Każde martwe marzenie
- Автор: Вегнер Роберт М.
- Серия: Opowieści z meekhańskiego pogranicza #5
- Год: 2018
- Язык: польский
- Год: Powergraph
- ISBN: 9788364384868
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Każde martwe marzenie». Краткое содержание книги:
Kregan-ber-Arlens milczał tak długo, aż hrabina pomyślała, że zasnął.
— Bezsilność. Poczucie, że nie wiem, z kim walczę. Rozstawiłem swoje piony na tarczy, wojska, czarowników, a nadal nie wiem, z kim i o co toczy się gra.
Przytuliła się. Mocno.
— Mimo wszystko cieszę się, że to akurat ciebie teraz mamy. Na tronie. Odwiedzisz nas w Lawenhorwen? Dzieci tęsknią.
— Wiesz, że teraz nic z tego?
— Wiem. Ale musiałam zapytać. Kiedy?
— Jak wszystko wróci do normy — obiecał. — Jak już wszystko będzie w porządku. Albo chociaż jak już uda nam się odnaleźć i wyciągnąć Laskolnyka z tego południowego kotła i założyć mu wędzidło. Bo nie wierzę, żeby ten sukinsyn dał się zabić. Wtedy przyjadę. Na dzień albo dwa.
Część II
Pęknięty mur
Rozdział 21
Kailean spięła konia i dmuchając w gwizdek ile sił, zawróciła niemal w miejscu i runęła galopem do tyłu. Byle dalej od ściany ognia, która za chwilę wyrośnie tam, gdzie znalazłby się jej szarżujący oddział, byle dalej od ognistego kręgu, od piekielnej pożogi, uniemożliwiającej jej ludziom dopadnięcie czarowników i wyprucie z nich flaków. Odwróciła się w siodle i posłała za siebie trzy strzały, wszystkie zaskwierczały i zniknęły w krótkim błysku, z jakim pożarły je wyrastające z ziemi płomienie. Kilku innych jeźdźców powtórzyło jej atak z identycznym skutkiem.
Ale przynajmniej męczyli magów, a po to tutaj, do cholery, byli.
Odskoczyli cwałem, przyklejeni do końskich karków, nie marnując już pocisków. Zatrzymali się dopiero przy linii drzew. Wyrównali szyk, rzucając wokół uradowane spojrzenia. Znów im się udało, nikt nie dostał strzałą, nikt nie zapędził się tak blisko wroga, by wpaść w magiczne płomienie, żaden koń nie złamał nogi, szarżując po nierównym gruncie. Kilka spojrzeń i uśmiechów było chyba przeznaczonych właśnie dla niej, ale Kailean nie miała sił ani ochoty pławić się w blasku uznania. Jeszcze nie dokończyli roboty.
Za plecami otwierał im się widok na rozległą połać wypalonej dżungli, poczerniała ziemia strzelająca tu i ówdzie w górę kikutami zwęglonych pni. Dym, kurz podniesiony końskimi kopytami i śmierdzące opary snuły się tuż nad gruntem. Jakieś pięćset jardów dalej, na szczycie niewielkiego wzniesienia, ukoronowanego teraz niskim wałem i byle jak zbitym częstokołem, rozsiedli się czarownicy. Kilku, nie więcej niż pół tuzina, osłaniani przez kilkudziesięciu zdesperowanych żołnierzy.
Mimo zmęczenia uśmiechnęła się ponuro. Nie wyszedł wam ten atak, bękarty. Prawda? Nic nie poszło tak, jak powinno.
Rozejrzała się, łapiąc kilka wyczekujących spojrzeń. Jej oddział. Trzydziestu kilku jeźdźców, których przydzielił jej Pore Lun Dharo, głównie weteranów wielkiej wojny z koczownikami, mężczyzn, z których każdy mógłby być jej ojcem. Taka była właśnie niewolnicza kawaleria: zbieranina Se-kohlandczyków, wojowników różnych stepowych plemion i meekhańskich żołnierzy.
