Opowieści z meekhańskiego pogranicza. Wschód-Zachód
- Автор: Вегнер Роберт М.
- Серия: Opowieści z meekhańskiego pogranicza #2
- Год: 2010
- Язык: польский
- Год: Powergraph
- ISBN: 9788361187165
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Opowieści z meekhańskiego pogranicza. Wschód-Zachód». Краткое содержание книги:
Altsin wszedł do okrągłego, szerokiego na około sześćdziesiąt stóp lochu. Osiem kamiennych kolumn otaczało kamienny postument. Na każdej płonęła mała oliwna lampka. Cienie, rzucane przez te lampki, tworzyły migotliwy, półpłynny labirynt, tańczący na ścianach, ozdobionych mozaiką najróżniejszych głazów i kamieni w odcieniach charakterystycznych dla nadmorskich plaż. Na wszystkich rosiły się kropelki wilgoci. Było zimno. Zerknął w górę. Sklepienie z cyklopowych głazów znajdowało się naprawdę wysoko. Dwadzieścia stóp, dwadzieścia pięć? Niepewne oświetlenie myliło perspektywę.
Kamienny postument był czarnym sześciobokiem, szerokim i wysokim na cztery stopy, długim na dziesięć. Nie trzeba wielkiej wyobraźni, by domyślić się, co tu leżało.
Podszedł do kamienia, dotknął płytkiego wyżłobienia biegnącego przez całą długość i prawie poczuł te setki lat historii i siłę kultu, o którym mówił Deargon. To miejsce miało swoją aurę.
Teraz, gdy już tu stał, zaczął kombinować, jak można było wynieść stąd Miecz. Teoretycznie, silny mężczyzna – Altsin przypomniał sobie ilość schodów, rozmiary Miecza i poprawił się w myślach: bardzo silny mężczyzna – mógłby tego dokonać. Miecz był nieporęczny, więc potrzebna byłaby jakaś uprząż albo coś w tym rodzaju, żeby zarzucić go sobie na plecy. Dwóch lub trzech ludzi dałoby sobie radę bez takich udogodnień. Te drzwi, które minął po drodze, wyposażono w proste zamki, więc Cetron miał rację, najlepszym zabezpieczeniem Miecza były jego rozmiary, ciężar i fakt, że po pokonaniu schodów trzeba było jeszcze wyjść zza ołtarza i przejść przez całą świątynię. Jak? Udawać, że niesie się jakiś zwinięty gobelin? Skrzynię z rupieciami? W środku nocy? Nie, takie coś zwracałoby uwagę. Każdy mnich zainteresowałby się braćmi lub służbą, wykonującą dziwne czynności o nietypowej porze. On by tego tak nie zrobił. Złodzieje znali zapewne dokładnie rozkład straży i tryb życia braciszków i wiedzieli, jaką drogę wybrać, żeby nikogo nie spotkać. Więc raczej trzeba szukać kogoś, kto długie miesiące śledził zakonników. Po wyjściu z podziemi Altsin przypomniał sobie rozkład świątyni, potrzeba było mniej niż trzy minuty, żeby opuścić jej teren. I to spacerowym krokiem. A potem port, byle jaka łódeczka i wypływamy w morze. Ale dlaczego Deargon był przekonany, że Miecz nie opuścił miasta?
W tym momencie poczuł delikatny ucisk w okolicy zatok i zaswędziało go pomiędzy łopatkami. Magia.
Odwrócił się na pięcie, cienie mocniej zatańczyły na ścianach.
Jeden wyglądał inaczej niż reszta.
Ponownie machnął pochodnią. Tajemniczy twórca cieni najpewniej odkrył jego zamiar, złodziej usłyszał dwa szybkie kroki, ale zdążył dopaść intruza w pół drogi do drzwi. Kopnął nisko, poprawił pochodnią, coś zaskwierczało. Złapał powietrze, które nagle wypełniło się kształtem, i szarpnął. W dłoni została mu czarna, matowa peleryna. Właściciel przyodziewku odskoczył, gasząc na sobie ubranie.
