Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Фэнтези » Każde martwe marzenie
Każde martwe marzenie - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Każde martwe marzenie

Электронная книга - «Każde martwe marzenie». Краткое содержание книги:

Każde martwe marzenie
1 ... 97 98 99 100 101 102 103 104 105 ... 210
Перейти на страницу:

Te­raz, ran­kiem, zo­sta­ło tyl­ko kil­ka punk­tów opo­ru.

Ta­kich jak ten.

Wiatr roz­wiał na chwi­lę kłę­by dymu i uj­rze­li, jak po dru­giej stro­nie wy­pa­lo­nej po­la­ny pę­dzi kil­ku­dzie­się­ciu jeźdź­ców, raz po raz szy­ją­cych z łu­ków w stro­nę pro­wi­zo­rycz­nych umoc­nień wro­ga. Przed ata­ku­ją­cy­mi po­ja­wi­ła się na­gle ścia­na pło­mie­ni, wy­so­ka na kil­ka łok­ci i może dwa razy szer­sza, ale po chwi­li za­mi­go­ta­ła i zga­sła, przy­kry­ta gę­stym jak śmie­ta­na tu­ma­nem mgły, któ­ry zma­te­ria­li­zo­wał się zni­kąd i po­żarł ją w mgnie­niu oka. Dag sza­la­ła. Jej jeźdź­cy za­gwiz­da­li, za­hu­ka­li kpią­co i od­bi­li w lewo, w stro­nę lasu.

Ka­ile­an za­trzy­ma­ła od­dział unie­sio­ną ręką, oce­ni­ła od­le­głość, na któ­rą zbli­ży­ła się do prze­ciw­ni­ka gru­pa Da­ghe­ny. Dwie­ście pięć­dzie­siąt jar­dów? Może na­wet mniej. Cza­row­ni­cy mu­sie­li być na­praw­dę zmę­cze­ni. I zde­spe­ro­wa­ni.

De­spe­ra­cja i cza­ry. Cud­nie.

Za­krę­ci­ła dło­nią w po­wie­trzu.

— Go­tuj się!

Nie mu­sia­ła się oglą­dać, by wie­dzieć, że jeźdź­cy za nią pro­stu­ją się w sio­dłach, po­waż­nie­ją, po­pra­wia­ją po­ci­ski na cię­ci­wach.

— Sta­aać! Stać i cze­kać!

Wy­sła­ny po strza­ły jeź­dziec wy­ło­nił się z lasu w to­wa­rzy­stwie La­skol­ny­ka i kil­ku in­nych kon­nych.

— Kha-dar?

— Koń­czy­my, có­ruch­na. — Wódz cza­ar­da­nu wy­glą­dał na rów­nie zmę­czo­ne­go jak ona. — Ka­hel-saw-Kir­hu chce zdła­wić te reszt­ki do po­łu­dnia. Za­raz ich do­bi­je­my.

— My?

Ro­zej­rza­ła się wy­mow­nie po swo­im od­dzia­le. Tro­chę ich było mało jak na głów­ne ude­rze­nie. Jeźdź­cy jej i Da­ghe­ny mo­gli dać cza­row­ni­kom za­ję­cie, nie po­zwo­lić im się wy­mknąć ani od­po­cząć, ale samo star­cie z oko­pa­ną pie­cho­tą mo­gło kosz­to­wać zbyt wie­le. I wła­ści­wie od kie­dy to Gen­no La­skol­nyk przyj­mo­wał roz­ka­zy od ja­kie­goś po­rucz­ni­ka?

— Nie my. My im tyl­ko uła­twia­my ro­bo­tę. Idą oni. — Kha-dar wska­zał skraj lasu.

Wy­ła­nia­li się szóst­ka­mi, jak­by wy­plu­wał ich mrok przy­cza­jo­ny pod ko­ro­na­mi drzew. Po­tęż­ni, czar­ni jak noc, pra­wie nadzy, je­śli nie li­czyć prze­pa­sek na bio­drach. W dło­niach trzy­ma­li broń wy­glą­da­ją­cą jak kosy na krót­kich drzew­cach, za­opa­trzo­ne do­dat­ko­wo w ha­ko­wa­ty szpi­ku­lec w dol­nej czę­ści ostrza.

Uawa­ri Nahs. Dwa razy tej nocy Ka­ile­an wi­dzia­ła, jak wal­czą, raz z cięż­ką pie­cho­tą, raz z ka­wa­le­rią. Prze­cho­dzi­li przez szyk wro­ga ni­czym żni­wia­rze przez doj­rza­łe pole, ich kosy roz­łu­py­wa­ły tar­cze, pan­ce­rze i cia­ła, na jej oczach je­den z czar­nych wo­jow­ni­ków sze­ro­kim cię­ciem roz­rą­bał ko­nia w pół, od­ci­na­jąc zad zwie­rzę­cia tuż za sio­dłem. Tyl­ko że wte­dy no­si­li skó­rza­ne na­pier­śni­ki i heł­my.

— Będą szli goli? To może za­bo­leć.

— Ci­cho, dziew­czy­no. Patrz. I ucz się.

Po­ja­wi­ła się gru­pa tra­ga­rzy, któ­rzy na dłu­gich drą­gach nie­śli pi­ko­wa­ne pan­ce­rze i dzba­ny peł­ne wody. Wo­jow­ni­cy bez sło­wa za­czę­li za­kła­dać gru­be spodnie i się­ga­ją­ce po­ni­żej ko­lan ka­fta­ny z dłu­gi­mi rę­ka­wa­mi, owi­ja­li gło­wy jar­da­mi ma­te­ria­łu, zo­sta­wia­jąc tyl­ko szcze­li­ny na oczy. Ca­łość po­le­wa­no ob­fi­cie wodą. Część pod­nio­sła też wiel­kie, ob­cią­gnię­te na­mo­czo­ną tka­ni­ną tar­cze.

