Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Фэнтези » Opowieści z meekhańskiego pogranicza. Wschód-Zachód
Opowieści z meekhańskiego pogranicza. Wschód-Zachód - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Opowieści z meekhańskiego pogranicza. Wschód-Zachód

Электронная книга - «Opowieści z meekhańskiego pogranicza. Wschód-Zachód». Краткое содержание книги:

Opowieści z meekhańskiego pogranicza. Wschód-Zachód
1 ... 95 96 97 98 99 100 101 102 103 ... 173
Перейти на страницу:

Kles­sen. Ten chu­dy ka­płan o pi­skli­wym gło­si­ku to Kles­sen-lot-Tre­wan, Wiel­ki In­kwi­zy­tor księ­stwa. Alt­sin wi­dział go raz czy dwa w cza­sie pro­ce­sji, po­mię­dzy naj­wyż­szy­mi do­stoj­ni­ka­mi kul­tu, ale do­pie­ro te­raz zro­zu­miał, dla­cze­go na­zy­wa­no go Mil­czą­cym. Choć za­pew­ne prze­słu­chi­wa­nym przez nie­go oso­bom wca­le nie było do śmie­chu, na­wet je­śli py­ta­nia za­da­wał im pi­skli­wym dy­sz­kan­tem. A je­że­li ten mały to Kles­sen, to wła­ści­cie­lem pa­skud­ne­go gło­su mu­siał być He­gren­sek Le­wa­ry, do­wód­ca zbroj­nej stra­ży Świą­ty­ni, po­słu­gu­ją­cy się ty­tu­łem Bi­tew­nej Pię­ści Re­agwy­ra. A ten trze­ci, o wy­glą­dzie pa­triar­chy, to Tyg-ger-Frenn, dru­gi w ko­lej­ce do stoł­ka ar­cy­ka­pła­na, zaj­mo­wa­ne­go ak­tu­al­nie przez do­tknię­tą star­czym zi­dio­ce­niem ma­rio­net­kę, uzna­wa­ną dla nie­po­zna­ki za zwierzch­ni­ka Świą­ty­ni. Ta trój­ka spra­wo­wa­ła rze­czy­wi­stą wła­dzę w za­ko­nie, w związ­ku z czym groź­by, ja­kie rzu­cał De­ar­gon, wy­da­wa­ły się te­raz mło­de­mu zło­dzie­jo­wi frasz­ką. Je­śli ci ka­pła­ni po­sta­no­wi­li ko­goś znisz­czyć, po­wi­nien ucie­kać na­praw­dę szyb­ko i na­praw­dę da­le­ko.

Usły­szał za ple­ca­mi kil­ka głu­chych ude­rzeń. To dziew­czy­na pró­bo­wa­ła się do­stać do za­mknię­tej czę­ści pod­zie­mi. Zi­gno­ro­wał ją i pod­szedł do drzwi pro­wa­dzą­cych na górę. Już na pierw­szy rzut oka wie­dział, że od we­wnątrz nie bę­dzie pro­ble­mów z otwar­ciem zam­ka, więc bez kło­po­tów stąd wyj­dzie. Jed­na do­bra wia­do­mość dzi­siaj.

– Ty... otfo­szysz... eee, czwi – do­bie­gło zza ple­ców.

– Bez pro­ble­mu. – Nie za­dał so­bie tru­du, żeby się od­wró­cić. – I chy­ba na­wet za­mknę tak, że nikt się nie zo­rien­tu­je.

– Nie te... tu. – Se­ehij­ka stuk­nę­ła w drzwi, przy któ­rych się krę­ci­ła.

– Nie mam na to cza­su, gów­no, w któ­re wpa­dłem, wła­śnie za­le­wa mi usta. Chy­ba wy­bio­rę się na dłu­gą wy­ciecz­kę za mia­sto.

Que we­nre.

– Wiem, że nie ro­zu­miesz. Szu­ka­łem pew­ne­go Mie­cza, a usły­sza­łem, jak trzech na­praw­dę po­tęż­nych i moż­nych su­kin­sy­nów pla­nu­je za­ję­cie się mną i mo­imi przy­ja­ciół­mi. Pew­ne spra­wy mają pierw­szeń­stwo, mała.

A’le­etal? Qun­te ten ale­etal’s ar­r­duns!

Nie zro­zu­miał ani sło­wa.

– Za­mie­rzasz się kłó­cić? Obo­je sie­dzi­my w tym sa­mym wor­ku. – Prze­rwał oglę­dzi­ny zam­ka i spoj­rzał na dziew­czy­nę. – Choć nie wiem, jak ty się w nim zna­la­złaś i co tu ro­bisz.

Sta­ła pod prze­ciw­le­głą ścia­ną, skry­ta w mi­go­czą­cych cie­niach. Na­gle zro­bi­ła kil­ka dłu­gich kro­ków, aż zna­la­zła się w krę­gu świa­tła, rzu­ca­ne­go przez lamp­ki. Wy­glą­da­ła, jak­by to­czy­ła ze sobą we­wnętrz­ną wal­kę.

– Ty... otfusz czwi, ja dam... Miecz – wy­du­ka­ła.

No pew­nie.

– Ukra­dłaś Miecz Re­agwy­ra? Ka­wał że­la­za, któ­ry ja sam le­d­wo dał­bym radę wy­nieść po scho­dach? Masz mnie za dur­nia? Nie, nie mu­sisz od­po­wia­dać. – Od­wró­cił się do drzwi. – Le­piej roz­stań­my się jak... ech, do­brzy nie­zna­jo­mi.

De­li­kat­nie za­czął ba­dać kon­struk­cję zam­ka. O ile otwo­rze­nie go nie było pro­ble­mem, o tyle kło­pot mo­gło spra­wić za­mknię­cie go od ze­wnątrz, by nikt się nie zo­rien­to­wał. Ale po­wi­nien so­bie po­ra­dzić.

