Opowieści z meekhańskiego pogranicza. Wschód-Zachód
- Автор: Вегнер Роберт М.
- Серия: Opowieści z meekhańskiego pogranicza #2
- Год: 2010
- Язык: польский
- Год: Powergraph
- ISBN: 9788361187165
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Opowieści z meekhańskiego pogranicza. Wschód-Zachód». Краткое содержание книги:
I olbrzymi, czarny miecz wbity na sztorc pośrodku celi.
I wychudzony trup kobiety, którego rozpostarte na boki ręce uwięzione były w okowach łańcuchów przytwierdzonych do końców jelca. Ciało zwisało na nich, opierając się na lekko ugiętych nogach. Zmasakrowane stopy były sine i opuchnięte, ogoloną do gołej skóry głowę pokrywały dziesiątki starych i nowych ran. Resztę litościwie zakrywała brudna koszula. Cuchnęło uryną i zepsutą krwią, jak w lazarecie dla ubogich.
Pomieszczenie wypełniało migotanie pochodni trzymanej przez dziewczynę. Ona sama klęczała na posadzce nieruchoma, jakby groza przemieniła ją w kamień. Altsin wziął żagiew i podszedł do miecza.
Był wielki, ogromny, tak duży, że wyglądał bardziej jak rzeźba, wyobrażenie, nie tyle broń, co hołd oddany sztuce tworzenia morderczych narzędzi. Sam jelec miał rozpiętość ponad pięciu stóp, a wyrastająca z niego rękojeść kulistą głowicą niemal dotykała sufitu. Siedem stóp klingi lśniło matową czernią w blasku pochodni. Jeśli miecz miał proporcje relikwii, to co najmniej trzy stopy ostrza tkwiło jeszcze w kamieniach posadzki.
Złodziej ostrożnie zbliżył się do broni, krawędź ostrza lśniła, jakby pokryto ją warstewką szkła. Wyciągnął rękę.
– Ostrożnie – powiedział trup.
Altsin drgnął, dłoń bezwiednie musnęła klingę. Nie poczuł bólu, żadnego oporu, po prostu rękę nagle wypełniła mu ciepła czerwień. Odskoczył, klnąc wściekle.
– To ostrze nigdy się nie tępi i nigdy nie ma dość krwi. Po to zostało stworzone. – Przykuta postać uniosła głowę i zwróciła twarz w jego stronę. Jej oczy wypełniało bezbrzeżne znużenie. – Ponoć kiedyś, tysiące lat temu, lśniło światłem gwiazdy, z której duszy go wykuto. Zwłaszcza wtedy, gdy w pobliżu znajdowały się stwory Niechcianych.
Patrzył na nią, zaciskając kurczowo pięść i wsłuchując się w kapanie własnej krwi. Poczuł pierwszą falę mrowiącego bólu, biegnącego od dłoni do łokcia. Jeśli przeciął ścięgna w prawej dłoni, czekają go nieliche wydatki na uzdrowicieli.
– Może nie jestem wystarczająco mrocznym stworzeniem – warknął.
Kobieta rozciągnęła wyschnięte wargi w parodii uśmiechu. Połamane zęby były czarne.
– Dziś mógłby stanąć przed nim sam Szeyren, a ostrze pozostałoby czarne. – Twarz odwróciła się w stronę wciąż klęczącej dziewczyny. – Alfanda al’ma to vevertsh tenbell.
Seehijka zaszlochała i ukryła twarz w dłoniach.
– Ygwal’a – przykuta zaszeptała cicho. – Ygwal’a equriel, amontell yp el twe’rt oma’os.
Nie zrozumiał żadnego ze słów. Ale jedno było jasne, przykuta też była Seehijką, choć patrząc na wychudzone, pokryte ranami ciało, trudno byłoby się tego domyślić. Znikła gdzieś aura bezwzględnej, nieznoszącej sprzeciwu dumy, jaką otaczali się jej współplemieńcy. Zostało... Altsin przypatrywał się jej bez żenady, zostało samo ciało, trochę mięśni, kości i złamany duch. I blizny. Dziesiątki, setki bladych kresek tworzących na całym ciele mozaikę bólu i okrucieństwa. Na twarzy, ramionach, nogach.
