Pamięć Światłości
- Автор: Джордан Роберт, Сандерсон Брендон
- Серия: Kolo czasu #14
- Язык: польский
- Переводчик: Jan Karłowski
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Pamięć Światłości». Краткое содержание книги:
Wykonanie tego zadania stanowczo wymagało niepatrzenia w dół. Na szczęście zewnętrzna część budynku była dobrym miejscem do wspinaczki. W kamiennej i drewnianej powierzchni znajdowało się mnóstwo występów, o które można było zaczepić się rękami. Pamiętał, jak za coś takiego Tylin kazała chłostać.
Po czole Mata, niczym sznur mrówek schodzących w dół wzgórza, sunął strumyczek potu, kiedy wypełzał poza osłonę, podciągał się w górę i wspinał na czwarte piętro. Ashandarei od czasu do czasu obijała się o jego nogi. Wiatr przynosił zapach morza. Kiedy człowiek znajdował się na wysokości, wszystko miało przyjemniejszy zapach. Być może dlatego, że głowy pachniały ładniej niż stopy.
„Głupia myśl” – powiedział sobie Mat. Ale robił wszystko, by nie zastanawiać się nad tym, jak wysoko się znajduje. Podciągnął się, ale jedna stopa pośliznęła się i Mat się zachwiał. Zrobił wdech i wydech, a potem zaczął kontynuować wspinaczkę.
Poniżej widać było balkon Tylin. Jej apartament miał ich, oczywiście, parę. Mat skierował się ku temu, który prowadził do jej sypialni, nie zaś ku temu, który połączony był z salonem. Ten znajdował się nad Placem Mol Hara i gdyby Mat tam się wspiął, wpadłby niczym mucha w pajęczą sieć.
Popatrzył po raz kolejny na wykuty z żelaza, pokryty arabeskami balkon. Zawsze się zastanawiał, czy potrafiłby się nań wdrapać. Rozważał, rzecz jasna, tylko tę sytuację, gdyby wdrapanie na balkon było związane z wydostaniem się z pałacu.
Cóż, nie był głupcem i z całą pewnością nie chciał próbować podobnych wyczynów po raz kolejny. Tylko teraz, i to niezbyt chętnie. Matrim Cauthon wiedział, jak dbać o własny kark. Nie dożyłby dzisiejszego dnia, gdyby podejmował głupie ryzyko, licząc na szczęście. Jeśli Tuon pragnęła żyć w mieście, w którym dowódca jej armii chciał ją zabić, to był jej wybór.
Pokiwał głową. Powinien dokończyć swą wspinaczkę, wytłumaczyć jej racjonalnym tonem, że powinna opuścić miasto, gdyż generał Galgan ją zdradza. Następnie mógłby odejść w swoją stronę i znaleźć miejsce, gdzie mógłby zagrać w kości. W końcu to dlatego zjawił się w tym mieście. Jeśli Rand znajdował się na północy, gdzie były wszystkie Trolloki, to Mat chciał być od niego tak daleko, jak to tylko możliwe. Czuł się źle w stosunku do Randa, ale każdy rozsądny człowiek widziałby, że Mat nie miał wyboru. Wir kolorów zaczął się formować, lecz Mat je stłumił.
Racjonalny. Musi być racjonalny.
Pocąc się, przeklinając i czując ból w rękach, Mat wdrapał się na balkon na czwartym piętrze. Jedna z zasuwek okiennych osłon była poluzowana, i to już wówczas, gdy Mat mieszkał w pałacu. Szybkie pomajstrowanie przy drucianym haczyku wystarczyło, by mógł przedostać się na balkon. Wydobył swoją ashandarei i położył się na plecach, dysząc tak ciężko, jak gdyby biegiem pokonał drogę pomiędzy Andorem a Łzą.
Po kilku minutach powstał na nogi i odsunąwszy balkonową osłonę, popatrzył cztery piętra w dół. Czuł się dumny ze swej wspinaczki.
Ujął ashandarei i skierował się ku balkonowym drzwiom. Tuon z całą pewnością wprowadziłaby się do pokojów Tylin. Były najwspanialsze w całym pałacu. Mat z trzaskiem otworzył drzwi. Chciał jedynie szybko rzucić okiem i…
Coś wystrzeliło z cienia naprzeciwko Mata i uderzyło w drzwi tuż nad jego głową.
Mat upadł, przetoczył się po ziemi, jedną ręką sięgając po nóż. W drugiej trzymał ashandarei. Drzwi trzeszczały, otwarte pod wpływem siły bełtu kuszy, który utkwił w drewnie.
