Każde martwe marzenie
- Автор: Вегнер Роберт М.
- Серия: Opowieści z meekhańskiego pogranicza #5
- Год: 2018
- Язык: польский
- Год: Powergraph
- ISBN: 9788364384868
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Każde martwe marzenie». Краткое содержание книги:
— Jakieś drzewo ściągnęło go z siodła. Wylądował w kolczastych krzakach. Jak się widzieliśmy, wyglądał, jakby stoczył walkę z tuzinem kotów. Jego duma…
Przerwała mu machnięciem ręki.
— Nie strasz mnie tak, kha-dar.
— Martwisz się o niego?
— Nie o niego. Ale Lea wydrapałaby sobie oczy z żalu. No dobra! — Omiotła wzrokiem swoich ludzi. — Gotować się!
Wojownik stojący na przedzie Uawari Nahs uniósł w górę broń. Machnął. Ruszyli.
Kailean patrzyła, jak maszerują, bez słowa, równo, lewa, prawa, lewa, prawa. Ciężkie, mokre pancerze i tarcze zdawały się nie krępować ich ruchów, po chwili, ku jej zdumieniu, ruszyli truchtem, a prowadzący wyrzucił w górę rękę z kosą i krzyknął:
— Awu!
Stu wojowników odwrzasnęło:
— Uwa!
— Awu!!
— Uwa!!
— Awu! Awu!! Awu!!!
— Uwa! Uwa!! Auageri uwa!!!
Przebyli już pierwsze sto jardów, ciągle truchtem, gdy las po przeciwnej stronie polany wypluł grupę jeźdźców. No dobra, robota czeka.
— Naprzód!
Ruszyli kłusem, w kilka chwil zrównali się z pieszymi. Do szańca, przykrytego zdesperowaną ciszą, zostało im jakieś czterysta jardów.
Oddział Kailean wyprzedził czarną piechotę i odbił w lewo. Zaatakują z trzech stron, oni i konni Dagheny z boków, piechota środkiem. Krótkim gwizdnięciem rozkazała rozluźnić szyk. Wśród obrońców była garść łuczników, kilka razy w czasie ataków strzały świstały jej koło ucha. Przeszli w galop, podrywając z ziemi kłęby popiołu. Trzysta jardów.
Dwieście pięćdziesiąt.
Dwieście.
Runęli cwałem, pędząc wzdłuż umocnień. Cisza. Żadnego śladu czarów, żadnych pocisków wystrzelonych na powitanie. Gestem nakazała jeszcze bardziej się rozproszyć. Wycelowała.
Na jej znak kilkanaście strzał pomknęło w stronę ziemnego wału. Potem odskoczyli natychmiast, zawracając niemal w miejscu, czekając na odpowiedź.
Nic.
Zerknęła na Uawari Nahs. Piesi zbliżali się właśnie do zwęglonych pniaków, które wskazała ich dowódcy. Ciągle biegli truchtem, pokrzykując rytmicznie i coraz mocniej zwierając szyk.
Oddział Kailean posłał w stronę okopu kolejną salwę, i jeszcze jedną, galopując tam i z powrotem i wypatrując reakcji.
Nic. Żadnego ruchu, błysku żelaza, strzały.
Piechota przekroczyła linię dwustu jardów.
Cholera. Cholera! Cholera!!!
— Atakujemy! — krzyknęła, zawracając Toryna w stronę okopu.
Nie można pozwolić magom na chwilę koncentracji, na rzucenie ostatniego, napędzanego desperacją i przerażeniem czaru.
Pomknęli ku wałowi, niemal przyklejeni do końskich karków. Strzały na cięciwach, broń w ręku, słodko-gorzki posmak w ustach, mieszanina strachu i ekscytacji. Berdeth w jej wnętrzu powarkiwał głucho.
Sto pięćdziesiąt jardów.
Sto dwadzieścia.
Sto.
No dalej, sucze syny!!! Zróbcie coś!!!
Skręcili, posłali trzy salwy, jedna za drugą, wysoko, by strzały spadały z góry wprost na obrońców. Cisza.
