Opowieści z meekhańskiego pogranicza. Wschód-Zachód
- Автор: Вегнер Роберт М.
- Серия: Opowieści z meekhańskiego pogranicza #2
- Год: 2010
- Язык: польский
- Год: Powergraph
- ISBN: 9788361187165
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Opowieści z meekhańskiego pogranicza. Wschód-Zachód». Краткое содержание книги:
Altsin przypatrywał się jej chwilę.
– Kto cię uwięził?
– Ci, którzy byli tutaj tuż przed wami.
– Ktoś jeszcze wie o tym Mieczu?
– Nie wiem... nie sądzę. Czasami... rozmawiali przy mnie, wydawało mi się, że byli zaniepokojeni możliwością ujawnienia tajemnicy.
Oczywiście. Po czymś takim wszystkie świątynie, gildie magów i Rada Miasta chciałyby położyć łapy na Mieczu. Ta trójka miała jednak własne plany. Jeśli kult Reagwyra nadal będzie się rozwijał w takim tempie, za kilkanaście lat zostanie dominującą religią w mieście, a później w księstwie. Przekształci własną straż w armię, podporządkuje sobie inne świątynie, zamieni Fiiland w teokrację. A potem co? Znów wojny religijne z okolicznymi księstwami i miastami-państwami? Pewnie tak. Meekhańczycy, ze swoją polityką krótkiego trzymania za pysk wszystkich Religii i podporządkowania całego panteonu Wielkiej Matce, wydali mu się nagle bardzo rozsądni i pragmatyczni. Możliwe, że wszyscy zatęsknią jeszcze za imperialnymi rządami.
– Dlaczego chcesz teraz umrzeć?
Zwróciła ku niemu twarz z uniesionymi wysoko brwiami.
– Osiem miesięcy – rzucił. – Pytam, dlaczego nie umarłaś do tej pory? Wystarczyło nie korzystać ze swoich zdolności uzdrawiania albo odmówić jedzenia i picia.
Dziewczyna wypluła z siebie kilka słów. Nic nie zrozumiał. Starsza kobieta uśmiechnęła się dziwnie.
– Moja córka uważa, że to bardzo osobiste pytanie. Rozumiesz, w naszym plemieniu pytanie starszych o motywy postępowania jest wielkim nietaktem.
– Dzięki bogom, nie pochodzę z twojego ludu. – Altsin cofnął się nieco, aby widzieć obie Seehijki. – Więc?
Trudno było teraz odczytać wyraz jej twarzy.
– Korzystam z aspektowanej magii, ale umiem też sięgać głębiej – zaczęła powoli. – Z pomocą rodowych duchów, opiekujących się plemieniem, czerpię z innych źródeł. Jestem wrażliwa na duchy i zbłąkane dusze.
– Więc – powtórzył, nie rozumiejąc.
– Tu nie ma nic – szepnęła. – Dziesiątki, może setki ludzi umarło w tym miejscu przede mną, a ja nie czuję nic, żadnego śladu po nich, żadnego bólu wyrytego w kamieniach ścian, żadnego cierpienia i rozpaczy. Coś wytarło ich ze wspomnień świata. Całkowicie. Sądzę, że Miecz pochłonął ich zupełnie, pożarł dusze. Dlatego boję się umrzeć.
Zamilkła, oczy jej pociemniały.
– Bo to tak działa. Kapłani schodzą tutaj, uśmiechają się, w ręku mają noże. I tną. Twarz, plecy, ręce, nogi, kro... krocze. A ty miotasz się, przeklinasz, płaczesz i błagasz o litość. A Miecz pije krew. Potem, gdy już uznają, że napił się dość, przestają cię ranić i wychodzą. I wiesz, że za kilka godzin przyjdą cię nakarmić i obmyć, a za dzień lub dwa wrócą z nożami. I wiesz też, że pewnego dnia, gdy będą potrzebować naprawdę dużo Mocy, nie przestaną ciąć... i modlisz się o ten dzień... i modlisz się... żeby nie nadszedł... ja nie mogę tu umrzeć od ostrza. Altsin zacisnął zęby.
