Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Фэнтези » Każde martwe marzenie
Każde martwe marzenie - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Każde martwe marzenie

Электронная книга - «Każde martwe marzenie». Краткое содержание книги:

Każde martwe marzenie
1 ... 95 96 97 98 99 100 101 102 103 ... 210
Перейти на страницу:

Kre­gan-ber-Ar­lens mil­czał tak dłu­go, aż hra­bi­na po­my­śla­ła, że za­snął.

— Bez­sil­ność. Po­czu­cie, że nie wiem, z kim wal­czę. Roz­sta­wi­łem swo­je pio­ny na tar­czy, woj­ska, cza­row­ni­ków, a na­dal nie wiem, z kim i o co to­czy się gra.

Przy­tu­li­ła się. Moc­no.

— Mimo wszyst­ko cie­szę się, że to aku­rat cie­bie te­raz mamy. Na tro­nie. Od­wie­dzisz nas w La­wen­hor­wen? Dzie­ci tę­sk­nią.

— Wiesz, że te­raz nic z tego?

— Wiem. Ale mu­sia­łam za­py­tać. Kie­dy?

— Jak wszyst­ko wró­ci do nor­my — obie­cał. — Jak już wszyst­ko bę­dzie w po­rząd­ku. Albo cho­ciaż jak już uda nam się od­na­leźć i wy­cią­gnąć La­skol­ny­ka z tego po­łu­dnio­we­go ko­tła i za­ło­żyć mu wę­dzi­dło. Bo nie wie­rzę, żeby ten su­kin­syn dał się za­bić. Wte­dy przy­ja­dę. Na dzień albo dwa.

Część II

Pęknięty mur

Rozdział 21

Ka­ile­an spię­ła ko­nia i dmu­cha­jąc w gwiz­dek ile sił, za­wró­ci­ła nie­mal w miej­scu i ru­nę­ła ga­lo­pem do tyłu. Byle da­lej od ścia­ny ognia, któ­ra za chwi­lę wy­ro­śnie tam, gdzie zna­la­zł­by się jej szar­żu­ją­cy od­dział, byle da­lej od ogni­ste­go krę­gu, od pie­kiel­nej po­żo­gi, unie­moż­li­wia­ją­cej jej lu­dziom do­pad­nię­cie cza­row­ni­ków i wy­pru­cie z nich fla­ków. Od­wró­ci­ła się w sio­dle i po­sła­ła za sie­bie trzy strza­ły, wszyst­kie za­skwier­cza­ły i znik­nę­ły w krót­kim bły­sku, z ja­kim po­żar­ły je wy­ra­sta­ją­ce z zie­mi pło­mie­nie. Kil­ku in­nych jeźdź­ców po­wtó­rzy­ło jej atak z iden­tycz­nym skut­kiem.

Ale przy­naj­mniej mę­czy­li ma­gów, a po to tu­taj, do cho­le­ry, byli.

Od­sko­czy­li cwa­łem, przy­kle­je­ni do koń­skich kar­ków, nie mar­nu­jąc już po­ci­sków. Za­trzy­ma­li się do­pie­ro przy li­nii drzew. Wy­rów­na­li szyk, rzu­ca­jąc wo­kół ura­do­wa­ne spoj­rze­nia. Znów im się uda­ło, nikt nie do­stał strza­łą, nikt nie za­pę­dził się tak bli­sko wro­ga, by wpaść w ma­gicz­ne pło­mie­nie, ża­den koń nie zła­mał nogi, szar­żu­jąc po nie­rów­nym grun­cie. Kil­ka spoj­rzeń i uśmie­chów było chy­ba prze­zna­czo­nych wła­śnie dla niej, ale Ka­ile­an nie mia­ła sił ani ocho­ty pła­wić się w bla­sku uzna­nia. Jesz­cze nie do­koń­czy­li ro­bo­ty.

Za ple­ca­mi otwie­rał im się wi­dok na roz­le­głą po­łać wy­pa­lo­nej dżun­gli, po­czer­nia­ła zie­mia strze­la­ją­ca tu i ów­dzie w górę ki­ku­ta­mi zwę­glo­nych pni. Dym, kurz pod­nie­sio­ny koń­ski­mi ko­py­ta­mi i śmier­dzą­ce opa­ry snu­ły się tuż nad grun­tem. Ja­kieś pięć­set jar­dów da­lej, na szczy­cie nie­wiel­kie­go wznie­sie­nia, uko­ro­no­wa­ne­go te­raz ni­skim wa­łem i byle jak zbi­tym czę­sto­ko­łem, roz­sie­dli się cza­row­ni­cy. Kil­ku, nie wię­cej niż pół tu­zi­na, osła­nia­ni przez kil­ku­dzie­się­ciu zde­spe­ro­wa­nych żoł­nie­rzy.

Mimo zmę­cze­nia uśmiech­nę­ła się po­nu­ro. Nie wy­szedł wam ten atak, bę­kar­ty. Praw­da? Nic nie po­szło tak, jak po­win­no.

Ro­zej­rza­ła się, ła­piąc kil­ka wy­cze­ku­ją­cych spoj­rzeń. Jej od­dział. Trzy­dzie­stu kil­ku jeźdź­ców, któ­rych przy­dzie­lił jej Pore Lun Dha­ro, głów­nie we­te­ra­nów wiel­kiej woj­ny z ko­czow­ni­ka­mi, męż­czyzn, z któ­rych każ­dy mógł­by być jej oj­cem. Taka była wła­śnie nie­wol­ni­cza ka­wa­le­ria: zbie­ra­ni­na Se-koh­land­czy­ków, wo­jow­ni­ków róż­nych ste­po­wych ple­mion i me­ekhań­skich żoł­nie­rzy.

