Opowieści z meekhańskiego pogranicza. Wschód-Zachód
- Автор: Вегнер Роберт М.
- Серия: Opowieści z meekhańskiego pogranicza #2
- Год: 2010
- Язык: польский
- Год: Powergraph
- ISBN: 9788361187165
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Opowieści z meekhańskiego pogranicza. Wschód-Zachód». Краткое содержание книги:
Uspokoiła się z wyraźnym wysiłkiem.
– Nie dziw się, że mówię w twoim języku, chłopcze. Ona też zna go lepiej, niż chce przyznać, a ja nie mam czasu ani sił na powtarzanie wszystkiego po dwa razy. Mylisz się, myśląc, że kopia to tylko zabawka. Ten Miecz został stworzony tak, aby pochłaniać siłę życiową ofiar i przekazywać ją swemu właścicielowi. Kapłani znaleźli jakiś sposób, by przelać tę siłę w replikę. Nie ośmielili się jednak zrobić duplikatu tych samych rozmiarów, gdyż mogliby mieć kłopoty z zapanowaniem nad jego Mocą. To trudne czary, kopia musi być dokładna do najmniejszego szczegółu, ale tworzy się wtedy parę czerpak-dzban. Moc tego Miecza jest przekazywana do tej niby-relikwii wystawianej w świątyni. A stamtąd do wiernych. Siła życiowa ma różne aspekty, ale wszystkie zmieniają się tak, by uzdrawiać, leczyć i wspomagać. Tylko...
– Żeby na górze mogły dziać się cuda, tu musi ktoś umierać?
Skinęła głową.
– Więc stąd pulsacja mocy Miecza? – kontynuował.
Przez chwilę wyglądała na zaskoczoną.
– Tak. Mądry chłopak. Pomożesz mi?
Nie odpowiedział, zajęty odrywaniem kawałka materiału od koszuli. Owinął nim kilkakrotnie dłoń i zacisnął ją w pięść. Czymkolwiek był ten Miecz, nie będzie się karmił jego krwią.
– Czy...
– Nie gadaj tyle – mruknął, podchodząc bliżej. – Chcę zobaczyć te więzy.
Z końców jelca wyrastały czarne łańcuchy, zakończone spłaszczonymi okowami. Każdy łańcuch miał siedem ogniw, z których pierwsze wyrastało wprost z broni. Obręcze opasujące nadgarstki kobiety były ciasne i zdawały się wrośnięte w skórę.
Sięgnął do pasa i wyjął jedną ze swoich specjalnych buteleczek. Na grubym, zielonym szkle wyrżnięto kilka zabarwionych na ciemny szkarłat znaków.
Kobieta spojrzała na naczynko.
– Czary – stwierdziła.
– Noo. Gdyby nie zaklęcie, zawartość tej butelki przeżarłaby szkło w sto uderzeń serca. Niewielu alchemików potrafi coś takiego zrobić. Nazywamy to siuśkami pijanego Nesbordczyka. – Ostrożnie odkorkował buteleczkę i podstawił jej szyjkę pod najbliższe ogniwo.
– Zazwyczaj same opary potrafią przegryźć żelazo. Czekał dłuższą chwilę, wreszcie skrzywił się i lekko dotknął palcem metalu. Żadnych śladów. Delikatnie, z najwyższą uwagą przechylił szyjkę nad łańcuchem i pozwolił, by pojedyncza kropla spadła na jego powierzchnię. Pamiętał dokładnie reakcję zwykłej stali, nawet najlepszej, syczenie, bąble i dym o gorzko-kwaśnym zapachu. Tu nie wydarzyło się nic takiego, kropla zsunęła się po metalu jak woda po nawoskowanym pergaminie i spadła na posadzkę. Dopiero wtedy rozległo się syczenie i powietrze wypełnił smród. Altsin zamknął i schował butelkę.
– Co będzie teraz? – zapytała z łagodną kpiną. – Ostrze do metalu?
Zrozumiał, że od początku wiedziała, jak skończy się próba z kwasem.