– Więc jak...
– Nie mogę tu umrzeć od żadnego ostrza – powtórzyła. – Nie mogę się wykrwawić, bo ta klinga mnie pochłonie... – Zamilkła. – Musicie mnie udusić.
Młodsza szarpnęła się, jakby otrzymała cios w serce. Złodziej zignorował ją, czując narastający gniew. Czego ta kobieta chciała? Żeby założyli jej pętlę na szyję i zaciskali, patrząc, jak się dławi, charczy i wierzga nogami? Miała to zrobić jej własna córka? Po tym jak zaryzykowała życie, żeby ją uratować?
Przykuta do Miecza kobieta uśmiechnęła się mimo bólu.
– Czuję twój gniew, chłopcze. Jesteś pewien, że skierowałeś go we właściwą stronę?
Wyszczerzył zęby, próbując opanować narastającą furię.
– Nie wiem, na razie po prostu pozwalam mu płonąć. Jeśli tego nie zrobię, zacznę wrzeszczeć. – Sięgnął do pasa. – Może być trucizna?
Przestała się uśmiechać.
– Co to jest?
Wzruszył ramionami.
– Znajomość składu tego płynu zapewniłaby mi dożywotne zainteresowanie ze strony gildii alchemików. Czyli dość krótkie, jeśli chcesz wiedzieć. Więc nie pytałem. Nie ma smaku ani zapachu. Dwadzieścia kropel wlanych do oliwnej lampki w kwadrans wypełni dom usypiającymi oparami. Po godzinie można burzyć ściany i nikt się nie obudzi. Kropla na kwartę zapewnia otępienie, dwie lekką drzemkę, pięć mocny sen. Po dziesięciu silnemu, zdrowemu mężczyźnie stanie serce. Sądzę, że na ciebie wystarczy siedem. Bez urazy.
Przyglądała mu się uważnie. Z wyraźnym namysłem na twarzy.
– Twój gniew ma dziwny zapach. – Wyglądała, jakby smakowała powietrze. – I bynajmniej nie płonie... jest bardzo zimny. Lodowaty. Cieszę się, że to nie ja jestem jego celem...
Opuściła głowę.
– Niech będzie dwanaście kropel – powiedziała cicho. – Dla pewności.
W jednym kobieta miała rację. Jego gniew był zimny. Zamieniał krew w żyłach w lód, a serce w kawał zmrożonego mięcha, bijącego monotonnym rytmem. Emocje chowały się gdzieś głęboko, ustępując miejsca mrocznej świadomości i nieubłaganej logice tego, co powinno zostać zrobione. To oznaczało jeszcze jedno...
– Ona musi mnie poprosić.
Obie uniosły głowy i zwróciły twarze w jego stronę. Rozpacz i ból nadały im identyczny wyraz i teraz naprawdę wyglądały jak matka z córką.
– Co? Hte? – zapytały jednocześnie.
– Wy, Seehijczycy, od lat wyrabiacie sobie odpowiednią reputację. Ona musi mnie poprosić o tę truciznę. Inaczej za kilka miesięcy mogę dostać w plecy zatrutą strzałką. Znam prawa seehijskiej rodowej zemsty. Nie chcę się w to bawić. – Podniósł dłoń, uciszając chcącą coś powiedzieć młodszą kobietę. – I ma mi powiedzieć, gdzie jest kopia Miecza.
Dziewczyna otworzyła usta, zaswędziało go między łopatkami.
– Stój! – wrzasnął.
Wyciągnął buteleczkę przed siebie, trzymając ją dwoma palcami.
– Jeśli poczuję, że przywołujesz Moc, puszczę ją.
Cała trójka zamarła w bezruchu. Zaczął liczyć w myślach. Jeden, dwa, trzy...
Przykuta do Miecza Seehijka nagle parsknęła krótkim śmiechem. Omal nie upuścił buteleczki.
– Mówiłam, lód. Świat będzie się walił, a ty nawet nie mrugniesz. Aufaran’dl bourandeq ourol, Aonel.