Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Фэнтези » Każde martwe marzenie
Każde martwe marzenie - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Każde martwe marzenie

Электронная книга - «Każde martwe marzenie». Краткое содержание книги:

Każde martwe marzenie
1 ... 96 97 98 99 100 101 102 103 104 ... 210
Перейти на страницу:

— Ale…

— Ga­lo­pem! Ale już! — wark­nę­ła, a Ber­deth po­łą­czo­ny z jej du­szą za­wtó­ro­wał jej głu­cho. On le­piej ro­zu­miał te sam­cze spra­wy, hie­rar­chie i to, że dla czę­ści tych jeźdź­ców przyj­mo­wa­nie roz­ka­zów od ja­kiejś dziew­ki na­dal było czymś nie­na­tu­ral­nym. Mia­ła ocho­tę sko­czyć temu głup­co­wi do gar­dła i w krót­kim star­ciu na kły i pa­zu­ry wy­ja­śnić raz na za­wsze, kto tu rzą­dzi.

Otrzą­snę­ła się.

Za dłu­go, zbyt moc­no splą­ta­ła wła­sną du­szę z du­chem psa. Wal­czy­li cały wie­czór, po­tem całą noc, szar­piąc się w ciem­no­ściach, ata­ku­jąc i od­ska­ku­jąc od cięż­kiej pie­cho­ty w łu­sko­wych pan­cer­zach i pła­skich heł­mach, ści­na­jąc z jeźdź­ca­mi w na­rzu­co­nych na kol­czu­gi, bar­wio­nych na błę­kit ja­kach. Gu­biąc się w ciem­no­ściach i od­naj­du­jąc ja­kimś cu­dem, wpa­da­jąc na wro­ga zu­peł­nie znie­nac­ka i bę­dąc przez nie­go za­ska­ki­wa­nym. A wszyst­ko w pie­kle noc­nej wal­ki w dżun­gli, w mro­ku po­tę­go­wa­nym kłę­ba­mi dymu prze­świe­tlo­ny­mi od cza­su do cza­su szkar­łat­ną po­żo­gą pło­mie­ni pod­sy­ca­nych ma­gią.

Skrę­ci­ła w lewo i po­pro­wa­dzi­ła swój od­dział nie­co w bok. Zdą­ży­li się już na­uczyć, że nie­zbyt do­brze jest ata­ko­wać dwa razy z tego sa­me­go miej­sca.

— Po­dziel­cie się strza­ła­mi, po sześć na łuk. Te­raz szy­je­my w nich, jak tyl­ko znaj­dzie­my się w za­się­gu.

Gar­niec wy­prę­żył się i za­sa­lu­to­wał sztyw­no.

— Roz­kaz! — Po czym mru­gnął do niej kpią­co.

Skrzy­wi­ła się tyl­ko, zbyt zmę­czo­na, by coś od­po­wie­dzieć, się­gnę­ła po ma­nier­kę i po­cią­gnę­ła ostat­ni łyk. Psia­krew, po­win­na po­słać goń­ca tak­że po wodę.

Cho­ler­na dżun­gla, cho­ler­na wal­ka, cho­ler­na, po­pie­przo­na sy­tu­acja.

Prze­cież mie­li się nie an­ga­żo­wać. Zna­leźć nie­wol­ni­ków, wy­wie­dzieć, co ci pla­nu­ją, wró­cić. Ale gdy na­stą­pił atak na obóz Krwa­we­go Ka­hel­le, wszyst­ko się po­chrza­ni­ło. Na­gle oka­za­ło się, że ich prze­wod­ni­cy znik­nę­li, a cza­ar­dan zna­lazł się na dro­dze ar­mii su­ną­cej ku cen­trum obo­zo­wi­ska po­wstań­ców. Z po­cząt­ku po­ga­lo­po­wa­li na pół­noc, szu­ka­jąc tam dro­gi uciecz­ki, gdy bez ostrze­że­nia po­ja­wi­ła się przed nimi ścia­na ognia. Da­ghe­na krzyk­nę­ła coś i rzu­ci­ła w nią je­den ze swo­ich amu­le­tów, pło­mie­nie cof­nę­ły się i przy­ga­sły, a oni prze­bi­li się na dru­gą stro­nę, na roz­le­głą po­la­nę, gdzie do­pa­la­ły się wła­śnie reszt­ki na­mio­tów i mi­zer­nych chat, a zie­mię za­ście­la­ły cia­ła. Wie­le ciał.

Na­gle wo­kół za­świ­sta­ły po­ci­ski, roz­le­gły się gar­dło­we okrzy­ki i wprost na nich wy­ło­nił się z lasu sze­reg opan­ce­rzo­nej pie­cho­ty. Od­sko­czy­li od nie­go, cwa­łu­jąc przez sto kro­ków wzdłuż ścia­ny tarcz i szy­jąc z łu­ków tak szyb­ko, jak tyl­ko po­tra­fi­li. Strza­ły grzę­zły w drew­nie, tyl­ko kil­ka zna­la­zło szcze­li­ny w for­ma­cji pie­szych, ale nie za­uwa­ży­ła, by któ­ry­kol­wiek z żoł­nie­rzy choć­by się za­chwiał. Po­tem wpa­dli mię­dzy drze­wa, po­chy­la­jąc się w sio­dłach i usi­łu­jąc się nie po­gu­bić i nie dać się ga­łę­ziom ścią­gnąć na zie­mię.

