Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Фэнтези » Każde martwe marzenie
Każde martwe marzenie - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Każde martwe marzenie

Электронная книга - «Każde martwe marzenie». Краткое содержание книги:

Każde martwe marzenie
1 ... 99 100 101 102 103 104 105 106 107 ... 210
Перейти на страницу:

Jeźdź­cy wo­kół też już sta­wa­li w sio­dłach, szy­li z łu­ków do wnę­trza szań­ca, któ­ryś wy­chy­lił się moc­no, oparł o wał i dźgał przed sie­bie włócz­nią.

Ka­ile­an za­re­je­stro­wa­ła to mi­mo­cho­dem, te­raz mia­ła do zro­bie­nia coś in­ne­go, dzi­kie­go i sza­lo­ne­go.

Od­bi­ła się i wsko­czy­ła na wał. Przy­klę­kła, na­pi­na­jąc łuk. Za­mie­rza­ją­cy się na nią czymś w ro­dza­ju gle­wii pie­chur za­char­czał na­gle i padł, tra­fio­ny strza­łą po­sła­ną przez jed­ne­go z jej kon­nych. Nie­waż­ne. Duch psa nie po­zwa­lał jej te­raz się za­sta­na­wiać, bać, roz­wa­żać da­rem­ne i nie­istot­ne „co by było gdy­by”.

Te­raz wal­czy­li.

Do­strze­gła ich od razu. Pię­ciu męż­czyzn pod sa­mym szań­cem, wszy­scy w bu­rych ku­bra­kach i po­dob­nych spodniach, wszy­scy oto­cze­ni sza­ro-czer­wo­ny­mi pa­sma­mi Mocy, któ­rą tka­li i kar­mi­li po­two­ra po­że­ra­ją­ce­go pie­cho­tę Uawa­ri Nahs.

Czas dla niej zwol­nił, jak­by ktoś wy­peł­nił po­wie­trze płyn­nym szkłem. Wi­dzia­ła wy­raź­nie ból i cier­pie­nie na twa­rzach cza­row­ni­ków. Ich od­sło­nię­tą skó­rę po­kry­wa­ły śla­dy po­pa­rzeń, sza­ty gdzie­nie­gdzie dy­mi­ły, wło­sy jed­ne­go z nich zwę­gli­ły się już i przy­po­mi­na­ły te­raz krót­ką szcze­ci­nę. Wszy­scy nad­uży­li Mocy, przez wie­le go­dzin prze­pusz­cza­jąc aspek­to­wa­ną ma­gię przez wła­sne cia­ła, a te­raz, w ostat­nim ak­cie de­spe­rac­kiej obro­ny, nisz­czy­li je do szczę­tu.

By­le­by za­bić jak naj­wię­cej wro­gów.

Obłęd. Ale zbyt dłu­go jeź­dzi­ła z cza­ar­da­nem, zbyt do­brze zna­ła woj­nę z tej stro­ny, by tego nie zro­zu­mieć.

I nie do­ce­nić.

Strze­li­ła, raz, dru­gi i trze­ci. Ten ruch – na­piąć cię­ci­wę do po­licz­ka, cel, strzał, ko­lej­ny po­cisk, na­piąć, cel, strzał, ko­lej­ny po­cisk… – był wpi­sa­ny w jej cia­ło jak od­dy­cha­nie. Pierw­sze­go maga tra­fi­ła ide­al­nie w śro­dek ple­ców, ota­cza­ją­ca go Moc za­mi­go­ta­ła i zga­sła. Dru­gi do­stał nie­czy­sto, w brzuch, za­wył krót­ko, a nim upadł, trze­cia strza­ła wbi­ła się w gar­dło jego kam­ra­ta.

Trzech z pię­ciu. Dość, by prze­rwać pod­trzy­my­wa­nie cza­ru.

Zsu­nę­ła się z wału, jed­nym su­sem zna­la­zła w sio­dle, za­gwiz­da­ła do od­wro­tu.

Po­pę­dzi­li w stro­nę lasu, szy­jąc ostat­ni­mi strza­ła­mi za sie­bie.

Ka­ile­an zer­k­nę­ła w stro­nę pie­cho­ty. Ogni­sty ca­łun wła­śnie przy­ga­sał, dwóch zmę­czo­nych ma­gów to za mało, aby go utrzy­mać, i na­gle set­ka czar­no­skó­rych ol­brzy­mów po­de­rwa­ła się z zie­mi, strą­ca­jąc z sie­bie po­piół i reszt­ki żaru, po czym ru­nę­ła na sza­niec.

Jej od­dział aż sta­nął w miej­scu, bez roz­ka­zu, bo nie każ­dy ma choć raz w ży­ciu szan­sę zo­ba­czyć coś ta­kie­go. Uawa­ri Nahs bie­gli, jak­by na­są­czo­ne wodą pi­ko­wa­ne pan­ce­rze nic nie wa­ży­ły, sa­dzi­li dłu­gi­mi su­sa­mi ni­czym sta­do lwów pę­dzą­cych do ran­nej ofia­ry, a z ich pier­si wy­do­by­wał się prze­raź­li­wy ryk. Do­pa­dli oko­pu w kil­ka­na­ście ude­rzeń ser­ca, obroń­cy le­d­wo zdą­ży­li po­słać im kil­ka strzał, i po pro­stu prze­la­li się na dru­gą stro­nę. Pierw­si pod wa­łem zna­leź­li się tar­czow­ni­cy, przy­tu­li­li do nie­go, unie­śli pa­wę­że nad gło­wy, two­rząc sze­ro­ki po­dest znaj­du­ją­cy się le­d­wo sto­pę po­ni­żej szczy­tu szań­ca. Dru­gi sze­reg wo­jow­ni­ków z tar­cza­mi sta­nął za nimi, uniósł tar­cze, ukląkł, trze­ci sku­lił się, po­chy­la­jąc ni­sko. W mniej niż trzy, czte­ry ude­rze­nia ser­ca przed wa­łem wy­rósł rząd scho­dów utwo­rzo­nych z cięż­kich tarcz, po któ­rych resz­ta pie­cho­ty wdar­ła się do środ­ka.

