Opowieści z meekhańskiego pogranicza. Wschód-Zachód
- Автор: Вегнер Роберт М.
- Серия: Opowieści z meekhańskiego pogranicza #2
- Год: 2010
- Язык: польский
- Год: Powergraph
- ISBN: 9788361187165
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Opowieści z meekhańskiego pogranicza. Wschód-Zachód». Краткое содержание книги:
Naparł na nie barkiem, otworzyły się bezszelestnie i nagle znalazł się twarzą na poziomie podłoża. Seehijka rzuciła się naprzód, jakby potężna siła wessała ją do środka. Tylko westchnął, podnosząc się z posadzki.
Próbował sobie przypomnieć, w którą właściwie stronę jest skierowany ten tunel. Jeśli się nie pomylił, korytarz prowadził w kierunku morza.
By po trzydziestu jardach zakończyć się zwykłymi, drewnianymi drzwiami. Gdy złodziej dotarł do dziewczyny, stała przed nimi i zaglądała do środka przez małe, zakratowane okienko.
Altsin zerknął nad jej głową i cicho gwizdnął. Migoczący blask oświetlił stosy złotych i srebrnych monet, kuferki i skrzyneczki wypełnione drogimi kamieniami, klejnotami i bursztynem, równo ułożone sztabki złota i wiszące na ścianach bajeczne gobeliny. Pod przeciwległą ścianą błyszczało kilka paradnych zbroi, wartych na oko więcej niż roczny dochód ze sporej wsi. Zawartość tego skarbczyka mogłaby zachwiać rynkiem kruszców i klejnotów w księstwie.
Świątynia naprawdę rosła w siłę.
Przez chwilę sycił oczy widokiem tych wszystkich skarbów i nagle odezwał się w nim złodziejski instynkt. W lochach było zimno i wilgotno, nikt nie trzyma tkanego z najdroższej wełny gobelinu w takich warunkach. A monety i zbroje błyszczały zbyt jasno i zbyt zachęcająco.
Dziewczyna zadrżała.
– Iv’ kessyu.
Zaczynał łapać poszczególne słówka. Czary. Tylko jakie?
– Jakaś iluzja, piekielnie dobra.
Pokiwała głową. Potem złapała go za rękę i wskazała miejsce pod ścianą. Posłusznie stanął obok. Magia była jej działką.
– Freden... oka.
Nie zrozumiał, wymamrotała coś pod nosem, złapała go za ręce i przyłożyła do twarzy. Posłusznie zamknął oczy i zasłonił je dłońmi. Nie usłyszał, jak wymawia zaklęcie, nagle poczuł pieczenie w głębi czaszki, gdzieś za gałkami ocznymi, do ust napłynęła mu ślina, a ręce zaczęły się pocić. Między łopatkami całe mrowisko właśnie urządziło sobie zabawę w gryzionego. Wolał nie myśleć, jak zareagowałby na zdjęcie zaklęcia, gdyby nie kazała mu zasłonić oczu.
Dziewczyna westchnęła głośno. Otworzył oczy i rozejrzał się.
Korytarz się zmienił. Kamienne ściany zaczęły straszyć liszajami zacieków i zaprawą, wykruszającą się spomiędzy spoin. Nie wyglądało to zbyt solidnie. Z sufitu zwieszały się jakieś białe sople, odłamał jeden i ostrożnie polizał. Sól. Byli pod powierzchnią morza. Coraz mocniej tęsknił za zarzyganym molem i potwornym kacem.
Ostrożnie podszedł do drzwi. Teraz wyglądały na zrobione ze stalowych blach, szerokie na dwa cale zawiasy i potężna zasuwa budziły instynktowną obawę. Zajrzał przez okienko.
Łup! Coś potężnego walnęło w drzwi na wysokości jego twarzy. Czerwone, długie na jakieś trzy cale kły trzasnęły tuż przed jego nosem. Odskoczył, wyszarpując sztylet. Dopiero po chwili zdał sobie sprawę z głupoty tego gestu. Gdyby zawiasy nie wytrzymały, miałby takie szanse jak flądra w starciu z rekinem.
Seehijka stanęła obok.
– Auraweer – stwierdziła.
– Tak, aurawir, nie chciałbym być w skórze tego, kto da się nabrać na iluzję.
Skarbczyki i tajne schowki zabezpieczano w najróżniejszy sposób. Od prostych sprężynowych pułapek, poprzez stróżujące zwierzęta, różnorakie zaklęcia i klątwy, aż do umieszczania w nich wrednych i śmiertelnie groźnych stworów pochodzących z Uroczysk. Gdy księstwo było częścią Imperium, za sam kontakt z taką magią wysyłano do kopalń lub na galery. Teraz jednak Meekhańczycy wycofali się na wschód i dla ludzi niebojących się ryzyka otworzyły się nowe możliwości. Szkarłatne Wzgórza, jedno z największych pobitewnych Uroczysk na kontynencie, leżały zaledwie pięćdziesiąt mil na południe od miasta. Większość pojawiających się tam stworzeń nie potrafiła żyć poza przeklętym terenem, były jednak i takie, które wykazywały zadziwiającą i dość niepokojącą zdolność adaptacji. Długi na dziesięć stóp, podobny do pokrytego łuską lwa aurawir był jednym z takich stworów. Podobno nigdy nie sypiał, nie tracił czujności i nigdy nie opuszczała go żądza krwi. Altsin znał przynajmniej trzy gildie magów, które wyspecjalizowały się w chwytaniu, pętaniu zaklęciami i przymuszaniu takich stworzeń do służby. Słyszał też o dwóch, które opracowywały sposoby neutralizacji tych strażników, dzięki czemu równowaga w wiecznej wojnie między tymi, co chcieli kraść, a tymi, którzy pragnęli ochronić swoje dobra, została zachowana.
To jednak nie wyjaśniało, czego właściwie szukali tu kapłani i ta dziewczyna, która właśnie zaczęła myszkować po korytarzu, oglądając dokładnie wszystkie ściany. Zamknięta za stalowymi drzwiami bestia na pewno nie wydała tego mrożącego krew w żyłach jęku, który wcześniej usłyszał. I do cholery, jaki był sens umieszczania aurawira w pustym lochu, ukrytym za bardzo nęcącą iluzją? Gdyby do podziemi wdarł się ktoś inny, jakiś zwykły złodziej albo zbyt ciekawski brat... Mógłby ulec pokusie, otworzyć drzwi i... Wielkim kapłanom pozostałoby wtedy tylko posprzątanie i zapędzenie bestii z powrotem do loszku... Czego tak naprawdę strzegł stwór?
I właściwie, dlaczego właśnie on miałby się tym przejmować?
– Otworzyłem drzwi – przypomniał. – Gdzie jest Miecz?
Nie odwróciła się i nie przestała badać ścian. Nagle wydała cichy okrzyk, pchnęła jeden z kamieni i znikła w powstałej nagle szczelinie. Zaklął i ruszył za nią. Jeśli teraz dziewczyna wpadnie w jakąś pułapkę i da się zabić, cały jego wysiłek pójdzie na marne.
Do następnych drzwi prowadził korytarz długi na zaledwie kilka jardów. Zamykała je zwykła, żelazna, lśniąca od oliwy zasuwa.
Dziewczyna była już przy nich, jednym ruchem otworzyła drzwi i wpadła do środka. Niemal natychmiast usłyszał jej rozpaczliwy okrzyk:
– Naaleee!
A później drugi, od którego włosy stanęły mu dęba:
– Naaaaleeeeee!!!
Wszedł do środka.
Czarne ściany, czarne sklepienie, czarne płyty posadzki.