Altsin zagrodził mu drogę do drzwi, przełożył pochodnię do drugiej ręki, wyciągnął sztylet i wyszczerzył się paskudnie. Nikt nie lubi szpiegów.
Drobna postać wyprostowała się dumnie, uniosła głowę. Altsin nagle poczuł, jakby całe sklepienie komnaty runęło mu na głowę.
Dziewczyna. Seehijka.
Szczupła, niższa od niego o prawie głowę, ciemna skóra, wąska, trójkątna twarz, mały, płaski nos, delikatne usta, dziesięć tysięcy warkoczyków na głowie.
– I czo teraz żro... żro... będzie, straszniku?
Mówiła w meekhu z dziwnym, gardłowym akcentem, połykając głoski. Słyszał taki akcent setki razy, gdy seehijscy handlarze skórami i solonym mięsem targowali się w porcie o lepsze ceny.
Seehijka. Prędzej spodziewałby się samego Reagwyra.
Przełknął ślinę. Nie po raz pierwszy zaczął żałować, że Horgers nie zabrał go ze sobą w rejs.
Dziewczyna najwyraźniej zaczęła się niecierpliwić.
– I czo...
– Nie jestem strażnikiem – mruknął. – Ale jeśli czekałaś na jakiegoś, mogę zaraz wezwać.
Nawet nie drgnęła. Przyjrzał się jej uważnie. Skórzane, brązowe spodnie, podobnego fasonu kurtka i szeroki pas z niesamowitą ilością mieszków. Z pewnością nie przybyła tu z kurtuazyjną wizytą. Seehijczycy ubierają się tak, wyruszając w długą podróż lub na wojnę. Do tego stroju świetnie pasowałby skórzany pancerz i bojowa włócznia. Oraz magiczna, mamiąca wzrok peleryna, która leżała teraz pomiędzy nimi. Altsin tylko dwa razy w życiu widział taką zabawkę. Większość złodziei uznawała tego typu rzeczy za drogie i mało skuteczne, pozwalające co najwyżej oszukać wzrok grą cieni. W ciut lepszym świetle nie zdawały się na nic, w całkowitych ciemnościach były niepotrzebne. Mimo wszystko dziewczyna postanowiła zejść do lochów pod świątynią i przyczaić się, czekając nie wiadomo na co, w miejscu, skąd skradziono Miecz boga. Ciekawe, co by powiedział na to Deargon?
– Daleko stąd do twojej wyspy, moja droga.
Jej twarz nawet nie drgnęła. Seehijczycy znani byli z tego, że nigdy nie okazują uczuć przy obcych. W mieście mówiło się nawet „wkładać seehijską maskę” w sytuacjach, gdy ktoś zachowywał kamienną twarz.
Dziewczyna rzuciła okiem na wejście do podziemi. Po kilku uderzeniach serca on też to usłyszał. Kroki. Jej dłoń zaczęła skradać się za plecy.
– Spokojnie, dziewczyno – szepnął ostro. – Spokojnie.
Powiedziawszy to, ocenił rozmiary peleryny. Wydawała się w sam raz. Cisnął pochodnię na ziemię i przydeptał. Podszedł do Seehijki, bezceremonialnie pchnął pod ścianę, zarzucił materiał na nią i na siebie, przykucnął. Chcąc nie chcąc, zrobiła to samo. Zapadła ciemność. Czuł, jak wierci się pod jego ramieniem.
– Spokojnie. – Przycisnął ją nagle do ściany, wykręcił rękę, sięgnął za pas na plecach i szybkim ruchem pozbawił krótkiego, sierpowato zakrzywionego noża. – Nic tak nie buduje zaufania jak fakt, że ja mam twoją broń. A teraz nie wierć się, bo nas znajdą.