Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Фэнтези » Opowieści z meekhańskiego pogranicza. Wschód-Zachód
Opowieści z meekhańskiego pogranicza. Wschód-Zachód - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Opowieści z meekhańskiego pogranicza. Wschód-Zachód

Электронная книга - «Opowieści z meekhańskiego pogranicza. Wschód-Zachód». Краткое содержание книги:

Opowieści z meekhańskiego pogranicza. Wschód-Zachód
1 ... 97 98 99 100 101 102 103 104 105 ... 173
Перейти на страницу:

I ol­brzy­mi, czar­ny miecz wbi­ty na sztorc po­środ­ku celi.

I wy­chu­dzo­ny trup ko­bie­ty, któ­re­go roz­po­star­te na boki ręce uwię­zio­ne były w oko­wach łań­cu­chów przy­twier­dzo­nych do koń­ców jel­ca. Cia­ło zwi­sa­ło na nich, opie­ra­jąc się na lek­ko ugię­tych no­gach. Zma­sa­kro­wa­ne sto­py były sine i opuch­nię­te, ogo­lo­ną do go­łej skó­ry gło­wę po­kry­wa­ły dzie­siąt­ki sta­rych i no­wych ran. Resz­tę li­to­ści­wie za­kry­wa­ła brud­na ko­szu­la. Cuch­nę­ło ury­ną i ze­psu­tą krwią, jak w la­za­re­cie dla ubo­gich.

Po­miesz­cze­nie wy­peł­nia­ło mi­go­ta­nie po­chod­ni trzy­ma­nej przez dziew­czy­nę. Ona sama klę­cza­ła na po­sadz­ce nie­ru­cho­ma, jak­by gro­za prze­mie­ni­ła ją w ka­mień. Alt­sin wziął ża­giew i pod­szedł do mie­cza.

Był wiel­ki, ogrom­ny, tak duży, że wy­glą­dał bar­dziej jak rzeź­ba, wy­obra­że­nie, nie tyle broń, co hołd od­da­ny sztu­ce two­rze­nia mor­der­czych na­rzę­dzi. Sam je­lec miał roz­pię­tość po­nad pię­ciu stóp, a wy­ra­sta­ją­ca z nie­go rę­ko­jeść ku­li­stą gło­wi­cą nie­mal do­ty­ka­ła su­fi­tu. Sie­dem stóp klin­gi lśni­ło ma­to­wą czer­nią w bla­sku po­chod­ni. Je­śli miecz miał pro­por­cje re­li­kwii, to co naj­mniej trzy sto­py ostrza tkwi­ło jesz­cze w ka­mie­niach po­sadz­ki.

Zło­dziej ostroż­nie zbli­żył się do bro­ni, kra­wędź ostrza lśni­ła, jak­by po­kry­to ją war­stew­ką szkła. Wy­cią­gnął rękę.

– Ostroż­nie – po­wie­dział trup.

Alt­sin drgnął, dłoń bez­wied­nie mu­snę­ła klin­gę. Nie po­czuł bólu, żad­ne­go opo­ru, po pro­stu rękę na­gle wy­peł­ni­ła mu cie­pła czer­wień. Od­sko­czył, klnąc wście­kle.

– To ostrze ni­g­dy się nie tępi i ni­g­dy nie ma dość krwi. Po to zo­sta­ło stwo­rzo­ne. – Przy­ku­ta po­stać unio­sła gło­wę i zwró­ci­ła twarz w jego stro­nę. Jej oczy wy­peł­nia­ło bez­brzeż­ne znu­że­nie. – Po­noć kie­dyś, ty­sią­ce lat temu, lśni­ło świa­tłem gwiaz­dy, z któ­rej du­szy go wy­ku­to. Zwłasz­cza wte­dy, gdy w po­bli­żu znaj­do­wa­ły się stwo­ry Nie­chcia­nych.