— Zna­ją się na ro­bo­cie, co, kha-dar?

— Wal­czy­li już z cza­row­ni­ka­mi z Da­le­kie­go Po­łu­dnia. Tu­taj, ze wzglę­du na Oko do­mi­nu­ją aspek­ty zwią­za­ne z ogniem. Ma to swo­je moc­ne i sła­be stro­ny. I… cze­kaj. Sama za­py­tasz.

Je­den z wo­jow­ni­ków pod­szedł do nich, wy­raź­nie chlu­po­cząc i zo­sta­wia­jąc na spa­lo­nej zie­mi mo­kry ślad. Psia­krew, ależ był wiel­ki, Ka­ile­an sie­dzia­ła na ko­niu, a i tak była le­d­wo ciut wyż­sza.

— Z po­cząt­ku pój­dzie­my po­wo­li, dziew­czy­no — Uawa­ri Nahs od­sło­nił twarz i zwró­cił się do niej w me­ekhu, choć jego im­pe­rial­ny był szorst­ki i chro­pa­wy — bo w tym nie da się dłu­go bie­gać. Na jaką od­le­głość rzu­ca­ją cza­ry?

Spoj­rza­ła na La­skol­ny­ka, uno­sząc brwi.

— Po­wie­dzia­łem im, że ty i Dag tu do­wo­dzi­cie.

— No tak. Wi­dzisz tam­te pnie? — Wska­za­ła kil­ka na wpół zwę­glo­nych ki­ku­tów mniej wię­cej w po­ło­wie dro­gi do szań­ców. — Od go­dzi­ny nie rzu­ci­li cza­ru da­lej niż do tego miej­sca.

— Mogą uda­wać?

— A ty byś uda­wał?

Na czar­nym ob­li­czu wy­kwitł per­ło­wy uśmiech. No tak. Woj­na to ta­niec pod­stę­pów.

Przy­po­mnia­ła so­bie po­czą­tek star­cia. Moc zbie­ra­ła się wte­dy szyb­ko, w jed­no, dwa ude­rze­nia ser­ca, a jej pa­sma w mgnie­niu oka krze­pły w wą­skie nici. Same pło­mie­nie były wy­so­kie i sze­ro­kie, a ścia­ny ognia pró­bo­wa­ły na­wet go­nić za ucie­ka­ją­cą jaz­dą. Te­raz mię­dzy kon­cen­tra­cją aspek­to­wa­nych przez ogień cza­rów a wy­bu­chem pło­mie­ni mi­ja­ło kil­ka chwil, a sam pro­ces ini­cjo­wa­nia ognia trwał trzy razy dłu­żej. Kil­ka­krot­nie na­wet nie do­szedł do skut­ku.

— Nie uda­ją — stwier­dzi­ła sta­now­czo. — Ale…

— Ran­na hie­na w no­rze jest groź­niej­sza niż sum­bre wal­czą­cy o sa­mi­cę.

— No, mniej wię­cej, co­kol­wiek to jest. Do tych pni mo­że­cie iść po­wo­li, po­tem jed­nak ra­dzę biec. Za­tań­czy­my z nimi, zaj­mie­my uwa­gę, może zmę­czy­my jesz­cze tro­chę. Ale resz­ta bę­dzie w wa­szych rę­kach, i no­gach też. — Od­wró­ci­ła się do La­skol­ny­ka. — Strza­ły by się przy­da­ły, kha-dar.

Do­wód­ca bez sło­wa się­gnął do koł­cza­nu i po­dał jej garść po­ci­sków. To­wa­rzy­szą­cy mu jeźdź­cy rów­nież się po­dzie­li­li. Te­raz jej od­dział miał po tu­zin strzał na łuk. Mu­sia­ło wy­star­czyć.

Od­wró­ci­ła się do czar­ne­go wo­jow­ni­ka.

— Jak będą chcie­li wal­nąć w was cza­ra­mi, dam taki znak. — Unio­sła w górę rękę z łu­kiem. — Bę­dzie­cie mie­li ude­rze­nie ser­ca, żeby zro­bić to, co w ta­kiej chwi­li ro­bi­cie. Są zmę­cze­ni, więc my­ślę, że do­pusz­czą was jak naj­bli­żej i w ostat­niej chwi­li uży­ją wszyst­kie­go, co im jesz­cze zo­sta­ło.

Uawa­ri Nahs ski­nął gło­wą, tym ra­zem bez uśmie­chu.

— Do­brze. Bę­dzie­my pa­trzeć. Ude­rzy­my na śro­dek, po­tem wy pil­nuj­cie, żeby nikt nie uciekł do lasu.

Wzru­szy­ła ra­mio­na­mi.

— Nie ucz mnie na ko­niu sie­dzieć.

Skrzy­wił się tyl­ko i bez sło­wa po­drep­tał ku swo­im. Wil­got­ny ślad cią­gnął się za nim jak śluz za wiel­kim śli­ma­kiem.

— Wszy­scy cali, kha-dar?

La­skol­nyk pod­krę­cił wąsa.

— Lea do­sta­ła strza­łę, ale kol­czu­ga wy­trzy­ma­ła, ma tyl­ko obi­te że­bra. Jan­ne po­zwo­lił się dra­snąć w nogę. Nic groź­ne­go, je­śli nie wda się za­ka­że­nie. Ale z Sar­de­nem jest źle.

Dziew­czy­na po­czu­ła szarp­nię­cie nie­po­ko­ju. Ko­ci­mięt­ka?

— Co z nim?

Kha-dar uśmiech­nął się sa­my­mi ocza­mi.

1 ... 97 98 99 100 101 102 103 104 105 ... 210
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)