Szczęk sta­li, nie­ludz­ki wrzask, drgnie­nie Mocy zdła­wio­ne w za­rod­ku, dzi­kie, skom­lą­ce wy­cie urwa­ne w pół tonu. A po­tem coś, co mo­gło być ludz­ką gło­wą, po­szy­bo­wa­ło zza oko­pu i tur­la­jąc się po zie­mi, za­trzy­ma­ło kil­ka­na­ście kro­ków da­lej.

I tyle.

Nie było po­trze­by ści­ga­nia ucie­ka­ją­cych wro­gów, bo z szań­ca nie uszedł nikt.

* * *

Na­ra­da u Ka­he­la-saw-Kir­hu od­by­ła się oko­ło po­łu­dnia. Wro­ga od­par­to. Obo­zo­wi­sko li­za­ło rany za­da­ne przez ogień i stal. Przez całe przed­po­łu­dnie przy­cho­dzi­ły wie­ści o stra­tach – za­bi­tych i ran­nych, znisz­czo­nych za­pa­sach, stra­to­wa­nych po­lach, wy­rżnię­tych zwie­rzę­tach i stud­niach za­nie­czysz­czo­nych wrzu­co­ny­mi do nich cia­ła­mi… Li­ta­nia, któ­rą Ka­ile­an wy­słu­chi­wa­ła w na­mio­cie do­wód­cy nie­wol­ni­czej ar­mii, była dłu­ga i po­nu­ra.

A miny Krwa­we­go Ka­hel­le, Pore Lun Dha­ro i Kor’bena wska­zy­wa­ły na to, że stra­ty te były czymś wię­cej niż tyl­ko zwy­kły­mi wo­jen­ny­mi kosz­ta­mi. Do­tknę­ły tych męż­czyzn oso­bi­ście, jak­by to, że ktoś ośmie­lił się pod­nieść rękę na lu­dzi po­zo­sta­ją­cych pod ich pro­tek­cją, był rów­no­znacz­ny z naj­strasz­liw­szą obe­lgą.

Uwa­re Lew trzy­mał się nie­co na ubo­czu, z dala od po­zo­sta­łych do­wód­ców, a jego po­sta­wa i mina wy­ra­ża­ły coś mię­dzy znie­cier­pli­wie­niem a sa­tys­fak­cją.

I od­kąd Ka­ile­an i La­skol­nyk we­szli do środ­ka, nie ode­zwał się ani sło­wem.

Kha-dar też się nie od­zy­wał. Sta­nął tyl­ko na­prze­ciw Ka­he­la i pa­trzył, jak ten po­rząd­ku­je roz­rzu­co­ne na sto­le pa­pie­ry i per­ga­mi­ny.

Tak mi­nę­ło kil­ka dłu­gich mi­nut, w cza­sie któ­rych po­nu­re wie­ści nie­ustan­nie spły­wa­ły do na­mio­tu do­wo­dze­nia, przy­no­szo­ne przez zmę­czo­nych, cza­sem po­krwa­wio­nych i nie­odmien­nie po­kry­tych war­stwą brud­ne­go po­pio­łu goń­ców. Wresz­cie Krwa­wy Ka­hel­le uniósł gło­wę, spoj­rzał wprost na La­skol­ny­ka.

— Dzię­ku­ję.

Ka­ile­an zdzi­wi­ła się. Moc­no. Są­dzi­ła, że spo­tka­ją się z wy­rzu­ta­mi i żą­da­niem po­mo­cy od Me­ekha­nu, że do­wód­ca bun­tow­ni­ków, by wstrzą­snąć ich su­mie­niem, rzu­ci im w twarz te ty­sią­ce za­bi­tych. To zna­czy, su­mie­niem Gen­no La­skol­ny­ka, jed­ne­go z naj­waż­niej­szych lu­dzi Im­pe­rium. Ale za­dzi­wie­nie bły­ska­wicz­nie przy­ga­sło, stłu­mio­ne przez obez­wład­nia­ją­cą chęć po­ło­że­nia się, zwi­nię­cia w kłę­bek i za­śnię­cia. Le­d­wo pół go­dzi­ny temu wy­rzu­ci­ła Ber­de­tha z gło­wy.

Ode­pchnię­cie du­cha psa od wła­snej du­szy znów przy­po­mi­na­ło ze­rwa­nie za­schnię­te­go, po­kry­te­go stru­pem opa­trun­ku. Bo­la­ło i przy­nio­sło znu­że­nie, ja­kie­go daw­no nie czu­ła. Każ­da z ostat­nich kil­ku­na­stu go­dzin spę­dzo­nych w sio­dle zwa­li­ła się na nią stu­fun­to­wym ka­mie­niem. Ubra­nie le­pi­ło jej się do cia­ła i śmier­dzia­ło, otar­cia i si­nia­ki bo­la­ły, a dłu­gie cię­cie na łyd­ce, któ­re za­ro­bi­ła nie wie­dzieć kie­dy, pie­kło. To nie­spra­wie­dli­we, że resz­ta od­dzia­łu mo­gła od­po­czy­wać, a ją La­skol­nyk przy­wlókł tu­taj.

No, ale mia­ła ro­bo­tę do wy­ko­na­nia, więc nie bę­dzie pła­kać.

1 ... 99 100 101 102 103 104 105 106 107 ... 210
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)