Mię­dzy ło­pat­ka­mi za­swę­dzia­ło go tak, jak­by tu­zin psz­czół zo­sta­wił tam swo­je żą­dła. Usły­szał nie­przy­jem­ny zgrzyt, a kie­dy się od­wró­cił, ka­mien­ny po­stu­ment, wa­żą­cy bo­go­wie wie­dzą ile, uno­sił się ja­kieś dwie sto­py nad po­sadz­ką. Dziew­czy­na sta­ła obok, czub­ka­mi pal­ców pra­wej ręki do­ty­ka­jąc jego po­wierzch­ni. Re­cy­to­wa­ła ci­cho ja­kieś sło­wa, pa­trząc wy­zy­wa­ją­co na Alt­si­na. Gdy uzna­ła, że już dość zo­ba­czył, za­mil­kła, a czar­ny ka­mień po­wo­li opadł na swo­je miej­sce.

Flet’h Miecz?

Za­ci­snął zęby, cze­ka­jąc, aż swę­dze­nie usta­nie.

– Tak, chcę Miecz.

– To otfusz te czwi.

* * *

Drzwi były czar­ne, a ich po­wierzch­nia su­ge­ro­wa­ła, że są zro­bio­ne z ka­mie­nia. Mia­ły dwie dziur­ki od klu­czy, w po­ło­wie wy­so­ko­ści, trzy cale od kra­wę­dzi, sześć cali jed­na nad dru­gą. Znał ten układ, za­mek był dość skom­pli­ko­wa­ny i naj­pew­niej wy­ma­gał prze­krę­ce­nia obu klu­czy jed­no­cze­śnie. Po­kle­pał ciem­ną po­wierzch­nię.

– Cza­ry?

Se­ehij­ka po­krę­ci­ła gło­wą.

Neo gret’h. Nie... czu­je kes­syu.

– To, że nie czu­jesz ma­gii, nic a nic nie zna­czy. Ale mój pa­tron w ta­kich sy­tu­acjach zwykł ma­wiać: „Je­den kło­pot na raz”.

Wy­cią­gnął pęk wy­try­chów.

Se­ehij­ka przy­glą­da­ła się wszyst­kie­mu uważ­nie.

– Ty... hen­re’ll otw­fo­rzysz... eee, czwi?

– Spró­bu­ję. Po­trzy­maj po­chod­nię. – Wrę­czył jej od­pa­lo­ną od lamp­ki ża­giew.

Wło­żył w gór­ną dziur­kę ka­wa­łek mięk­kie­go dru­tu i za­czął ob­ra­cać. Przy­mknął oczy, re­je­stru­jąc w pa­mię­ci wszel­kie nie­rów­no­ści we­wnętrz­nej bu­do­wy zam­ka. Wy­jął, zgiął drut w nie­co inny spo­sób, spró­bo­wał po­now­nie, po­tem jesz­cze raz, i jesz­cze. Za pią­tym ra­zem wie­dział już mniej wię­cej, któ­ry wy­trych bę­dzie pa­so­wał.

Wsu­nął go do zam­ka i za­czął ma­ni­pu­lo­wać. Za­pad­ki sta­wi­ły opór, wy­trych za­czął się wy­gi­nać.

Zre­zy­gno­wał i za­jął się dru­gą dziur­ką. Po­szło szyb­ciej, już po trze­ciej pró­bie wie­dział, że nie ma ta­kie­go wy­try­cha.

– Je­den kło­pot na raz – wy­sy­czał, ocie­ra­jąc kro­ple potu z czo­ła, i się­gnął do pasa.

Zwój sta­lo­we­go dru­tu i cąż­ki nie pierw­szy raz ra­to­wa­ły go z opre­sji.

Uciął dwa ka­wał­ki, wy­giął, przy­mie­rzył. Wy­cią­gnął, po­pra­wił kształt, spró­bo­wał po­now­nie, de­li­kat­nie na­ci­ska­jąc od­na­le­zio­ne za­pad­ki. Ru­szy­ły się.

– No do­brze, a te­raz zmięk­czacz.

Dziew­czy­na nie od­zy­wa­ła się. Pa­trzy­ła tyl­ko, jak wy­cią­ga małą bu­te­lecz­kę i wle­wa po kil­ka kro­pel przej­rzy­stej cie­czy w każ­dą dziur­kę.

Chwi­lę cze­kał, aż oli­wa prze­są­czy się przez me­cha­nizm. Po czym umie­ścił w gór­nej dziur­ce wy­trych, w dol­nej oba dru­ty i ka­wa­łek pła­skie­go me­ta­lu.

– Mu­sisz mi po­móc... do­brze?

Em­mellzgo­dzi­ła się. – Do­brze. Czo mam zro­bić?

– Złap ten wy­trych. Ten. – Po­kie­ro­wał jej dło­nią. – I ten drut. Trzy­maj. Na trzy prze­kręć wy­trych w lewo. Raz, dwa, trzy.

Wy­da­wa­ło się, że nic z tego. Alt­sin pod­wa­żył dol­ne za­pad­ki, prze­krę­ci­li jed­no­cze­śnie klu­cze, ale za­mek sta­wił twar­dy opór. Przez dłuż­szą chwi­lę si­ło­wa­li się w mil­cze­niu z opor­nym me­cha­ni­zmem, na­raz dziew­czy­na po­ru­szy­ła swo­im wy­try­chem, coś szczęk­nę­ło, Alt­sin po­czuł, że dolny wy­trych też może się prze­krę­cić i drzwi za­czę­ły się otwie­rać.

1 ... 95 96 97 98 99 100 101 102 103 ... 173
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)