Kil­ka chwil póź­niej na­tra­fi­li na od­dział po­wstań­czej jaz­dy pod do­wódz­twem sa­me­go Pore Lun Dha­ro i do­sta­li garść in­for­ma­cji. Wróg nad­cho­dził z za­cho­du, pół­no­cy i po­łu­dnia, ota­cza­jąc głów­ne obo­zo­wi­sko nie­wol­ni­ków pół­pier­ście­niem ognia i sta­li. Wschód na ra­zie nie był ata­ko­wa­ny, ale na­wet głu­piec do­my­ślił­by się, że plan na­cie­ra­ją­cych po­le­ga wła­śnie na wy­pchnię­ciu po­wstań­ców na wschod­nie rów­ni­ny, gdzie po­zba­wio­nych osło­ny lasu ka­wa­le­ria roz­nie­sie na ko­py­tach, a sło­nie wdep­czą w zie­mię. Nie wie­dzie­li jesz­cze, kto ata­ku­je, ale to była re­gu­lar­na ar­mia. Wspo­ma­ga­na przez co naj­mniej kil­ku­dzie­się­ciu ma­gów. Krwa­wy Ka­hel­le or­ga­ni­zo­wał opór, a garść kon­nych i lek­ka pie­cho­ta mia­ły ku­pić mu czas, na­wet je­śli trze­ba się bę­dzie przy­piec – były Bły­ska­wi­ca dzi­ko wy­szcze­rzył zęby, prze­ka­zu­jąc im te wie­ści.

La­skol­nyk uśmiech­nął się tyl­ko na te sło­wa i roz­dzie­lił cza­ar­dan. Sko­ro nie moż­na ucie­kać, to trze­ba się bić, a le­piej nie ry­zy­ko­wać, że cały od­dział zgi­nie w jed­nej po­tycz­ce. No i wy­glą­da­ło na to, że jako je­dy­ni dys­po­no­wa­li umie­jęt­no­ścia­mi, któ­re mo­gły choć tro­chę zrów­no­wa­żyć obec­ność cza­row­ni­ków.

Ka­ile­an na­wet so­bie nie wy­obra­ża­ła, że bi­twa może mieć tak cha­otycz­ny prze­bieg. Gdy­by nie Ber­deth, już po pierw­szym star­ciu dżun­gla po­łknę­ła­by ją i nie wy­pu­ści­ła. Ale dzię­ki du­cho­wi psa za­wsze wie­dzia­ła, gdzie są wro­dzy ma­go­wie, ich li­nia wy­glą­da­ła jak skła­da­ją­cy się z kil­ku­dzie­się­ciu szkar­łat­nych pe­reł sznur ota­cza­ją­cy obo­zo­wi­sko nie­wol­ni­ków z trzech stron, więc wie­dzia­ła też mniej wię­cej, gdzie się co­fać i gdzie ata­ko­wać.

To była na­praw­dę dłu­ga noc. Ale po­wo­li do­bie­ga­ła koń­ca. Ude­rze­nie na obo­zo­wi­sko nie­wol­ni­ków oka­za­ło się naj­więk­szym błę­dem, jaki do­wód­ca na­cie­ra­ją­cej na nich ar­mii mógł po­peł­nić, i jego atak, na­wet wspie­ra­ny cza­ra­mi, ugrzązł na zbo­czach ufor­ty­fi­ko­wa­nych wzgórz, w wą­skich do­lin­kach mię­dzy nimi, w star­ciach z prze­ciw­ni­kiem, któ­ry mimo za­sko­cze­nia nie wpadł w pa­ni­kę i nie po­szedł w roz­syp­kę. Bo w grę wcho­dzi­ła tu jesz­cze jed­na rzecz, któ­rej na­past­ni­cy nie prze­wi­dzie­li.

De­spe­ra­cja i nie­na­wiść do wła­ści­cie­li w po­łą­cze­niu z me­ekhań­ską dys­cy­pli­ną i upo­rem to było coś, cze­go Da­le­kie Po­łu­dnie nie na­uczy­ło się jesz­cze sza­no­wać. Cza­row­ni­cy za­pew­nia­li ata­ku­ją­cym prze­wa­gę tyl­ko na po­cząt­ku, gdy dało się uży­wać za­klęć bi­tew­nych wiel­kiej mocy, ale po­tem, gdy od­dzia­ły prze­mie­sza­ły się, gdy do­cho­dzi­ło do wal­ki twa­rzą w twarz, tar­cza przy tar­czy, mo­gli wspie­rać swo­ich je­dy­nie lo­kal­nie, z bli­ska, sami ry­zy­ku­jąc ży­cie. Tam, gdzie wy­pa­li­li już las, two­rzy­ły się roz­le­głe dy­mią­ce po­la­ny, na któ­rych co­raz licz­niej na­pły­wa­ją­ca na po­moc nie­wol­ni­cza pie­cho­ta mo­gła w peł­ni wy­ko­rzy­stać prze­wa­gę li­czeb­ną. I tak po dwóch go­dzi­nach na­tar­cie, za­miast wy­wo­łać cha­os, roz­pro­szyć bun­tow­ni­ków i wy­pchnąć ich z lasu, zwol­ni­ło, po­tem sta­nę­ło w miej­scu, by wresz­cie, tuż przed pół­no­cą, za­ła­mać się cał­ko­wi­cie.

Ca­ło­noc­ne star­cia, szyb­kie i krwa­we ni­czym szar­pa­na woj­na pod­jaz­do­wa na ste­pach, do resz­ty roz­człon­ko­wa­ły ata­ku­ją­cą ar­mię. Od­dzia­ły pie­cho­ty, ka­wa­le­rii i łucz­ni­ków tra­ci­ły ze sobą kon­takt, po czym, bro­niąc się roz­pacz­li­wie w od­osob­nio­nych grup­kach, były wy­ci­na­ne w pień albo ucie­ka­ły w głąb dżun­gli.

1 ... 96 97 98 99 100 101 102 103 104 ... 210
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)