Opowieści z meekhańskiego pogranicza. Wschód-Zachód
- Автор: Вегнер Роберт М.
- Серия: Opowieści z meekhańskiego pogranicza #2
- Год: 2010
- Язык: польский
- Год: Powergraph
- ISBN: 9788361187165
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Opowieści z meekhańskiego pogranicza. Wschód-Zachód». Краткое содержание книги:
– A inna magia, nieaspektowana? Jakiś szamański duch, dzika Moc, coś znad samej granicy Mroku, emanacja zewnętrzna?
– Więc jednak uważałeś na moich lekcjach, co? Tę broń wypełniają kapłańskie czary, naznaczone, mające wyraźny aspekt. Zmieniający się, lecz rozpoznawalny. Wolę nie myśleć, co naprawdę może ten Miecz.
– Więc jest prawdziwą relikwią? Naprawdę władała nim ręka boga?
Nagle poczuł, jak cała komnata zaczyna się kurczyć. Sprawa z bardzo dużej zrobiła się monstrualna. O wiele za duża jak na barki jednego człowieka. Może nawet za duża dla całej Ligi Czapki.
Przypomniał sobie plac straceń i poczuł swąd palonego ciała. Zupełnie jakby kogoś rwali rozżarzonymi szczypcami.
– Co ci jest? Zbladłeś. Chyba to nie mój wywar?
Czarodziejka podeszła do niego zaniepokojona.
– Nnnie... Po prostu ciężki dzień. Więc co z tym Mieczem? Prawdziwy?
– Gdyby każda cudowna relikwia na świecie pochodziła z boskiej ręki, naszym Nieśmiertelnym nie starczyłoby czasu, żeby je wszystkie zrobić. Więc nie sądzę. Miecz ma dziwną aurę, zmienny aspekt i potrafi leczyć. Ale to za mało jak na broń Pana Bitew, nie sądzisz? Hm, na pewno dobrze się czujesz?
Położyła mu rękę na czole.
– Nie masz gorączki. Badałam jednego człowieka, u którego po dotknięciu skrzyni z Mieczem znikła jaskra. Może usiądziesz?
– Nie. Zaraz mi przejdzie. Co odkryłaś?
– Nic. Była jaskra, nie ma jaskry. Dało się u niego wyczuć aurę odpowiadającą kontaktowi z Mieczem, ale same oczy nie nosiły śladów jakiegokolwiek magicznego zabiegu. A wszelkie znane mi sposoby takie ślady zostawiają.
– Aha, a więc prawdziwy cud.
– Żebyś wiedział. Jednakże – dodała szybko, nie pozwalając mu na żadną kąśliwą uwagę – w Mieczu najdziwniejsza jest pulsacja jego Mocy.
– Pulsacja?
– Gdy wystawiają go raz w miesiącu w świątyni, jego aurę można porównać z tym. – Pstryknęła palcami i pokój zalało światło, tysiące słonecznych zajączków podjęło przerwane gonitwy. – Jednak jego Moc słabnie i kiedy po trzech dniach go chowają, wygląda to tak. – Pstryk i szyby zmatowiały. Zapanował półmrok. – A po dwudziestu siedmiu dniach, znów – pstryk.
Zajączki ponownie rozbiegły się na wszystkie strony. Kontynuowała:
– Może taka jest natura Miecza, może wystawiają go publicznie w apogeum jego Mocy? A może odpowiedź leży gdzie indziej? Głęboko zagrzebana.
– Sugerujesz, żebym zajrzał do lochów pod świątynią?
– Jeśli chcesz się napić czystej wody, sięgnij do źródła.
Skrzywił się lekko.
– Skąd wzięłaś to powiedzonko? Myślałem, że tylko Cetron bawi się w wiejskiego mędrka.
– Przy najbliższej okazji zapoznam go z twoją opinią na ten temat. A teraz pozwól na chwilę, coś ci pokażę.
Na stole leżała ogromna, szlifowana płyta górskiego kryształu. Miała kształt wieloramiennej gwiazdy o średnicy przeszło dwudziestu, a grubości około dwóch cali. Pomiędzy ramionami znajdowały się kawałki metali i kryształów. Altsin od razu zauważył trzy samorodki złota i duży, około dwudziestokaratowy diament.
– Nie boisz się tego trzymać tak na wierzchu?
– A co? Może chciałbyś coś ukraść?
Przypomniał sobie, jak podrygiwał na podłodze.
– Nie, dziękuję. Może innym razem.
– Tak myślałam. Daj rękę.
Złapała go za dłoń, wyciągnęła ją nad kryształ.
– Co...?
– Cicho. Uważaj, zaboli.
Szybkim ruchem ukłuła go w serdeczny palec. Ścisnęła, krople krwi zaczęły padać na przejrzystą powierzchnię. Czarodziejka cicho liczyła.
– ... siedem, osiem, dziewięć, dziesięć. Zabierz dłoń.
Wsunął palec do ust.
– Czo właszczywie robisz?
– Chcę ci coś pokazać.
To była jedna z tych magicznych sztuczek, która sięgała poza aspektowane źródło. Krew, kryształ i być może duch uwięziony w tym krysztale. Coś z pogranicza zakazanych czarów, ale tak właśnie bawiono się w D’Artweenie. Zorstean nie wypowiadała zaklęć, kiedyś wytłumaczyła mu, że zaklęcia służą tylko kiepskim czarownikom do uzyskania lepszej kontroli nad Mocą. Prawdziwą magię kształtowały wola i umysł osoby uzdolnionej. Poczuł swędzenie między łopatkami. Skrzywił się, a czarodziejka posłała mu złośliwy uśmiech.
– Bądź dzielny, dobrze?
Skinął głową, to też raczyła mu kiedyś wyjaśnić. Ludzie i inni rozumni rozwijali się w cieniu Mocy, która nie zawsze była przyjazna, więc większość osób w taki czy inny sposób potrafiła wykryć nagły przypływ magii, tak jak zwierzęta wyczuwają zbliżające się trzęsienie ziemi czy wybuch wulkanu. Czasami pozwalało to uciec z zagrożonego terenu i ocalić życie. Niektórzy czuli dziwne zapachy, innych bolało to lub owo, jeszcze inni odczuwali pieczenie, łaskotanie, gwałtowny głód czy zawroty głowy. Jego swędziało między łopatkami. Tam, gdzie najtrudniej się podrapać. Prawdziwa złośliwość losu, choć Zorstean próbowała go kiedyś przekonać, że taka wyjątkowa wrażliwość jak jego to szczególny dar. Kiedy jej odburknął, gdzie sobie może wsadzić taki dar, nie wpuszczała go do domu, dopóki nie przeprosił.
Krew na powierzchni kryształu zdawała się blednąć, tracić barwę, kształt i konsystencję. Chwilę później ciemnoczerwone plamy znikły zupełnie. Powoli wnętrze kryształu rozjarzyło się tysiącami światełek. Pośrodku pulsowało jedno, rubinowoczerwone.
Altsin wyjął palec z ust.
– Co to jest? I dlaczego to mnie boli palec?
– Miałam tu gdzieś słoik z krwią traszki, ale nie mogłam go znaleźć. Pomyślałam więc, że zastąpię ją posoką innego gada. Zadowolony?
– Nie bardzo. Powinnaś raczej użyć krwi jakiegoś węża. Żmija byłaby idealna.
Uśmiechnęła się.
– Wybacz. Wiesz przecież, że nie cierpię igieł, noży i innych ostrych rzeczy.
– Wiem. A co to jest?
Wskazała na kryształ.