Chwilę później zza drzwi wyjrzała Selucia. Prawą część głowy miała wygoloną, zaś lewą zakrytą kawałkiem materiału. Jej skóra miała kremowy kolor, ale każdy, kto uznałby Selucię za delikatną, wkrótce przekonałby się, jak bardzo się mylił. Selucia mogłaby nauczyć papier ścierny, jak być twardym.
Zwróciła w kierunku Mata swą małą kuszę, zaś on uśmiechnął się.
– Wiedziałem! – zawołał. – Jesteś strażniczką! Zawsze nią byłaś!
Selucia rzuciła mu gniewne spojrzenie.
– Co tu robisz, głupcze?
– Och, po prostu wybrałem się na przechadzkę – rzekł Mat, zbierając się z ziemi i chowając nóż. – Mówi się, że nocne powietrze dobrze ludziom robi. Powiew morskiej bryzy. Takie sprawy.
– Wspiąłeś się tutaj? – zapytała Selucia, wychylając się przez barierkę balkonu, jak gdyby w poszukiwaniu liny albo drabinki.
– Co? A ty się nie wspinasz? To bardzo dobrze wpływa na ręce. Wzmacnia chwyt.
Rzuciła mu bolesne spojrzenie, a Mat poczuł, że się uśmiecha. Jeśli zadaniem Selucii było poszukiwanie skrytobójców, to Tuon miała w takim razie rację. Mat wskazał ruchem głowy kuszę, która wciąż była w niego wycelowana.
– Czy masz zamiar…
Selucia znieruchomiała, po czym westchnęła i opuściła broń.
– Wielkie dzięki – rzekł Mat. – Mogłabyś człowiekowi wydłubać tym oczy i wcale bym o to nie dbał, gdyby nie to, że w ostatnich dniach zaczyna mi ich ubywać.
– Co zrobiłeś? – zapytała sucho. – Poszedłeś pograć w kości z niedźwiedziem?
– Selucia! – powiedział Mat, przechodząc obok niej z zamiarem wejścia do pokojów. – Wyszedł ci prawie żart. Powinienem był pomyśleć o tym, że przy pewnym wysiłku mogliśmy nauczyć cię poczucia humoru. Byłoby to tak nieoczekiwane, że moglibyśmy cię umieścić w menażerii i inkasować pieniądze za pokazywanie cię ludziom. „Przyjdźcie obejrzeć niesamowitego, roześmianego so’jhina. Dziś wieczorem tylko dwa miedziaki…”
– Czegoś tutaj szukasz, nieprawdaż?
Mat potknął się, popychając otwarte drzwi. Zachichotał. Światłości! Selucia była dziwnie bliska prawdy.
– Bardzo sprytne.
„To zakład, który wygrałem niezależnie od tego, co się komu może wydawać” – pomyślał. Matrim Cauthon był jedynym człowiekiem, który grał w kości z przeznaczeniem świata po to, by zgarnąć sakiewkę z wygraną. Oczywiście następnym razem mogą znaleźć innego bohaterskiego głupca, który zajmie jego miejsce. Na przykład Randa albo Perrina. Ci dwaj byli tak pełni heroizmu, że niemal wyciekał z ich ust i spływał po brodzie. Stłumił ich wizerunki, które już zaczęły się tworzyć. Światłości! Musi przestać myśleć o tych dwóch.
– Gdzie ona jest? – zapytał Mat, rozglądając się po sypialni. Pościel na łóżku była zmierzwiona – Mat z całych sił starał się nie przywoływać obrazu różowych wstążek przymocowanych do oparcia łóżka – ale Tuon nie było nigdzie widać.
– Nie tu – powiedziała Selucia.
– Nie tu? Jest środek nocy!
– Tak. O tej porze wizyty składają tylko skrytobójcy. Masz szczęście, że nie stałeś się moim celem, Matrimie Cauthon.
– Nigdy do cholery o tym nie wspominaj – odrzekł Mat. – To ty jesteś jej strażniczką.
– Nie wiem, o czym mówisz – rzekła Selucia, chowając swą małą kuszę w zwojach szaty. – Jestem so’jhin Imperatorowej, niech żyje wiecznie. Jestem Jej Głosem i Jej Mówcą Prawdy.
– Cudownie – powiedział Mat, popatrując na łóżko. – Twoim zadaniem jest wabienie, prawda? Robisz to, leżąc w jej łóżku. Z przygotowaną kuszą, na wypadek gdyby do pałacu przeniknął skrytobójca?
Selucia nie rzekła nic.
– Cóż, więc gdzie ona jest? – zapytał Mat. – Na krwawe popioły, kobieto! To poważna sprawa. Generał Galgan najął człowieka, by ją zabił!