Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Фэнтези » Pamięć Światłości
Pamięć Światłości - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Pamięć Światłości

Электронная книга - «Pamięć Światłości». Краткое содержание книги:

Pamięć Światłości
1 ... 95 96 97 98 99 100 101 102 103 ... 296
Перейти на страницу:

– Wydaje ci się, że sobie poradzisz, co? – zapytał w końcu.

– Kiedy Nae’blis dowie się, jak tu wszystko partaczysz…

– Nae’blis? Cóż mnie może obchodzić opinia Moridina? Ofiarowałem cenny dar Wielkiemu Władcy we własnej osobie. Strzeż się, albowiem to mnie obdarzył swoją łaską. Wszystkie klucze trzymam w dłoni, Hessalam.

– Chcesz powiedzieć, że naprawdę ci się udało? Że je ukradłeś?

Taim uśmiechnął się. Odwrócił się do wiszącego w powietrzu Androla, słabo szarpiącego się w więzach. Ponieważ ten wciąż nie był oddzielony tarczą od Źródła, spróbował kolejnego ataku na Taima – atak został sparowany omalże z pogardą.

Na Androla szkoda było nawet tarczy. Taim uwolnił go z więzów. Ciało łupnęło o ziemię. Androl znowu jęknął.

– Od jak dawna się tu szkolisz? – zapytał Taim. – Przynosisz mi wstyd. Na nic więcej cię nie stać, a przecież chcesz mnie zabić?

Androl z wysiłkiem podniósł się na klęczki. W głębi głowy czuł ból i niepokój Pevary, rozmyty skutkiem działania widłokorzenia. Przed sobą miał Logaina, siedzącego na szyderczym tronie, związanego, otoczonego przez wrogów. Oczy tamtego były zamknięte, zdawał się nieprzytomny.

– Nic więcej tu nie zostało do zrobienia – oznajmił Taim. – Mishraile, ty zlikwidujesz więźniów. Zabierzemy naszych i udamy się do Shayol Ghul. Wielki Władca obiecał mi dodatkowe wsparcie w moim dziele.

Sługusy Taima ruszyły się z miejsc. Klęczący wciąż Androl uniósł wzrok. Wokół niego rozpościerała się gęstwa cieni, pośród których majaczyły jakieś kształty.

Ciemność… Ciemność go przerażała. Trzeba wypuścić saidina, wypuścić za wszelką cenę. A jednak nie potrafił.

Zaczął tkać sploty.

Taim spojrzał nań przelotnie, uśmiechnął i zabrał za splatanie płomienia stosu.

„Cienie, wszędzie wokół cienie!”

Androl dzierżył Moc.

„Umarli… przyszli po mnie!”

Splatał, kierując się odruchem, tworząc najlepsze sploty, jakie znał. Podróżowanie. Brama. I znów uderzył w tę ścianę, tę przeklętą ścianę.

„Taki jestem zmęczony. Cienie… cienie mnie ogarną i porwą”.

Z palców Taima trysnęła pręga rozpalonego do białości światła, wycelowana prosto w Androla. Ten krzyknął, natężył się do granic możliwości, wyrzucił przed siebie ręce i wtedy splot się domknął. Uderzył w tę ścianę i przebił ją.

Przed nim w powietrzu otworzyła się brama o rozmiarach monety. Strumień płomienia stosu wpadł do środka.

Taim zmarszczył brwi, a w pomieszczeniu zapadła nagła cisza – oszołomieni Asha’mani zaprzestali tkać swe sploty.

Do wnętrza wpadł rozwrzeszczany Canler, dzierżąc Jedyną Moc. Za nim podążało jakichś dwudziestu chłopaków z Dwu Rzek, którzy niedawno przybyli na szkolenie do Czarnej Wieży.

Taim krzyknął, chwytając Źródło:

– Atakują nas!

Środek półsfery tworzącej kopułę najwyraźniej znajdował się gdzieś w niedokończonej budowli, która jako pierwsza rzuciła im się w oczy ze szczytu murów. Niedobrze, ponieważ pośród fundamentów i podziemi Zabójca znajdzie mnóstwo miejsc, w których może się ukryć i zastawić na nich pułapkę.

Kiedy dotarli do wioski, Perrin wybrał szczególnie okazałą chatę i gestem wskazał ją Gaulowi. Dom był piętrowy, zbudowano go na modłę karczmy z solidnym drewnianym dachem.

– Chciałbym, żebyś zajął pozycję na tym dachu – szepnął. – Przygotuj łuk do strzału. Krzyknij, gdy ktoś będzie mnie śledził.

Gaul pokiwał głową. Perrin przeniósł ich na dach budynku. Gaul wybrał sobie pozycję obok komina. Jego ubiór zaraz przybrał barwę nieodróżnialną od tworzących go cegieł. Aiel wyciągnął łuk, przyczaił się. Jego broń z pewnością nie miała zasięgu długich łuków z Dwu Rzek, ale z tej odległości nie miało to aż takiego znaczenia.