– A wytrzymasz cięcie kości? – warknął rozgniewany.
Uśmiechnęła się przerażająco.
– Sądzisz, że nie?
Och. Do diabła, kula żółci siedząca mu od dłuższego czasu w żołądku wybrała się na wycieczkę w górę.
– To się nie uda – oświadczył kategorycznie.
– Oczywiście. – Skinęła powoli głową. – Wykrwawiłabym się na śmierć, krzycząc i wierzgając, a Miecz chłeptałby moją krew, aż w końcu by mnie pochłonął. Nie chcę tak umrzeć.
Cała sytuacja zaczynała pachnieć obłędem. Czy naprawdę stał teraz w podziemiach Świątyni Reagwyra i rozmawiał z seehijską kobietą o odcinaniu jej rąk? Miał ochotę wybiec stąd i zaciągnąć się na pierwszy statek wypływający w morze.
Wyczuł, że dziewczyna się poruszyła. Cofnął się nieco, wodząc spojrzeniem od młodszej do starszej. Były... podobne. Bardzo podobne, te same rysy, ten sam kształt oczu i ust.
– Jesteście rodziną?
Starsza uśmiechnęła się słabo.
– Nie sądziłam, że to jeszcze widać. Urodziłam ją.
Matka i córka. To tłumaczyło upór dziewczyny.
– Musicie otworzyć mi drzwi do domu przodków.
Zapadła cisza. Spodziewał się czegoś takiego, ale nie wiedział, co powiedzieć.
– Jak się tu znalazłaś? – zapytał, żeby przerwać milczenie.
– Zostałam porwana przez handlarzy niewolników. Chyba na specjalne zamówienie, kapłani szukali kogoś władającego Mocą, ale niepochodzącego z tego miasta.
– Jesteś seehijską wiedźmą? Jak twoja córka? Więc dlaczego nie...
– Magia... – wychrypiała. – Miecz pochłania większość czarów rzuconych w jego obecności. To gorzka nauka dla kogoś, kto był przekonany o własnej potędze. On – wskazała głową za plecy – się zmienił, nauczył, że Moc czerpać można z tych, co tu konają. Nie wypuści nikogo, dopóki kołacze się w nim życie. Waszym kapłanom udało się odmienić... wypaczyć broń, którą władała ręka boga...
Przerwała na chwilę.
– W tej chwili mogę tylko leczyć swoje obrażenia. W ograniczonym stopniu, ale to wystarczy. Potrzebowali kogoś, kto wytrzyma na Mieczu dłużej niż dziesięć-dwanaście dni.
– Bo? To miasto pełne jest żebraków i bezdomnych, którzy są ciągle w ruchu, nikt nie zauważyłby, że kilku więcej znika miesięcznie.
– Bo życie i śmierć zostawiają ślad w aspektach. Śmierć kogoś, kto mieszkał w mieście, przesiąkł nim... Ktoś wystarczająco potężny mógłby wreszcie połączyć różne tropy. Nie. Lepiej, żeby umierali ci, którzy nie pochodzą z Ponkee-Laa. Poza tym jestem takim... doświadczeniem. Testem, jak długo można przeżyć w tym lochu.
– Rozsądni ludzie z tych kapłanów. – Altsin odwrócił wzrok, rozejrzał się po czarnych ścianach, dziwne, ale nie trzęsły mu się ręce. – No więc? Jak długo można tu przeżyć?
– Rozsądni – zgodziła się. – Nie wiem, tu nie ma dni ani nocy, ani regularnych pór posiłków. Jak długo? – zwróciła się do córki.
– Awes yanw.
Przykuta kobieta westchnęła.
– Aż tyle? Myślałam... sądziłam, że nie więcej niż trzy miesiące. Ja... czy Enewis już urodziła?
– Grewn.
– Chłopiec. Mam wnuka... mam...
Nagle coś w niej pękło, westchnęła głośniej, opuściła głowę na piersi.
– Osiem miesięcy – szepnęła. – Osiem miesięcy... Moja starsza córka urodziła dziecko... a gdy... – Zapłakała bezgłośnie.