Pa­trzył na nią, za­ci­ska­jąc kur­czo­wo pięść i wsłu­chu­jąc się w ka­pa­nie wła­snej krwi. Po­czuł pierw­szą falę mro­wią­ce­go bólu, bie­gną­ce­go od dło­ni do łok­cia. Je­śli prze­ciął ścię­gna w pra­wej dło­ni, cze­ka­ją go nie­li­che wy­dat­ki na uzdro­wi­cie­li.

– Może nie je­stem wy­star­cza­ją­co mrocz­nym stwo­rze­niem – wark­nął.

Ko­bie­ta roz­cią­gnę­ła wy­schnię­te war­gi w pa­ro­dii uśmie­chu. Po­ła­ma­ne zęby były czar­ne.

– Dziś mógł­by sta­nąć przed nim sam Szey­ren, a ostrze po­zo­sta­ło­by czar­ne. – Twarz od­wró­ci­ła się w stro­nę wciąż klę­czą­cej dziew­czy­ny. – Al­fan­da al’ma to ve­vertsh ten­bell.

Se­ehij­ka za­szlo­cha­ła i ukry­ła twarz w dło­niach.

Ygwal’aprzy­ku­ta za­szep­ta­ła ci­cho. – Ygwal’a equ­riel, amon­tell yp el twe’rt oma’os.

Nie zro­zu­miał żad­ne­go ze słów. Ale jed­no było ja­sne, przy­ku­ta też była Se­ehij­ką, choć pa­trząc na wy­chu­dzo­ne, po­kry­te ra­na­mi cia­ło, trud­no by­ło­by się tego do­my­ślić. Zni­kła gdzieś aura bez­względ­nej, nie­zno­szą­cej sprze­ci­wu dumy, jaką ota­cza­li się jej współ­ple­mień­cy. Zo­sta­ło... Alt­sin przy­pa­try­wał się jej bez że­na­dy, zo­sta­ło samo cia­ło, tro­chę mię­śni, ko­ści i zła­ma­ny duch. I bli­zny. Dzie­siąt­ki, set­ki bla­dych kre­sek two­rzą­cych na ca­łym cie­le mo­zai­kę bólu i okru­cień­stwa. Na twa­rzy, ra­mio­nach, no­gach.

Ko­bie­ta przez chwi­lę mie­rzy­ła go wzro­kiem, po­tem opu­ści­ła gło­wę, dy­sząc cięż­ko.

– Po­wiedz mi chłop­cze, czy krew pły­nie pod górę?

Krew? Jaka krew?

Spoj­rzał w dół. Ka­pią­ce z jego roz­cię­tej dło­ni kro­ple utwo­rzy­ły czar­ną, po­ły­skli­wą ka­łu­żę. Od ka­łu­ży wy­bie­ga­ła wą­ska od­no­ga. Na jego oczach stru­myk wspiął się na po­chy­łą pły­tę po­sadz­ki i pełzł w kie­run­ku Mie­cza.

– Tak, do ostrza.

– Cią­gle jest głod­ne, nie­na­sy­co­ne – szep­nę­ła. – Och, Wo­jow­ni­ku, gdy­byś wie­dział, co oni zro­bi­li z two­im Mie­czem...

Do­pie­ro te­raz do nie­go do­tar­ło, co po­wie­dzia­ła po­przed­nio, o świe­tle i wy­ku­ciu Mie­cza z ser­ca upa­dłej gwiaz­dy. Za­ci­snął pię­ści, nie ba­cząc na ból roz­cię­tej ręki. Den­go­tha­ag. Oto stał przed Mie­czem boga. Praw­dzi­wym, tym z le­gend i opo­wie­ści. Bro­nią, któ­ra w ogniu bi­tew śpie­wa­ła pieśń na­dziei i któ­rej świa­tło po­ra­ża­ło stwo­ry Nie­chcia­nych. Przy­naj­mniej tak twier­dzi­li po­eci opła­ca­ni przez ka­pła­nów – ode­zwał mu się w gło­wie ja­kiś zło­śli­wy głos.

