – powtórzył Chispas uszczęśliwiony; ciągle jeszcze nie mógł uwierzyć. – Poczekaj, zadzwonię do mamy, nie przychodź do domu, póki jej nie uprzedzę. Żeby się zanadto nie wzruszyła, jak cię zobaczy.

1 ... 92 93 94 95 96 97 98 99 100 ... 163
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)