Kobieta przez chwilę mierzyła go wzrokiem, potem opuściła głowę, dysząc ciężko.
– Powiedz mi chłopcze, czy krew płynie pod górę?
Krew? Jaka krew?
Spojrzał w dół. Kapiące z jego rozciętej dłoni krople utworzyły czarną, połyskliwą kałużę. Od kałuży wybiegała wąska odnoga. Na jego oczach strumyk wspiął się na pochyłą płytę posadzki i pełzł w kierunku Miecza.
– Tak, do ostrza.
– Ciągle jest głodne, nienasycone – szepnęła. – Och, Wojowniku, gdybyś wiedział, co oni zrobili z twoim Mieczem...
Dopiero teraz do niego dotarło, co powiedziała poprzednio, o świetle i wykuciu Miecza z serca upadłej gwiazdy. Zacisnął pięści, nie bacząc na ból rozciętej ręki. Dengothaag. Oto stał przed Mieczem boga. Prawdziwym, tym z legend i opowieści. Bronią, która w ogniu bitew śpiewała pieśń nadziei i której światło porażało stwory Niechcianych. Przynajmniej tak twierdzili poeci opłacani przez kapłanów – odezwał mu się w głowie jakiś złośliwy głos.
Dziewczyna uniosła twarz i powiedziała cicho:
– Wee’ndo, ashadan gell huyqac’een dor’lm wentar.
– Hassę?
Starsza Seehijka wyglądała na naprawdę wzburzoną. Młodsza spojrzała na niego błagalnie.
– Pszeciesz mamy Miecz. A’n deal’nom qeen.
Wyglądała teraz jak rozczarowane dziecko. Altsin patrzył na nią i myślał. Podsłuchana rozmowa kapłanów stawała się mniej tajemnicza.
– Miecz, który ukradłaś, to iluzja, złom, kopia. Kawałek żelaza do kuglarcznych przedstawień i jeśli się nie mylę, mają gdzieś jeszcze jeden taki, prawda? – Starsza kobieta bez słowa skinęła głową. – To, co nazywamy Mieczem Reagwyra i co czcimy od lat, stoi tutaj.
Przykuta do broni kobieta uśmiechnęła się ze strasznym grymasem.
– Tak. Stare bajki, mówiące o tym, jak zrozpaczony po śmierci córki bóg wrzucił złamany Miecz do morza, mają w sobie ziarenko prawdy. Przynajmniej jeśli chodzi o rozpacz. Jednak tak naprawdę liczy się tylko to, że Miecz tkwił w tym miejscu ponad trzy tysiąclecia. Później znalazła go grupa kapłanów, wybudowała pod wodą lochy, osuszyła je i zagarnęła relikwię dla siebie. Dla kultu Wojownika ten Miecz był bezcenny. Lecz wtedy ze wschodu nadciągnęło młode Imperium, które było odpowiedzialne za dotychczasowe klęski Świątyni Reagwyra i które trzymało wszelkie religie i świątynie na krótkiej smyczy, więc mnisi nie ośmielili się zrobić z niego użytku. Czekali. – Rozkaszlała się wilgotnym, charczącym rzężeniem. – Wybaczcie, tutejszy klimat nie należy do najzdrowszych. – Wypluła na podłogę coś czarnego i lepkiego. – Teraz Meekhańczycy odeszli, a kult Pana Bitew rośnie w siłę. Jest coś, co pociąga ludzi w wizji walecznego szaleńca stającego naprzeciw Mroku...
Młodsza Seehijka zatrajkotała coś szybko. Starsza uniosła głowę i szarpnęła się do przodu.
– Ani mi się waż. Jeśli dowiedzą się, że znasz prawdę, znajdą cię i zabiją, nawet jeśli mieliby przewrócić miasto do góry nogami.
– An’no...
– Nie! Mnie już nie pomożesz... On mnie prawie ma. Miecz...