Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Фэнтези » Każde martwe marzenie
Każde martwe marzenie - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Każde martwe marzenie

Электронная книга - «Każde martwe marzenie». Краткое содержание книги:

Każde martwe marzenie
1 ... 98 99 100 101 102 103 104 105 106 ... 210
Перейти на страницу:

— Ja­kieś drze­wo ścią­gnę­ło go z sio­dła. Wy­lą­do­wał w kol­cza­stych krza­kach. Jak się wi­dzie­li­śmy, wy­glą­dał, jak­by sto­czył wal­kę z tu­zi­nem ko­tów. Jego duma…

Prze­rwa­ła mu mach­nię­ciem ręki.

— Nie strasz mnie tak, kha-dar.

— Mar­twisz się o nie­go?

— Nie o nie­go. Ale Lea wy­dra­pa­ła­by so­bie oczy z żalu. No do­bra! — Omio­tła wzro­kiem swo­ich lu­dzi. — Go­to­wać się!

Wo­jow­nik sto­ją­cy na prze­dzie Uawa­ri Nahs uniósł w górę broń. Mach­nął. Ru­szy­li.

Ka­ile­an pa­trzy­ła, jak ma­sze­ru­ją, bez sło­wa, rów­no, lewa, pra­wa, lewa, pra­wa. Cięż­kie, mo­kre pan­ce­rze i tar­cze zda­wa­ły się nie krę­po­wać ich ru­chów, po chwi­li, ku jej zdu­mie­niu, ru­szy­li truch­tem, a pro­wa­dzą­cy wy­rzu­cił w górę rękę z kosą i krzyk­nął:

— Awu!

Stu wo­jow­ni­ków od­wrza­snę­ło:

— Uwa!

— Awu!!

— Uwa!!

— Awu! Awu!! Awu!!!

— Uwa! Uwa!! Au­age­ri uwa!!!

Prze­by­li już pierw­sze sto jar­dów, cią­gle truch­tem, gdy las po prze­ciw­nej stro­nie po­la­ny wy­pluł gru­pę jeźdź­ców. No do­bra, ro­bo­ta cze­ka.

— Na­przód!

Ru­szy­li kłu­sem, w kil­ka chwil zrów­na­li się z pie­szy­mi. Do szań­ca, przy­kry­te­go zde­spe­ro­wa­ną ci­szą, zo­sta­ło im ja­kieś czte­ry­sta jar­dów.

Od­dział Ka­ile­an wy­prze­dził czar­ną pie­cho­tę i od­bił w lewo. Za­ata­ku­ją z trzech stron, oni i kon­ni Da­ghe­ny z bo­ków, pie­cho­ta środ­kiem. Krót­kim gwizd­nię­ciem roz­ka­za­ła roz­luź­nić szyk. Wśród obroń­ców była garść łucz­ni­ków, kil­ka razy w cza­sie ata­ków strza­ły świ­sta­ły jej koło ucha. Prze­szli w ga­lop, pod­ry­wa­jąc z zie­mi kłę­by po­pio­łu. Trzy­sta jar­dów.

Dwie­ście pięć­dzie­siąt.

Dwie­ście.

Ru­nę­li cwa­łem, pę­dząc wzdłuż umoc­nień. Ci­sza. Żad­ne­go śla­du cza­rów, żad­nych po­ci­sków wy­strze­lo­nych na po­wi­ta­nie. Ge­stem na­ka­za­ła jesz­cze bar­dziej się roz­pro­szyć. Wy­ce­lo­wa­ła.

Na jej znak kil­ka­na­ście strzał po­mknę­ło w stro­nę ziem­ne­go wału. Po­tem od­sko­czy­li na­tych­miast, za­wra­ca­jąc nie­mal w miej­scu, cze­ka­jąc na od­po­wiedź.

Nic.

