Każde martwe marzenie
- Автор: Вегнер Роберт М.
- Серия: Opowieści z meekhańskiego pogranicza #5
- Год: 2018
- Язык: польский
- Год: Powergraph
- ISBN: 9788364384868
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Każde martwe marzenie». Краткое содержание книги:
— Ale…
— Galopem! Ale już! — warknęła, a Berdeth połączony z jej duszą zawtórował jej głucho. On lepiej rozumiał te samcze sprawy, hierarchie i to, że dla części tych jeźdźców przyjmowanie rozkazów od jakiejś dziewki nadal było czymś nienaturalnym. Miała ochotę skoczyć temu głupcowi do gardła i w krótkim starciu na kły i pazury wyjaśnić raz na zawsze, kto tu rządzi.
Otrząsnęła się.
Za długo, zbyt mocno splątała własną duszę z duchem psa. Walczyli cały wieczór, potem całą noc, szarpiąc się w ciemnościach, atakując i odskakując od ciężkiej piechoty w łuskowych pancerzach i płaskich hełmach, ścinając z jeźdźcami w narzuconych na kolczugi, barwionych na błękit jakach. Gubiąc się w ciemnościach i odnajdując jakimś cudem, wpadając na wroga zupełnie znienacka i będąc przez niego zaskakiwanym. A wszystko w piekle nocnej walki w dżungli, w mroku potęgowanym kłębami dymu prześwietlonymi od czasu do czasu szkarłatną pożogą płomieni podsycanych magią.
Skręciła w lewo i poprowadziła swój oddział nieco w bok. Zdążyli się już nauczyć, że niezbyt dobrze jest atakować dwa razy z tego samego miejsca.
— Podzielcie się strzałami, po sześć na łuk. Teraz szyjemy w nich, jak tylko znajdziemy się w zasięgu.
Garniec wyprężył się i zasalutował sztywno.
— Rozkaz! — Po czym mrugnął do niej kpiąco.
Skrzywiła się tylko, zbyt zmęczona, by coś odpowiedzieć, sięgnęła po manierkę i pociągnęła ostatni łyk. Psiakrew, powinna posłać gońca także po wodę.
Cholerna dżungla, cholerna walka, cholerna, popieprzona sytuacja.
Przecież mieli się nie angażować. Znaleźć niewolników, wywiedzieć, co ci planują, wrócić. Ale gdy nastąpił atak na obóz Krwawego Kahelle, wszystko się pochrzaniło. Nagle okazało się, że ich przewodnicy zniknęli, a czaardan znalazł się na drodze armii sunącej ku centrum obozowiska powstańców. Z początku pogalopowali na północ, szukając tam drogi ucieczki, gdy bez ostrzeżenia pojawiła się przed nimi ściana ognia. Daghena krzyknęła coś i rzuciła w nią jeden ze swoich amuletów, płomienie cofnęły się i przygasły, a oni przebili się na drugą stronę, na rozległą polanę, gdzie dopalały się właśnie resztki namiotów i mizernych chat, a ziemię zaścielały ciała. Wiele ciał.
Nagle wokół zaświstały pociski, rozległy się gardłowe okrzyki i wprost na nich wyłonił się z lasu szereg opancerzonej piechoty. Odskoczyli od niego, cwałując przez sto kroków wzdłuż ściany tarcz i szyjąc z łuków tak szybko, jak tylko potrafili. Strzały grzęzły w drewnie, tylko kilka znalazło szczeliny w formacji pieszych, ale nie zauważyła, by którykolwiek z żołnierzy choćby się zachwiał. Potem wpadli między drzewa, pochylając się w siodłach i usiłując się nie pogubić i nie dać się gałęziom ściągnąć na ziemię.
Kilka chwil później natrafili na oddział powstańczej jazdy pod dowództwem samego Pore Lun Dharo i dostali garść informacji. Wróg nadchodził z zachodu, północy i południa, otaczając główne obozowisko niewolników półpierścieniem ognia i stali. Wschód na razie nie był atakowany, ale nawet głupiec domyśliłby się, że plan nacierających polega właśnie na wypchnięciu powstańców na wschodnie równiny, gdzie pozbawionych osłony lasu kawaleria rozniesie na kopytach, a słonie wdepczą w ziemię. Nie wiedzieli jeszcze, kto atakuje, ale to była regularna armia. Wspomagana przez co najmniej kilkudziesięciu magów. Krwawy Kahelle organizował opór, a garść konnych i lekka piechota miały kupić mu czas, nawet jeśli trzeba się będzie przypiec – były Błyskawica dziko wyszczerzył zęby, przekazując im te wieści.
Laskolnyk uśmiechnął się tylko na te słowa i rozdzielił czaardan. Skoro nie można uciekać, to trzeba się bić, a lepiej nie ryzykować, że cały oddział zginie w jednej potyczce. No i wyglądało na to, że jako jedyni dysponowali umiejętnościami, które mogły choć trochę zrównoważyć obecność czarowników.
Kailean nawet sobie nie wyobrażała, że bitwa może mieć tak chaotyczny przebieg. Gdyby nie Berdeth, już po pierwszym starciu dżungla połknęłaby ją i nie wypuściła. Ale dzięki duchowi psa zawsze wiedziała, gdzie są wrodzy magowie, ich linia wyglądała jak składający się z kilkudziesięciu szkarłatnych pereł sznur otaczający obozowisko niewolników z trzech stron, więc wiedziała też mniej więcej, gdzie się cofać i gdzie atakować.
To była naprawdę długa noc. Ale powoli dobiegała końca. Uderzenie na obozowisko niewolników okazało się największym błędem, jaki dowódca nacierającej na nich armii mógł popełnić, i jego atak, nawet wspierany czarami, ugrzązł na zboczach ufortyfikowanych wzgórz, w wąskich dolinkach między nimi, w starciach z przeciwnikiem, który mimo zaskoczenia nie wpadł w panikę i nie poszedł w rozsypkę. Bo w grę wchodziła tu jeszcze jedna rzecz, której napastnicy nie przewidzieli.
Desperacja i nienawiść do właścicieli w połączeniu z meekhańską dyscypliną i uporem to było coś, czego Dalekie Południe nie nauczyło się jeszcze szanować. Czarownicy zapewniali atakującym przewagę tylko na początku, gdy dało się używać zaklęć bitewnych wielkiej mocy, ale potem, gdy oddziały przemieszały się, gdy dochodziło do walki twarzą w twarz, tarcza przy tarczy, mogli wspierać swoich jedynie lokalnie, z bliska, sami ryzykując życie. Tam, gdzie wypalili już las, tworzyły się rozległe dymiące polany, na których coraz liczniej napływająca na pomoc niewolnicza piechota mogła w pełni wykorzystać przewagę liczebną. I tak po dwóch godzinach natarcie, zamiast wywołać chaos, rozproszyć buntowników i wypchnąć ich z lasu, zwolniło, potem stanęło w miejscu, by wreszcie, tuż przed północą, załamać się całkowicie.
Całonocne starcia, szybkie i krwawe niczym szarpana wojna podjazdowa na stepach, do reszty rozczłonkowały atakującą armię. Oddziały piechoty, kawalerii i łuczników traciły ze sobą kontakt, po czym, broniąc się rozpaczliwie w odosobnionych grupkach, były wycinane w pień albo uciekały w głąb dżungli.