Dziew­czy­na unio­sła twarz i po­wie­dzia­ła ci­cho:

Wee’ndo, asha­dan gell huy­qac’een dor’lm wen­tar.

Has­sę?

Star­sza Se­ehij­ka wy­glą­da­ła na na­praw­dę wzbu­rzo­ną. Młod­sza spoj­rza­ła na nie­go bła­gal­nie.

– Psze­ciesz mamy Miecz. A’n deal’nom qeen.

Wy­glą­da­ła te­raz jak roz­cza­ro­wa­ne dziec­ko. Alt­sin pa­trzył na nią i my­ślał. Pod­słu­cha­na roz­mo­wa ka­pła­nów sta­wa­ła się mniej ta­jem­ni­cza.

– Miecz, któ­ry ukra­dłaś, to ilu­zja, złom, ko­pia. Ka­wa­łek że­la­za do ku­glarcz­nych przed­sta­wień i je­śli się nie mylę, mają gdzieś jesz­cze je­den taki, praw­da? – Star­sza ko­bie­ta bez sło­wa ski­nę­ła gło­wą. – To, co na­zy­wa­my Mie­czem Re­agwy­ra i co czci­my od lat, stoi tu­taj.

Przy­ku­ta do bro­ni ko­bie­ta uśmiech­nę­ła się ze strasz­nym gry­ma­sem.

– Tak. Sta­re baj­ki, mó­wią­ce o tym, jak zroz­pa­czo­ny po śmier­ci cór­ki bóg wrzu­cił zła­ma­ny Miecz do mo­rza, mają w so­bie zia­ren­ko praw­dy. Przy­naj­mniej je­śli cho­dzi o roz­pacz. Jed­nak tak na­praw­dę li­czy się tyl­ko to, że Miecz tkwił w tym miej­scu po­nad trzy ty­siąc­le­cia. Póź­niej zna­la­zła go gru­pa ka­pła­nów, wy­bu­do­wa­ła pod wodą lo­chy, osu­szy­ła je i za­gar­nę­ła re­li­kwię dla sie­bie. Dla kul­tu Wo­jow­ni­ka ten Miecz był bez­cen­ny. Lecz wte­dy ze wscho­du nad­cią­gnę­ło mło­de Im­pe­rium, któ­re było od­po­wie­dzial­ne za do­tych­cza­so­we klę­ski Świą­ty­ni Re­agwy­ra i któ­re trzy­ma­ło wszel­kie re­li­gie i świą­ty­nie na krót­kiej smy­czy, więc mni­si nie ośmie­li­li się zro­bić z nie­go użyt­ku. Cze­ka­li. – Roz­kasz­la­ła się wil­got­nym, char­czą­cym rzę­że­niem. – Wy­bacz­cie, tu­tej­szy kli­mat nie na­le­ży do naj­zdrow­szych. – Wy­plu­ła na pod­ło­gę coś czar­ne­go i lep­kie­go. – Te­raz Me­ekhań­czy­cy ode­szli, a kult Pana Bi­tew ro­śnie w siłę. Jest coś, co po­cią­ga lu­dzi w wi­zji wa­lecz­ne­go sza­leń­ca sta­ją­ce­go na­prze­ciw Mro­ku...

Młod­sza Se­ehij­ka za­traj­ko­ta­ła coś szyb­ko. Star­sza unio­sła gło­wę i szarp­nę­ła się do przo­du.

– Ani mi się waż. Je­śli do­wie­dzą się, że znasz praw­dę, znaj­dą cię i za­bi­ją, na­wet je­śli mie­li­by prze­wró­cić mia­sto do góry no­ga­mi.

An’no...

– Nie! Mnie już nie po­mo­żesz... On mnie pra­wie ma. Miecz...

1 ... 97 98 99 100 101 102 103 104 105 ... 173
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)