Zer­k­nę­ła na Uawa­ri Nahs. Pie­si zbli­ża­li się wła­śnie do zwę­glo­nych pnia­ków, któ­re wska­za­ła ich do­wód­cy. Cią­gle bie­gli truch­tem, po­krzy­ku­jąc ryt­micz­nie i co­raz moc­niej zwie­ra­jąc szyk.

Od­dział Ka­ile­an po­słał w stro­nę oko­pu ko­lej­ną sal­wę, i jesz­cze jed­ną, ga­lo­pu­jąc tam i z po­wro­tem i wy­pa­tru­jąc re­ak­cji.

Nic. Żad­ne­go ru­chu, bły­sku że­la­za, strza­ły.

Pie­cho­ta prze­kro­czy­ła li­nię dwu­stu jar­dów.

Cho­le­ra. Cho­le­ra! Cho­le­ra!!!

— Ata­ku­je­my! — krzyk­nę­ła, za­wra­ca­jąc To­ry­na w stro­nę oko­pu.

Nie moż­na po­zwo­lić ma­gom na chwi­lę kon­cen­tra­cji, na rzu­ce­nie ostat­nie­go, na­pę­dza­ne­go de­spe­ra­cją i prze­ra­że­niem cza­ru.

Po­mknę­li ku wa­ło­wi, nie­mal przy­kle­je­ni do koń­skich kar­ków. Strza­ły na cię­ci­wach, broń w ręku, słod­ko-gorz­ki po­smak w ustach, mie­sza­ni­na stra­chu i eks­cy­ta­cji. Ber­deth w jej wnę­trzu po­war­ki­wał głu­cho.

Sto pięć­dzie­siąt jar­dów.

Sto dwa­dzie­ścia.

Sto.

No da­lej, su­cze syny!!! Zrób­cie coś!!!

Skrę­ci­li, po­sła­li trzy sal­wy, jed­na za dru­gą, wy­so­ko, by strza­ły spa­da­ły z góry wprost na obroń­ców. Ci­sza.

— Na­przód!

Po­pę­dzi­li. Z pięć­dzie­się­ciu jar­dów sza­niec wy­glą­dał ża­ło­śnie, im­pro­wi­zo­wa­ny, usy­pa­ny po­spiesz­nie wał z zie­mi, bło­ta i byle jak ob­ro­bio­nych pni. Po­wstał za­pew­ne w chwi­li, gdy cza­row­ni­cy i ich eskor­ta zo­rien­to­wa­li się, że bi­twa jest prze­gra­na i nie ma już gdzie ucie­kać. Ziem­na kon­struk­cja mia­ła ze czter­dzie­ści stóp śred­ni­cy, naj­wy­żej sześć wy­so­ko­ści, a ota­czał ją głę­bo­ki na ja­kieś trzy sto­py rów. Nic, cze­go do­brze wy­po­sa­żo­na pie­cho­ta nie sfor­so­wa­ła­by w pierw­szym ata­ku.

Ka­ile­an po­czu­ła na­gle w ustach smak spa­lo­ne­go drew­na, wło­ski na ca­łym jej cie­le unio­sły się.

Cza­ry! I to ja­kie!

Zer­k­nę­ła przez ra­mię. Tuż przed ata­ku­ją­cy­mi Uawa­ri Nahs po­wie­trze zda­wa­ło się fa­lo­wać jak nad roz­grza­ny­mi ska­ła­mi. Moc wy­peł­ni­ła je pa­ję­czą sie­cią bor­do­wych wy­ła­do­wań, po czym na­gle zbie­gła się w je­den błysz­czą­cy punkt.

Ka­ile­an ścią­gnę­ła To­ry­no­wi cu­gle, osa­dza­jąc go w miej­scu, wrza­snę­ła na całe gar­dło i unio­sła w górę rękę z łu­kiem.

Od­dział pie­cho­ty za­trzy­mał się na­tych­miast, zbił cia­śniej, tar­cze utwo­rzy­ły wo­kół nie­go ścia­ny i dach. I w tej chwi­li eks­plo­do­wał przed nimi czar.