Perrin zeskoczył, zwalniając parę cali nad ziemią, żeby uniknąć niepotrzebnych hałasów. Przykucnął i zaraz przeniósł się pod ścianę następnego domu. Potem znowu przeniósł się, tym razem do rogu domu najbliższego rozkopanym fundamentom, obejrzał się przez ramię w stronę Gaula. Aiel uniósł dłoń. Nie stracił Perrina z oczu.

Ten poczołgał się tymczasem naprzód, nie chcąc ryzykować natychmiastowego przeniesienia się w miejsce, którego nie mógł dostrzec. Tym sposobem dotarł nad krawędź otchłannego otworu fundamentów i spojrzał w dół na zaśmiecone dno. Wiatr wciąż dął mocno, podrywając w górę pył i zamazując tym sposobem wszelkie ślady, jakie ktokolwiek mógł tam zostawić.

Przykucnął i w tej pozycji ruszył po krawędzi wielkiego fundamentu, zastanawiając się równocześnie, w którym miejscu może się znajdować środek kręgu nakrytego kopułą. Nie potrafił go wyznaczyć, kopuła była zbyt duża. Niemniej dalej wytężał wzrok w nadziei ujrzenia jakiejś wskazówki.

Jego wzrok do tego stopnia zagubił się wśród zagłębień i nierówności na dnie fundamentu, że omalże nie wszedł prosto na wartowników. W ostatniej chwili ostrzegł go przyciszony chichot jednego z nich – instynktownie przeniósł się na przeciwległą krawędź fundamentu, gdzie zaraz opadł na kolana. W jego dłoniach zmaterializował się długi łuk z Dwu Rzek. Ogarnął spojrzeniem miejsce, w którym znajdował się przed chwilą.

„Dureń” – skarcił się w myślach, gdy wreszcie zobaczył tych, którzy go przestraszyli. W baraku na skraju wykopu znajdowało się dwóch ludzi. Barak był typową zaimprowizowaną konstrukcją, w jakiej mogą się schronić i zjeść posiłek robotnicy pracujący przy wielkiej budowie. Perrin rozejrzał się nerwowo dookoła, ale nic się nie działo: ani Zabójca nie atakował z zasadzki, ani tamci nie zauważyli, że prawie się z nimi zderzył.

Co oni tam robili? Nawet jego bystre oczy nie potrafiły z tej odległości dostrzec wielu szczegółów, więc znowu przeniósł się w okolice poprzedniego miejsca – pod krawędzią fundamentu stworzył niewielki nawis z ziemi i stanął na nim, wyzierając na powierzchnię, na której stał barak.

Tak, było ich dwóch. Mężczyźni w czarnych kaftanach. Zdało mu się, że rozpoznaje twarze widziane po bitwie pod Studniami Dumai, gdzie przyszli na pomoc Randowi. A więc to są zapewne lojaliści Smoka Odrodzonego, czy może nie? Może Rand wysłał mu ich na pomoc?

„Żeby sczezł w Światłości” – sklął w myślach przyjaciela. – „Nie mógłby choć raz wtajemniczyć mnie w swoje zamiary?”

Rzecz jasna, nawet Asha’mani mogli być Sprzymierzeńcami Ciemności. Przez chwilę zastanawiał się, czy nie wyjść na powierzchnię i nie wyjaśnić sprawy.

– Uszkodzone narzędzia – usłyszał lekceważące słowa Lanfear.

Aż podskoczył i zaklął, gdy zorientował się, że tamta stoi obok na ziemnym nawisie, przyglądając się dwóm wartownikom.

– Przeszli Konwersję – wyjaśniła. – W mojej opinii to była zawsze gra niewarta świeczki. Podczas przemiany coś zostaje bezpowrotnie stracone: nigdy nie będą służyć tak gorliwie i chętnie, jakby to robili z własnej woli. No tak, ich lojalności nic nie można zarzucić, jednak gdzieś ginie wewnętrzne światło. Zdolność do poświęceń i siła wyobraźni, które ludzi czynią ludźmi.

– Cicho bądź – skarcił ją Perrin. – Konwersja? O co ci chodzi? O…?

– Trzynaście Myrddraali i trzynastu Lordów Strachu. – Lanfear skrzywiła się z obrzydzeniem. – Jakie to prymitywne. Co za marnotrawstwo.

– Nie rozumiem.

Lanfear westchnęła, a potem przemówiła takim tonem, jakby zwracała się do dziecka:

– Stworzywszy odpowiednie warunki, można siłą zmusić ludzi, którzy potrafią przenosić Moc, do Konwersji na Cień. M’Haelowi nie idzie to jednak tak sprawnie, jak powinno. Bez kobiet Konwersja mężczyzn sprawia znacznie większe trudności.

1 ... 95 96 97 98 99 100 101 102 103 ... 296
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)