Opowieści z meekhańskiego pogranicza. Wschód-Zachód
- Автор: Вегнер Роберт М.
- Серия: Opowieści z meekhańskiego pogranicza #2
- Год: 2010
- Язык: польский
- Год: Powergraph
- ISBN: 9788361187165
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Opowieści z meekhańskiego pogranicza. Wschód-Zachód». Краткое содержание книги:
Klessen. Ten chudy kapłan o piskliwym głosiku to Klessen-lot-Trewan, Wielki Inkwizytor księstwa. Altsin widział go raz czy dwa w czasie procesji, pomiędzy najwyższymi dostojnikami kultu, ale dopiero teraz zrozumiał, dlaczego nazywano go Milczącym. Choć zapewne przesłuchiwanym przez niego osobom wcale nie było do śmiechu, nawet jeśli pytania zadawał im piskliwym dyszkantem. A jeżeli ten mały to Klessen, to właścicielem paskudnego głosu musiał być Hegrensek Lewary, dowódca zbrojnej straży Świątyni, posługujący się tytułem Bitewnej Pięści Reagwyra. A ten trzeci, o wyglądzie patriarchy, to Tyg-ger-Frenn, drugi w kolejce do stołka arcykapłana, zajmowanego aktualnie przez dotkniętą starczym zidioceniem marionetkę, uznawaną dla niepoznaki za zwierzchnika Świątyni. Ta trójka sprawowała rzeczywistą władzę w zakonie, w związku z czym groźby, jakie rzucał Deargon, wydawały się teraz młodemu złodziejowi fraszką. Jeśli ci kapłani postanowili kogoś zniszczyć, powinien uciekać naprawdę szybko i naprawdę daleko.
Usłyszał za plecami kilka głuchych uderzeń. To dziewczyna próbowała się dostać do zamkniętej części podziemi. Zignorował ją i podszedł do drzwi prowadzących na górę. Już na pierwszy rzut oka wiedział, że od wewnątrz nie będzie problemów z otwarciem zamka, więc bez kłopotów stąd wyjdzie. Jedna dobra wiadomość dzisiaj.
– Ty... otfoszysz... eee, czwi – dobiegło zza pleców.
– Bez problemu. – Nie zadał sobie trudu, żeby się odwrócić. – I chyba nawet zamknę tak, że nikt się nie zorientuje.
– Nie te... tu. – Seehijka stuknęła w drzwi, przy których się kręciła.
– Nie mam na to czasu, gówno, w które wpadłem, właśnie zalewa mi usta. Chyba wybiorę się na długą wycieczkę za miasto.
– Que wenre.
– Wiem, że nie rozumiesz. Szukałem pewnego Miecza, a usłyszałem, jak trzech naprawdę potężnych i możnych sukinsynów planuje zajęcie się mną i moimi przyjaciółmi. Pewne sprawy mają pierwszeństwo, mała.
– A’leetal? Qunte ten aleetal’s arrduns!
Nie zrozumiał ani słowa.
– Zamierzasz się kłócić? Oboje siedzimy w tym samym worku. – Przerwał oględziny zamka i spojrzał na dziewczynę. – Choć nie wiem, jak ty się w nim znalazłaś i co tu robisz.
Stała pod przeciwległą ścianą, skryta w migoczących cieniach. Nagle zrobiła kilka długich kroków, aż znalazła się w kręgu światła, rzucanego przez lampki. Wyglądała, jakby toczyła ze sobą wewnętrzną walkę.
– Ty... otfusz czwi, ja dam... Miecz – wydukała.
No pewnie.
– Ukradłaś Miecz Reagwyra? Kawał żelaza, który ja sam ledwo dałbym radę wynieść po schodach? Masz mnie za durnia? Nie, nie musisz odpowiadać. – Odwrócił się do drzwi. – Lepiej rozstańmy się jak... ech, dobrzy nieznajomi.
Delikatnie zaczął badać konstrukcję zamka. O ile otworzenie go nie było problemem, o tyle kłopot mogło sprawić zamknięcie go od zewnątrz, by nikt się nie zorientował. Ale powinien sobie poradzić.
