Każde martwe marzenie
- Автор: Вегнер Роберт М.
- Серия: Opowieści z meekhańskiego pogranicza #5
- Год: 2018
- Язык: польский
- Год: Powergraph
- ISBN: 9788364384868
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Każde martwe marzenie». Краткое содержание книги:
Teraz, rankiem, zostało tylko kilka punktów oporu.
Takich jak ten.
Wiatr rozwiał na chwilę kłęby dymu i ujrzeli, jak po drugiej stronie wypalonej polany pędzi kilkudziesięciu jeźdźców, raz po raz szyjących z łuków w stronę prowizorycznych umocnień wroga. Przed atakującymi pojawiła się nagle ściana płomieni, wysoka na kilka łokci i może dwa razy szersza, ale po chwili zamigotała i zgasła, przykryta gęstym jak śmietana tumanem mgły, który zmaterializował się znikąd i pożarł ją w mgnieniu oka. Dag szalała. Jej jeźdźcy zagwizdali, zahukali kpiąco i odbili w lewo, w stronę lasu.
Kailean zatrzymała oddział uniesioną ręką, oceniła odległość, na którą zbliżyła się do przeciwnika grupa Dagheny. Dwieście pięćdziesiąt jardów? Może nawet mniej. Czarownicy musieli być naprawdę zmęczeni. I zdesperowani.
Desperacja i czary. Cudnie.
Zakręciła dłonią w powietrzu.
— Gotuj się!
Nie musiała się oglądać, by wiedzieć, że jeźdźcy za nią prostują się w siodłach, poważnieją, poprawiają pociski na cięciwach.
— Staaać! Stać i czekać!
Wysłany po strzały jeździec wyłonił się z lasu w towarzystwie Laskolnyka i kilku innych konnych.
— Kha-dar?
— Kończymy, córuchna. — Wódz czaardanu wyglądał na równie zmęczonego jak ona. — Kahel-saw-Kirhu chce zdławić te resztki do południa. Zaraz ich dobijemy.
— My?
Rozejrzała się wymownie po swoim oddziale. Trochę ich było mało jak na główne uderzenie. Jeźdźcy jej i Dagheny mogli dać czarownikom zajęcie, nie pozwolić im się wymknąć ani odpocząć, ale samo starcie z okopaną piechotą mogło kosztować zbyt wiele. I właściwie od kiedy to Genno Laskolnyk przyjmował rozkazy od jakiegoś porucznika?
— Nie my. My im tylko ułatwiamy robotę. Idą oni. — Kha-dar wskazał skraj lasu.
Wyłaniali się szóstkami, jakby wypluwał ich mrok przyczajony pod koronami drzew. Potężni, czarni jak noc, prawie nadzy, jeśli nie liczyć przepasek na biodrach. W dłoniach trzymali broń wyglądającą jak kosy na krótkich drzewcach, zaopatrzone dodatkowo w hakowaty szpikulec w dolnej części ostrza.
Uawari Nahs. Dwa razy tej nocy Kailean widziała, jak walczą, raz z ciężką piechotą, raz z kawalerią. Przechodzili przez szyk wroga niczym żniwiarze przez dojrzałe pole, ich kosy rozłupywały tarcze, pancerze i ciała, na jej oczach jeden z czarnych wojowników szerokim cięciem rozrąbał konia w pół, odcinając zad zwierzęcia tuż za siodłem. Tylko że wtedy nosili skórzane napierśniki i hełmy.
— Będą szli goli? To może zaboleć.
— Cicho, dziewczyno. Patrz. I ucz się.
Pojawiła się grupa tragarzy, którzy na długich drągach nieśli pikowane pancerze i dzbany pełne wody. Wojownicy bez słowa zaczęli zakładać grube spodnie i sięgające poniżej kolan kaftany z długimi rękawami, owijali głowy jardami materiału, zostawiając tylko szczeliny na oczy. Całość polewano obficie wodą. Część podniosła też wielkie, obciągnięte namoczoną tkaniną tarcze.
