Każde martwe marzenie
- Автор: Вегнер Роберт М.
- Серия: Opowieści z meekhańskiego pogranicza #5
- Год: 2018
- Язык: польский
- Год: Powergraph
- ISBN: 9788364384868
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Każde martwe marzenie». Краткое содержание книги:
Jeźdźcy wokół też już stawali w siodłach, szyli z łuków do wnętrza szańca, któryś wychylił się mocno, oparł o wał i dźgał przed siebie włócznią.
Kailean zarejestrowała to mimochodem, teraz miała do zrobienia coś innego, dzikiego i szalonego.
Odbiła się i wskoczyła na wał. Przyklękła, napinając łuk. Zamierzający się na nią czymś w rodzaju glewii piechur zacharczał nagle i padł, trafiony strzałą posłaną przez jednego z jej konnych. Nieważne. Duch psa nie pozwalał jej teraz się zastanawiać, bać, rozważać daremne i nieistotne „co by było gdyby”.
Teraz walczyli.
Dostrzegła ich od razu. Pięciu mężczyzn pod samym szańcem, wszyscy w burych kubrakach i podobnych spodniach, wszyscy otoczeni szaro-czerwonymi pasmami Mocy, którą tkali i karmili potwora pożerającego piechotę Uawari Nahs.
Czas dla niej zwolnił, jakby ktoś wypełnił powietrze płynnym szkłem. Widziała wyraźnie ból i cierpienie na twarzach czarowników. Ich odsłoniętą skórę pokrywały ślady poparzeń, szaty gdzieniegdzie dymiły, włosy jednego z nich zwęgliły się już i przypominały teraz krótką szczecinę. Wszyscy nadużyli Mocy, przez wiele godzin przepuszczając aspektowaną magię przez własne ciała, a teraz, w ostatnim akcie desperackiej obrony, niszczyli je do szczętu.
Byleby zabić jak najwięcej wrogów.
Obłęd. Ale zbyt długo jeździła z czaardanem, zbyt dobrze znała wojnę z tej strony, by tego nie zrozumieć.
I nie docenić.
Strzeliła, raz, drugi i trzeci. Ten ruch – napiąć cięciwę do policzka, cel, strzał, kolejny pocisk, napiąć, cel, strzał, kolejny pocisk… – był wpisany w jej ciało jak oddychanie. Pierwszego maga trafiła idealnie w środek pleców, otaczająca go Moc zamigotała i zgasła. Drugi dostał nieczysto, w brzuch, zawył krótko, a nim upadł, trzecia strzała wbiła się w gardło jego kamrata.
Trzech z pięciu. Dość, by przerwać podtrzymywanie czaru.
Zsunęła się z wału, jednym susem znalazła w siodle, zagwizdała do odwrotu.
Popędzili w stronę lasu, szyjąc ostatnimi strzałami za siebie.
Kailean zerknęła w stronę piechoty. Ognisty całun właśnie przygasał, dwóch zmęczonych magów to za mało, aby go utrzymać, i nagle setka czarnoskórych olbrzymów poderwała się z ziemi, strącając z siebie popiół i resztki żaru, po czym runęła na szaniec.
Jej oddział aż stanął w miejscu, bez rozkazu, bo nie każdy ma choć raz w życiu szansę zobaczyć coś takiego. Uawari Nahs biegli, jakby nasączone wodą pikowane pancerze nic nie ważyły, sadzili długimi susami niczym stado lwów pędzących do rannej ofiary, a z ich piersi wydobywał się przeraźliwy ryk. Dopadli okopu w kilkanaście uderzeń serca, obrońcy ledwo zdążyli posłać im kilka strzał, i po prostu przelali się na drugą stronę. Pierwsi pod wałem znaleźli się tarczownicy, przytulili do niego, unieśli pawęże nad głowy, tworząc szeroki podest znajdujący się ledwo stopę poniżej szczytu szańca. Drugi szereg wojowników z tarczami stanął za nimi, uniósł tarcze, ukląkł, trzeci skulił się, pochylając nisko. W mniej niż trzy, cztery uderzenia serca przed wałem wyrósł rząd schodów utworzonych z ciężkich tarcz, po których reszta piechoty wdarła się do środka.
Szczęk stali, nieludzki wrzask, drgnienie Mocy zdławione w zarodku, dzikie, skomlące wycie urwane w pół tonu. A potem coś, co mogło być ludzką głową, poszybowało zza okopu i turlając się po ziemi, zatrzymało kilkanaście kroków dalej.
I tyle.
Nie było potrzeby ścigania uciekających wrogów, bo z szańca nie uszedł nikt.
* * *
Narada u Kahela-saw-Kirhu odbyła się około południa. Wroga odparto. Obozowisko lizało rany zadane przez ogień i stal. Przez całe przedpołudnie przychodziły wieści o stratach – zabitych i rannych, zniszczonych zapasach, stratowanych polach, wyrżniętych zwierzętach i studniach zanieczyszczonych wrzuconymi do nich ciałami… Litania, którą Kailean wysłuchiwała w namiocie dowódcy niewolniczej armii, była długa i ponura.
A miny Krwawego Kahelle, Pore Lun Dharo i Kor’bena wskazywały na to, że straty te były czymś więcej niż tylko zwykłymi wojennymi kosztami. Dotknęły tych mężczyzn osobiście, jakby to, że ktoś ośmielił się podnieść rękę na ludzi pozostających pod ich protekcją, był równoznaczny z najstraszliwszą obelgą.
Uware Lew trzymał się nieco na uboczu, z dala od pozostałych dowódców, a jego postawa i mina wyrażały coś między zniecierpliwieniem a satysfakcją.
I odkąd Kailean i Laskolnyk weszli do środka, nie odezwał się ani słowem.
Kha-dar też się nie odzywał. Stanął tylko naprzeciw Kahela i patrzył, jak ten porządkuje rozrzucone na stole papiery i pergaminy.
Tak minęło kilka długich minut, w czasie których ponure wieści nieustannie spływały do namiotu dowodzenia, przynoszone przez zmęczonych, czasem pokrwawionych i nieodmiennie pokrytych warstwą brudnego popiołu gońców. Wreszcie Krwawy Kahelle uniósł głowę, spojrzał wprost na Laskolnyka.
— Dziękuję.
Kailean zdziwiła się. Mocno. Sądziła, że spotkają się z wyrzutami i żądaniem pomocy od Meekhanu, że dowódca buntowników, by wstrząsnąć ich sumieniem, rzuci im w twarz te tysiące zabitych. To znaczy, sumieniem Genno Laskolnyka, jednego z najważniejszych ludzi Imperium. Ale zadziwienie błyskawicznie przygasło, stłumione przez obezwładniającą chęć położenia się, zwinięcia w kłębek i zaśnięcia. Ledwo pół godziny temu wyrzuciła Berdetha z głowy.
Odepchnięcie ducha psa od własnej duszy znów przypominało zerwanie zaschniętego, pokrytego strupem opatrunku. Bolało i przyniosło znużenie, jakiego dawno nie czuła. Każda z ostatnich kilkunastu godzin spędzonych w siodle zwaliła się na nią stufuntowym kamieniem. Ubranie lepiło jej się do ciała i śmierdziało, otarcia i siniaki bolały, a długie cięcie na łydce, które zarobiła nie wiedzieć kiedy, piekło. To niesprawiedliwe, że reszta oddziału mogła odpoczywać, a ją Laskolnyk przywlókł tutaj.
No, ale miała robotę do wykonania, więc nie będzie płakać.