W po­wie­trzu utwo­rzył się ogni­sty kwiat, sze­ro­ko, jak roz­kła­da­ją­cy skrzy­dła do lotu orzeł, przez oka­mgnie­nie za­stygł w bez­ru­chu, ja­śnie­jąc od cie­płej bar­wy do­ga­sa­ją­ce­go żaru do ra­nią­ce­go źre­ni­ce bla­sku po­łu­dnio­we­go słoń­ca.

I spadł na opan­ce­rzo­ną pie­cho­tę.

Za­sy­cza­ło, jak­by ktoś chlu­snął wodą w ko­wal­skie pa­le­ni­sko, unio­sły się kłę­by pary i mo­kre­go po­pio­łu. Na chwi­lę ca­łość znik­nę­ła za sza­rom­gli­stą za­sło­ną.

Ryk, któ­ry roz­darł po­wie­trze, zda­wał się wstrzą­sać grun­tem. Para i dym eks­plo­do­wa­ły na wszyst­kie stro­ny, a ko­lum­na Uawa­ri Nahs wy­ło­ni­ła się spod nich przy­ci­śnię­ta do zie­mi ogni­stą pię­ścią. Gru­by na kil­ka stóp wał pło­mie­ni przy­tu­lił się do niej, za­my­ka­jąc ze wszyst­kich stron. Jak­by pie­szych przy­kry­to pół­mi­skiem żaru.

Nie ru­szą się, Ka­ile­an zro­zu­mia­ła to w jed­nej chwi­li. Nie pój­dą na­przód, póki czar trwa. Jak dłu­go wy­trzy­ma­ją ich mo­kre zbro­je?

Gar­niec zna­lazł się przy niej z twa­rzą wy­krzy­wio­ną wście­kłym gry­ma­sem.

— Po­wie­trze! — krzyk­nął.

— Co?

— Za­bio­rą im po­wie­trze! Wy­pa­lą je!

Tak. Nie cho­dzi­ło o żar. Ogień po­chła­nia po­wie­trze. Ogień sam jest na wpół żywy, więc za­bie­ra z po­wie­trza to, co nie­zbęd­ne do ży­cia in­nym.

Przed Ka­ile­an po­ja­wi­ły się dwie dro­gi, dwie de­cy­zje. Mię­dzy jed­nym a dru­gim ude­rze­niem ser­ca wy­bra­ła lep­szą. Chy­ba.

Ber­deth w jej gło­wie za­war­czał tyl­ko, a Gar­niec aż ścią­gnął ko­nio­wi cu­gle, wi­dząc spo­sób, w jaki ob­na­ży­ła zęby.

Się­gnę­ła do koł­cza­nu po kil­ka ostat­nich strzał.

— Za mną!

Ru­nę­li cwa­łem, pięć­dzie­siąt jar­dów dzie­lą­ce ich od oko­pu prze­mknę­ło pod koń­ski­mi brzu­cha­mi nie­po­strze­że­nie. Obroń­cy przy­po­mnie­li so­bie o nich zbyt póź­no, bo do­pie­ro gdy od­dział Ka­ile­an wje­chał w rów przed umoc­nie­nia­mi, po­mknę­ły im na spo­tka­nie strza­ły i ka­mie­nie.

Coś świ­snę­ło jej koło gło­wy, uchy­li­ła się i wy­rzu­ca­jąc nogi ze strze­mion, sta­nę­ła na sio­dle. Już byli przy wale. W tej po­zy­cji zna­la­zła się do po­ło­wy pier­si po­wy­żej szczy­tu oko­pu. Cię­ci­wa jej łuku brzęk­nę­ła i je­den z żoł­nie­rzy w pła­skim heł­mie zwa­lił się na zie­mię z drzew­cem wy­sta­ją­cym z oczo­do­łu.

1 ... 98 99 100 101 102 103 104 105 106 ... 210
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)