Między łopatkami zaswędziało go tak, jakby tuzin pszczół zostawił tam swoje żądła. Usłyszał nieprzyjemny zgrzyt, a kiedy się odwrócił, kamienny postument, ważący bogowie wiedzą ile, unosił się jakieś dwie stopy nad posadzką. Dziewczyna stała obok, czubkami palców prawej ręki dotykając jego powierzchni. Recytowała cicho jakieś słowa, patrząc wyzywająco na Altsina. Gdy uznała, że już dość zobaczył, zamilkła, a czarny kamień powoli opadł na swoje miejsce.
– Flet’h Miecz?
Zacisnął zęby, czekając, aż swędzenie ustanie.
– Tak, chcę Miecz.
– To otfusz te czwi.
* * *
Drzwi były czarne, a ich powierzchnia sugerowała, że są zrobione z kamienia. Miały dwie dziurki od kluczy, w połowie wysokości, trzy cale od krawędzi, sześć cali jedna nad drugą. Znał ten układ, zamek był dość skomplikowany i najpewniej wymagał przekręcenia obu kluczy jednocześnie. Poklepał ciemną powierzchnię.
– Czary?
Seehijka pokręciła głową.
– Neo gret’h. Nie... czuje kessyu.
– To, że nie czujesz magii, nic a nic nie znaczy. Ale mój patron w takich sytuacjach zwykł mawiać: „Jeden kłopot na raz”.
Wyciągnął pęk wytrychów.
Seehijka przyglądała się wszystkiemu uważnie.
– Ty... henre’ll otwforzysz... eee, czwi?
– Spróbuję. Potrzymaj pochodnię. – Wręczył jej odpaloną od lampki żagiew.
Włożył w górną dziurkę kawałek miękkiego drutu i zaczął obracać. Przymknął oczy, rejestrując w pamięci wszelkie nierówności wewnętrznej budowy zamka. Wyjął, zgiął drut w nieco inny sposób, spróbował ponownie, potem jeszcze raz, i jeszcze. Za piątym razem wiedział już mniej więcej, który wytrych będzie pasował.
Wsunął go do zamka i zaczął manipulować. Zapadki stawiły opór, wytrych zaczął się wyginać.
Zrezygnował i zajął się drugą dziurką. Poszło szybciej, już po trzeciej próbie wiedział, że nie ma takiego wytrycha.
– Jeden kłopot na raz – wysyczał, ocierając krople potu z czoła, i sięgnął do pasa.
Zwój stalowego drutu i cążki nie pierwszy raz ratowały go z opresji.
Uciął dwa kawałki, wygiął, przymierzył. Wyciągnął, poprawił kształt, spróbował ponownie, delikatnie naciskając odnalezione zapadki. Ruszyły się.
– No dobrze, a teraz zmiękczacz.
Dziewczyna nie odzywała się. Patrzyła tylko, jak wyciąga małą buteleczkę i wlewa po kilka kropel przejrzystej cieczy w każdą dziurkę.
Chwilę czekał, aż oliwa przesączy się przez mechanizm. Po czym umieścił w górnej dziurce wytrych, w dolnej oba druty i kawałek płaskiego metalu.
– Musisz mi pomóc... dobrze?
– Emmell – zgodziła się. – Dobrze. Czo mam zrobić?
– Złap ten wytrych. Ten. – Pokierował jej dłonią. – I ten drut. Trzymaj. Na trzy przekręć wytrych w lewo. Raz, dwa, trzy.
Wydawało się, że nic z tego. Altsin podważył dolne zapadki, przekręcili jednocześnie klucze, ale zamek stawił twardy opór. Przez dłuższą chwilę siłowali się w milczeniu z opornym mechanizmem, naraz dziewczyna poruszyła swoim wytrychem, coś szczęknęło, Altsin poczuł, że dolny wytrych też może się przekręcić i drzwi zaczęły się otwierać.