Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Фэнтези » Opowieści z meekhańskiego pogranicza. Wschód-Zachód
Opowieści z meekhańskiego pogranicza. Wschód-Zachód - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Opowieści z meekhańskiego pogranicza. Wschód-Zachód

Электронная книга - «Opowieści z meekhańskiego pogranicza. Wschód-Zachód». Краткое содержание книги:

Opowieści z meekhańskiego pogranicza. Wschód-Zachód
1 ... 93 94 95 96 97 98 99 100 101 ... 173
Перейти на страницу:

Alt­sin wszedł do okrą­głe­go, sze­ro­kie­go na oko­ło sześć­dzie­siąt stóp lo­chu. Osiem ka­mien­nych ko­lumn ota­cza­ło ka­mien­ny po­stu­ment. Na każ­dej pło­nę­ła mała oliw­na lamp­ka. Cie­nie, rzu­ca­ne przez te lamp­ki, two­rzy­ły mi­go­tli­wy, pół­płyn­ny la­bi­rynt, tań­czą­cy na ścia­nach, ozdo­bio­nych mo­zai­ką naj­róż­niej­szych gła­zów i ka­mie­ni w od­cie­niach cha­rak­te­ry­stycz­nych dla nad­mor­skich plaż. Na wszyst­kich ro­si­ły się kro­pel­ki wil­go­ci. Było zim­no. Zer­k­nął w górę. Skle­pie­nie z cy­klo­po­wych gła­zów znaj­do­wa­ło się na­praw­dę wy­so­ko. Dwa­dzie­ścia stóp, dwa­dzie­ścia pięć? Nie­pew­ne oświe­tle­nie my­li­ło per­spek­ty­wę.

Ka­mien­ny po­stu­ment był czar­nym sze­ścio­bo­kiem, sze­ro­kim i wy­so­kim na czte­ry sto­py, dłu­gim na dzie­sięć. Nie trze­ba wiel­kiej wy­ob­raź­ni, by do­my­ślić się, co tu le­ża­ło.

Pod­szedł do ka­mie­nia, do­tknął płyt­kie­go wy­żło­bie­nia bie­gną­ce­go przez całą dłu­gość i pra­wie po­czuł te set­ki lat hi­sto­rii i siłę kul­tu, o któ­rym mó­wił De­ar­gon. To miej­sce mia­ło swo­ją aurę.

Te­raz, gdy już tu stał, za­czął kom­bi­no­wać, jak moż­na było wy­nieść stąd Miecz. Teo­re­tycz­nie, sil­ny męż­czy­zna – Alt­sin przy­po­mniał so­bie ilość scho­dów, roz­mia­ry Mie­cza i po­pra­wił się w my­ślach: bar­dzo sil­ny męż­czy­zna – mógł­by tego do­ko­nać. Miecz był nie­po­ręcz­ny, więc po­trzeb­na by­ła­by ja­kaś uprząż albo coś w tym ro­dza­ju, żeby za­rzu­cić go so­bie na ple­cy. Dwóch lub trzech lu­dzi da­ło­by so­bie radę bez ta­kich udo­god­nień. Te drzwi, któ­re mi­nął po dro­dze, wy­po­sa­żo­no w pro­ste zam­ki, więc Ce­tron miał ra­cję, naj­lep­szym za­bez­pie­cze­niem Mie­cza były jego roz­mia­ry, cię­żar i fakt, że po po­ko­na­niu scho­dów trze­ba było jesz­cze wyjść zza oł­ta­rza i przejść przez całą świą­ty­nię. Jak? Uda­wać, że nie­sie się ja­kiś zwi­nię­ty go­be­lin? Skrzy­nię z ru­pie­cia­mi? W środ­ku nocy? Nie, ta­kie coś zwra­ca­ło­by uwa­gę. Każ­dy mnich za­in­te­re­so­wał­by się brać­mi lub służ­bą, wy­ko­nu­ją­cą dziw­ne czyn­no­ści o nie­ty­po­wej po­rze. On by tego tak nie zro­bił. Zło­dzie­je zna­li za­pew­ne do­kład­nie roz­kład stra­ży i tryb ży­cia bra­cisz­ków i wie­dzie­li, jaką dro­gę wy­brać, żeby ni­ko­go nie spo­tkać. Więc ra­czej trze­ba szu­kać ko­goś, kto dłu­gie mie­sią­ce śle­dził za­kon­ni­ków. Po wyj­ściu z pod­zie­mi Alt­sin przy­po­mniał so­bie roz­kład świą­ty­ni, po­trze­ba było mniej niż trzy mi­nu­ty, żeby opu­ścić jej te­ren. I to spa­ce­ro­wym kro­kiem. A po­tem port, byle jaka łó­decz­ka i wy­pły­wa­my w mo­rze. Ale dla­cze­go De­ar­gon był prze­ko­na­ny, że Miecz nie opu­ścił mia­sta?

W tym mo­men­cie po­czuł de­li­kat­ny ucisk w oko­li­cy za­tok i za­swę­dzia­ło go po­mię­dzy ło­pat­ka­mi. Ma­gia.

Od­wró­cił się na pię­cie, cie­nie moc­niej za­tań­czy­ły na ścia­nach.

Je­den wy­glą­dał ina­czej niż resz­ta.

Po­now­nie mach­nął po­chod­nią. Ta­jem­ni­czy twór­ca cie­ni naj­pew­niej od­krył jego za­miar, zło­dziej usły­szał dwa szyb­kie kro­ki, ale zdą­żył do­paść in­tru­za w pół dro­gi do drzwi. Kop­nął ni­sko, po­pra­wił po­chod­nią, coś za­skwier­cza­ło. Zła­pał po­wie­trze, któ­re na­gle wy­peł­ni­ło się kształ­tem, i szarp­nął. W dło­ni zo­sta­ła mu czar­na, ma­to­wa pe­le­ry­na. Wła­ści­ciel przy­odziew­ku od­sko­czył, ga­sząc na so­bie ubra­nie.