— Naprzód!
Popędzili. Z pięćdziesięciu jardów szaniec wyglądał żałośnie, improwizowany, usypany pospiesznie wał z ziemi, błota i byle jak obrobionych pni. Powstał zapewne w chwili, gdy czarownicy i ich eskorta zorientowali się, że bitwa jest przegrana i nie ma już gdzie uciekać. Ziemna konstrukcja miała ze czterdzieści stóp średnicy, najwyżej sześć wysokości, a otaczał ją głęboki na jakieś trzy stopy rów. Nic, czego dobrze wyposażona piechota nie sforsowałaby w pierwszym ataku.
Kailean poczuła nagle w ustach smak spalonego drewna, włoski na całym jej ciele uniosły się.
Czary! I to jakie!
Zerknęła przez ramię. Tuż przed atakującymi Uawari Nahs powietrze zdawało się falować jak nad rozgrzanymi skałami. Moc wypełniła je pajęczą siecią bordowych wyładowań, po czym nagle zbiegła się w jeden błyszczący punkt.
Kailean ściągnęła Torynowi cugle, osadzając go w miejscu, wrzasnęła na całe gardło i uniosła w górę rękę z łukiem.
Oddział piechoty zatrzymał się natychmiast, zbił ciaśniej, tarcze utworzyły wokół niego ściany i dach. I w tej chwili eksplodował przed nimi czar.
W powietrzu utworzył się ognisty kwiat, szeroko, jak rozkładający skrzydła do lotu orzeł, przez okamgnienie zastygł w bezruchu, jaśniejąc od ciepłej barwy dogasającego żaru do raniącego źrenice blasku południowego słońca.
I spadł na opancerzoną piechotę.
Zasyczało, jakby ktoś chlusnął wodą w kowalskie palenisko, uniosły się kłęby pary i mokrego popiołu. Na chwilę całość zniknęła za szaromglistą zasłoną.
Ryk, który rozdarł powietrze, zdawał się wstrząsać gruntem. Para i dym eksplodowały na wszystkie strony, a kolumna Uawari Nahs wyłoniła się spod nich przyciśnięta do ziemi ognistą pięścią. Gruby na kilka stóp wał płomieni przytulił się do niej, zamykając ze wszystkich stron. Jakby pieszych przykryto półmiskiem żaru.
Nie ruszą się, Kailean zrozumiała to w jednej chwili. Nie pójdą naprzód, póki czar trwa. Jak długo wytrzymają ich mokre zbroje?
Garniec znalazł się przy niej z twarzą wykrzywioną wściekłym grymasem.
— Powietrze! — krzyknął.
— Co?
— Zabiorą im powietrze! Wypalą je!
Tak. Nie chodziło o żar. Ogień pochłania powietrze. Ogień sam jest na wpół żywy, więc zabiera z powietrza to, co niezbędne do życia innym.
Przed Kailean pojawiły się dwie drogi, dwie decyzje. Między jednym a drugim uderzeniem serca wybrała lepszą. Chyba.
Berdeth w jej głowie zawarczał tylko, a Garniec aż ściągnął koniowi cugle, widząc sposób, w jaki obnażyła zęby.
Sięgnęła do kołczanu po kilka ostatnich strzał.
— Za mną!
Runęli cwałem, pięćdziesiąt jardów dzielące ich od okopu przemknęło pod końskimi brzuchami niepostrzeżenie. Obrońcy przypomnieli sobie o nich zbyt późno, bo dopiero gdy oddział Kailean wjechał w rów przed umocnieniami, pomknęły im na spotkanie strzały i kamienie.
Coś świsnęło jej koło głowy, uchyliła się i wyrzucając nogi ze strzemion, stanęła na siodle. Już byli przy wale. W tej pozycji znalazła się do połowy piersi powyżej szczytu okopu. Cięciwa jej łuku brzęknęła i jeden z żołnierzy w płaskim hełmie zwalił się na ziemię z drzewcem wystającym z oczodołu.