— Znają się na robocie, co, kha-dar?
— Walczyli już z czarownikami z Dalekiego Południa. Tutaj, ze względu na Oko dominują aspekty związane z ogniem. Ma to swoje mocne i słabe strony. I… czekaj. Sama zapytasz.
Jeden z wojowników podszedł do nich, wyraźnie chlupocząc i zostawiając na spalonej ziemi mokry ślad. Psiakrew, ależ był wielki, Kailean siedziała na koniu, a i tak była ledwo ciut wyższa.
— Z początku pójdziemy powoli, dziewczyno — Uawari Nahs odsłonił twarz i zwrócił się do niej w meekhu, choć jego imperialny był szorstki i chropawy — bo w tym nie da się długo biegać. Na jaką odległość rzucają czary?
Spojrzała na Laskolnyka, unosząc brwi.
— Powiedziałem im, że ty i Dag tu dowodzicie.
— No tak. Widzisz tamte pnie? — Wskazała kilka na wpół zwęglonych kikutów mniej więcej w połowie drogi do szańców. — Od godziny nie rzucili czaru dalej niż do tego miejsca.
— Mogą udawać?
— A ty byś udawał?
Na czarnym obliczu wykwitł perłowy uśmiech. No tak. Wojna to taniec podstępów.
Przypomniała sobie początek starcia. Moc zbierała się wtedy szybko, w jedno, dwa uderzenia serca, a jej pasma w mgnieniu oka krzepły w wąskie nici. Same płomienie były wysokie i szerokie, a ściany ognia próbowały nawet gonić za uciekającą jazdą. Teraz między koncentracją aspektowanych przez ogień czarów a wybuchem płomieni mijało kilka chwil, a sam proces inicjowania ognia trwał trzy razy dłużej. Kilkakrotnie nawet nie doszedł do skutku.
— Nie udają — stwierdziła stanowczo. — Ale…
— Ranna hiena w norze jest groźniejsza niż sumbre walczący o samicę.
— No, mniej więcej, cokolwiek to jest. Do tych pni możecie iść powoli, potem jednak radzę biec. Zatańczymy z nimi, zajmiemy uwagę, może zmęczymy jeszcze trochę. Ale reszta będzie w waszych rękach, i nogach też. — Odwróciła się do Laskolnyka. — Strzały by się przydały, kha-dar.
Dowódca bez słowa sięgnął do kołczanu i podał jej garść pocisków. Towarzyszący mu jeźdźcy również się podzielili. Teraz jej oddział miał po tuzin strzał na łuk. Musiało wystarczyć.
Odwróciła się do czarnego wojownika.
— Jak będą chcieli walnąć w was czarami, dam taki znak. — Uniosła w górę rękę z łukiem. — Będziecie mieli uderzenie serca, żeby zrobić to, co w takiej chwili robicie. Są zmęczeni, więc myślę, że dopuszczą was jak najbliżej i w ostatniej chwili użyją wszystkiego, co im jeszcze zostało.
Uawari Nahs skinął głową, tym razem bez uśmiechu.
— Dobrze. Będziemy patrzeć. Uderzymy na środek, potem wy pilnujcie, żeby nikt nie uciekł do lasu.
Wzruszyła ramionami.
— Nie ucz mnie na koniu siedzieć.
Skrzywił się tylko i bez słowa podreptał ku swoim. Wilgotny ślad ciągnął się za nim jak śluz za wielkim ślimakiem.
— Wszyscy cali, kha-dar?
Laskolnyk podkręcił wąsa.
— Lea dostała strzałę, ale kolczuga wytrzymała, ma tylko obite żebra. Janne pozwolił się drasnąć w nogę. Nic groźnego, jeśli nie wda się zakażenie. Ale z Sardenem jest źle.
Dziewczyna poczuła szarpnięcie niepokoju. Kocimiętka?
— Co z nim?
Kha-dar uśmiechnął się samymi oczami.