Alt­sin za­gro­dził mu dro­gę do drzwi, prze­ło­żył po­chod­nię do dru­giej ręki, wy­cią­gnął szty­let i wy­szcze­rzył się pa­skud­nie. Nikt nie lubi szpie­gów.

Drob­na po­stać wy­pro­sto­wa­ła się dum­nie, unio­sła gło­wę. Alt­sin na­gle po­czuł, jak­by całe skle­pie­nie kom­na­ty ru­nę­ło mu na gło­wę.

Dziew­czy­na. Se­ehij­ka.

Szczu­pła, niż­sza od nie­go o pra­wie gło­wę, ciem­na skó­ra, wą­ska, trój­kąt­na twarz, mały, pła­ski nos, de­li­kat­ne usta, dzie­sięć ty­się­cy war­ko­czy­ków na gło­wie.

– I czo te­raz żro... żro... bę­dzie, strasz­ni­ku?

Mó­wi­ła w me­ekhu z dziw­nym, gar­dło­wym ak­cen­tem, po­ły­ka­jąc gło­ski. Sły­szał taki ak­cent set­ki razy, gdy se­ehij­scy han­dla­rze skó­ra­mi i so­lo­nym mię­sem tar­go­wa­li się w por­cie o lep­sze ceny.

Se­ehij­ka. Prę­dzej spo­dzie­wał­by się sa­me­go Re­agwy­ra.

Prze­łknął śli­nę. Nie po raz pierw­szy za­czął ża­ło­wać, że Hor­gers nie za­brał go ze sobą w rejs.

Dziew­czy­na naj­wy­raź­niej za­czę­ła się nie­cier­pli­wić.

– I czo...

– Nie je­stem straż­ni­kiem – mruk­nął. – Ale je­śli cze­ka­łaś na ja­kie­goś, mogę za­raz we­zwać.

Na­wet nie drgnę­ła. Przyj­rzał się jej uważ­nie. Skó­rza­ne, brą­zo­we spodnie, po­dob­ne­go fa­so­nu kurt­ka i sze­ro­ki pas z nie­sa­mo­wi­tą ilo­ścią miesz­ków. Z pew­no­ścią nie przy­by­ła tu z kur­tu­azyj­ną wi­zy­tą. Se­ehij­czy­cy ubie­ra­ją się tak, wy­ru­sza­jąc w dłu­gą po­dróż lub na woj­nę. Do tego stro­ju świet­nie pa­so­wał­by skó­rza­ny pan­cerz i bo­jo­wa włócz­nia. Oraz ma­gicz­na, ma­mią­ca wzrok pe­le­ry­na, któ­ra le­ża­ła te­raz po­mię­dzy nimi. Alt­sin tyl­ko dwa razy w ży­ciu wi­dział taką za­baw­kę. Więk­szość zło­dziei uzna­wa­ła tego typu rze­czy za dro­gie i mało sku­tecz­ne, po­zwa­la­ją­ce co naj­wy­żej oszu­kać wzrok grą cie­ni. W ciut lep­szym świe­tle nie zda­wa­ły się na nic, w cał­ko­wi­tych ciem­no­ściach były nie­po­trzeb­ne. Mimo wszyst­ko dziew­czy­na po­sta­no­wi­ła zejść do lo­chów pod świą­ty­nią i przy­cza­ić się, cze­ka­jąc nie wia­do­mo na co, w miej­scu, skąd skra­dzio­no Miecz boga. Cie­ka­we, co by po­wie­dział na to De­ar­gon?

– Da­le­ko stąd do two­jej wy­spy, moja dro­ga.

Jej twarz na­wet nie drgnę­ła. Se­ehij­czy­cy zna­ni byli z tego, że ni­g­dy nie oka­zu­ją uczuć przy ob­cych. W mie­ście mó­wi­ło się na­wet „wkła­dać se­ehij­ską ma­skę” w sy­tu­acjach, gdy ktoś za­cho­wy­wał ka­mien­ną twarz.

Dziew­czy­na rzu­ci­ła okiem na wej­ście do pod­zie­mi. Po kil­ku ude­rze­niach ser­ca on też to usły­szał. Kro­ki. Jej dłoń za­czę­ła skra­dać się za ple­cy.

– Spo­koj­nie, dziew­czy­no – szep­nął ostro. – Spo­koj­nie.

Po­wie­dziaw­szy to, oce­nił roz­mia­ry pe­le­ry­ny. Wy­da­wa­ła się w sam raz. Ci­snął po­chod­nię na zie­mię i przy­dep­tał. Pod­szedł do Se­ehij­ki, bez­ce­re­mo­nial­nie pchnął pod ścia­nę, za­rzu­cił ma­te­riał na nią i na sie­bie, przy­kuc­nął. Chcąc nie chcąc, zro­bi­ła to samo. Za­pa­dła ciem­ność. Czuł, jak wier­ci się pod jego ra­mie­niem.

– Spo­koj­nie. – Przy­ci­snął ją na­gle do ścia­ny, wy­krę­cił rękę, się­gnął za pas na ple­cach i szyb­kim ru­chem po­zba­wił krót­kie­go, sier­po­wa­to za­krzy­wio­ne­go noża. – Nic tak nie bu­du­je za­ufa­nia jak fakt, że ja mam two­ją broń. A te­raz nie wierć się, bo nas znaj­dą.

1 ... 93 94 95 96 97 98 99 100 101 ... 173
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)