Weterani. Zawodowi żołnierze i szkoleni od dziecka jeźdźcy. Doświadczeni i otrzaskani z wojną.
Z początku za cholerę nie chcieli jej słuchać.
W pierwszym ataku pięciu z nich upiekło się żywcem w magicznych płomieniach, bo zignorowali jej rozkaz, w drugim i trzecim straciła jeszcze po jednym głupcu. Później nauczyli jej się ufać, czy też raczej uwierzyli w jej umiejętności. Uwierzyli, że ta jasnowłosa gówniara, wyglądająca na wielkim ogierze trochę jak szlacheckie dziecko wybierające się na wycieczkę, naprawdę jest częścią czaardanu Laskolnyka i naprawdę potrafi wyczuć, gdzie uderzy magia.
Berdeth skomlał i powarkiwał gdzieś w głębi jej umysłu. Świat oglądany dzięki połączeniu z duchem psa miał mniej barw, za to intensywniejsze zapachy, oraz nabierał większej głębi. Widziała… nie, to nie było dobre określenie, nie tyle widziała, ile smakowała, czuła w nosie i ustach gromadzącą się Moc. I tuż przed jej wyładowaniem, przed eksplozją żaru, który zdawał się podpalać samą ziemię, dostrzegała ciemne smugi wiszące w powietrzu, widziała, jak splatają się, tańczą i nagle, niczym ściśnięte potężną pięścią, kurczą do cienkich nitek, by w chwilę później eksplodować ogniem.
Ta chwila wystarczyła, by mogli unikać magicznych ataków. I by jej oddział nabrał do niej zaufania. Ale ceną za to było życie kilku ludzi.
— Męczą się, sucze bękarty, tfu… Zmniejszają zasięg…
Mężczyzna, który rzucił te kilka słów, przerwanych solidnym splunięciem, był jej oficjalnym zastępcą. Przedstawił się jako Garniec i to musiało jej wystarczyć. Nie wyglądał na kawalerzystę: niski, dwa razy szerszy w barach niż ona, z długimi rękami i krótkimi nogami, przypominał jakiegoś karła-uciekiniera z trupy teatralnej, ale na koniu trzymał się jak wrośnięty w siodło.
— Zmniejszają — przyznała obojętnie. — Ale to wciąż za dużo. Ile macie strzał?
— Osiem… tuzin… sześć… dziewięć… — posypały się odpowiedzi.
Połowa jeźdźców miała łuki, zdobyte głównie na Słowikach, bardzo zresztą dobre, ale z pociskami zaczynało być krucho. Zbliżyli się już do pozycji czarowników na zasięg strzału, posyłali im więc za każdym razem po kilka upominków, by zmusić magów do większej koncentracji i dłuższego korzystania z Mocy. Zmęczony czarownik to martwy czarownik, a oni bardzo chcieli pozabijać tych kurwich synów.
Gdzieś z boku, zza kłębów dymu i wilgotnych oparów, którymi kaziła powietrze poparzona ziemia, usłyszeli wrzaski i narastający tętent kopyt. Kolejna grupa powstańczej konnicy szła do ataku. Sądząc po przeciągłym, wwiercającym się w uszy okrzyku bojowym, na jej czele stała Daghena. Powinna zająć czarowników na kilka dłuższych chwil.
— Ty. — Kailean wskazała najmłodszego z oddziału, — Tak, ty. Jak masz na imię?
— Awon.
Mężczyzna, który i tak wyglądał na starszego od niej o dobre dziesięć lat, uśmiechnął się, zakłopotany. Zupełnie jakby krępowało go już to, że tylko zwróciła na niego uwagę.
— Dobrze, Awon. Pojedziesz do tego waszego Błyskawicy i przywieziesz co najmniej dziesięć kołczanów. Pełnych kołczanów. Galopem.