We­te­ra­ni. Za­wo­do­wi żoł­nie­rze i szko­le­ni od dziec­ka jeźdź­cy. Do­świad­cze­ni i otrza­ska­ni z woj­ną.

Z po­cząt­ku za cho­le­rę nie chcie­li jej słu­chać.

W pierw­szym ata­ku pię­ciu z nich upie­kło się żyw­cem w ma­gicz­nych pło­mie­niach, bo zi­gno­ro­wa­li jej roz­kaz, w dru­gim i trze­cim stra­ci­ła jesz­cze po jed­nym głup­cu. Póź­niej na­uczy­li jej się ufać, czy też ra­czej uwie­rzy­li w jej umie­jęt­no­ści. Uwie­rzy­li, że ta ja­sno­wło­sa gów­nia­ra, wy­glą­da­ją­ca na wiel­kim ogie­rze tro­chę jak szla­chec­kie dziec­ko wy­bie­ra­ją­ce się na wy­ciecz­kę, na­praw­dę jest czę­ścią cza­ar­da­nu La­skol­ny­ka i na­praw­dę po­tra­fi wy­czuć, gdzie ude­rzy ma­gia.

Ber­deth skom­lał i po­war­ki­wał gdzieś w głę­bi jej umy­słu. Świat oglą­da­ny dzię­ki po­łą­cze­niu z du­chem psa miał mniej barw, za to in­ten­syw­niej­sze za­pa­chy, oraz na­bie­rał więk­szej głę­bi. Wi­dzia­ła… nie, to nie było do­bre okre­śle­nie, nie tyle wi­dzia­ła, ile sma­ko­wa­ła, czu­ła w no­sie i ustach gro­ma­dzą­cą się Moc. I tuż przed jej wy­ła­do­wa­niem, przed eks­plo­zją żaru, któ­ry zda­wał się pod­pa­lać samą zie­mię, do­strze­ga­ła ciem­ne smu­gi wi­szą­ce w po­wie­trzu, wi­dzia­ła, jak spla­ta­ją się, tań­czą i na­gle, ni­czym ści­śnię­te po­tęż­ną pię­ścią, kur­czą do cien­kich ni­tek, by w chwi­lę póź­niej eks­plo­do­wać ogniem.

Ta chwi­la wy­star­czy­ła, by mo­gli uni­kać ma­gicz­nych ata­ków. I by jej od­dział na­brał do niej za­ufa­nia. Ale ceną za to było ży­cie kil­ku lu­dzi.

— Mę­czą się, su­cze bę­kar­ty, tfu… Zmniej­sza­ją za­sięg…

Męż­czy­zna, któ­ry rzu­cił te kil­ka słów, prze­rwa­nych so­lid­nym splu­nię­ciem, był jej ofi­cjal­nym za­stęp­cą. Przed­sta­wił się jako Gar­niec i to mu­sia­ło jej wy­star­czyć. Nie wy­glą­dał na ka­wa­le­rzy­stę: ni­ski, dwa razy szer­szy w ba­rach niż ona, z dłu­gi­mi rę­ka­mi i krót­ki­mi no­ga­mi, przy­po­mi­nał ja­kie­goś kar­ła-ucie­ki­nie­ra z tru­py te­atral­nej, ale na ko­niu trzy­mał się jak wro­śnię­ty w sio­dło.

— Zmniej­sza­ją — przy­zna­ła obo­jęt­nie. — Ale to wciąż za dużo. Ile ma­cie strzał?

— Osiem… tu­zin… sześć… dzie­więć… — po­sy­pa­ły się od­po­wie­dzi.

Po­ło­wa jeźdź­ców mia­ła łuki, zdo­by­te głów­nie na Sło­wi­kach, bar­dzo zresz­tą do­bre, ale z po­ci­ska­mi za­czy­na­ło być kru­cho. Zbli­ży­li się już do po­zy­cji cza­row­ni­ków na za­sięg strza­łu, po­sy­ła­li im więc za każ­dym ra­zem po kil­ka upo­min­ków, by zmu­sić ma­gów do więk­szej kon­cen­tra­cji i dłuż­sze­go ko­rzy­sta­nia z Mocy. Zmę­czo­ny cza­row­nik to mar­twy cza­row­nik, a oni bar­dzo chcie­li po­za­bi­jać tych kur­wich sy­nów.

Gdzieś z boku, zza kłę­bów dymu i wil­got­nych opa­rów, któ­ry­mi ka­zi­ła po­wie­trze po­pa­rzo­na zie­mia, usły­sze­li wrza­ski i na­ra­sta­ją­cy tę­tent ko­pyt. Ko­lej­na gru­pa po­wstań­czej kon­ni­cy szła do ata­ku. Są­dząc po prze­cią­głym, wwier­ca­ją­cym się w uszy okrzy­ku bo­jo­wym, na jej cze­le sta­ła Da­ghe­na. Po­win­na za­jąć cza­row­ni­ków na kil­ka dłuż­szych chwil.

— Ty. — Ka­ile­an wska­za­ła naj­młod­sze­go z od­dzia­łu, — Tak, ty. Jak masz na imię?

— Awon.

Męż­czy­zna, któ­ry i tak wy­glą­dał na star­sze­go od niej o do­bre dzie­sięć lat, uśmiech­nął się, za­kło­po­ta­ny. Zu­peł­nie jak­by krę­po­wa­ło go już to, że tyl­ko zwró­ci­ła na nie­go uwa­gę.

— Do­brze, Awon. Po­je­dziesz do tego wa­sze­go Bły­ska­wi­cy i przy­wie­ziesz co naj­mniej dzie­sięć koł­cza­nów. Peł­nych koł­cza­nów. Ga­lo­pem.

1 ... 95 96 97 98 99 100 101 102 103 ... 210
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)