Pamięć Światłości
- Автор: Джордан Роберт, Сандерсон Брендон
- Серия: Kolo czasu #14
- Язык: польский
- Переводчик: Jan Karłowski
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Pamięć Światłości». Краткое содержание книги:
– Ten? – zdumiała się Selucia. – Kłopoczesz się nim?
– Do cholery, tak.
– Galgan w żadnym razie nie jest problemem – rzekła Selucia. – Jest zbyt dobrym żołnierzem, by narazić na niebezpieczeństwo nasze wysiłki osiągnięcia stabilizacji. To Krisy należy się obawiać. Sprowadziła trzech skrytobójców z Seanchan. – Selucia popatrzyła w kierunku wejścia na balkon. Mat po raz pierwszy zauważył plamę na podłodze, która mogła być śladem krwi. – Do tej pory złapałam dwóch. Szkoda. Myślałam, że to ty jesteś trzecim. – Przypatrywała mu się, jak gdyby rozważała, czy możliwe jest – wbrew wszelkiej logice – że może być zamachowcem.
– Chyba zwariowałaś, do cholery – odrzekł Mat, nakładając kapelusz i ujmując w dłoń swoją ashandarei. – Idę do Tuon.
– Nie nosi już tego imienia, niechaj żyje wiecznie. Teraz nazywa się Fortuona, ale nie powinieneś zwracać się do niej, używając imienia. Nazywaj ją „Jej Wysokością” albo „Jej Wspaniałością”.
– Będę ją nazywał tak, jak mi się spodoba, do diabła – odrzekł Mat. – Gdzie ona jest?
Selucia przyglądała się mu.
– Nie jestem zamachowcem – rzekł.
– Nie wierzę, żebyś był. Usiłuję zdecydować, czy ona chciałaby, żebym zdradziła ci miejsce jej pobytu.
– Jestem jej mężem, czyż nie?
– Cicho – fuknęła Selucia. – Usiłowałeś mnie przekonać, że nie jesteś skrytobójcą, a teraz poruszasz taki temat? Głupiec. Ona jest w pałacowych ogrodach.
– Jest…
– …środek nocy – mruknęła. – Tak, wiem. Ona nie zawsze… słucha głosu rozsądku. – W jej głosie wyczuł cień rozdrażnienia. – Ma przy sobie cały oddział Straży Skazańców.
– Nie dbam o to, jeśli nawet byłby z nią sam Stwórca – warknął Mat, wycofując się w kierunku balkonu. – Mam zamiar posadzić ją i wytłumaczyć jej parę spraw.
Selucia podążyła za nim i oparła się o drzwi balkonowe, a następnie rzuciła Matowi sceptyczne spojrzenie.
– No dobrze, może nie zmuszę jej, by usiadła – rzekł Mat spoglądając poprzez balkonową osłonę na ogrody znajdujące się w dole – ale na pewno wytłumaczę jej, dlaczego nie powinna włóczyć się nocą, taką, jak ta dzisiejsza. Ale przynajmniej jej o tym wspomnę. Na krew i krwawe popioły. Jesteśmy naprawdę wysoko, prawda?
– Normalni ludzie używają schodów.
– Każdy żołnierz w tym mieście mnie poszukuje – odparł Mat. – Sądzę, że Galgan próbuje mnie zlikwidować.
Selucia zacisnęła usta.
– Nie wiedziałaś o tym? – zapytał Mat.
Zawahała się, po czym potrząsnęła głową.
– Nie wykluczone, że Galgan ma na ciebie oko. W normalnych warunkach Książę Kruków jest konkurencją. Galgan jest generałem naszych wojsk, ale to zadanie zazwyczaj przypisane jest Księciu Kruków.
Książę Kruków.
– Nawet mi, do cholery, nie przypominaj – rzucił Mat. – Myślałem, że to był mój tytuł gdy poślubiłem Córkę Dziewięciu Księżyców. To się chyba nie zmieniło w związku z jej wyniesieniem?
– Nie – odparła Selucia. – Jeszcze nie.
Mat skinął głową i westchnął, kiedy ujrzał trasę, którą będzie musiał pokonać. Jedną nogę przełożył przez balustradę.
– Istnieje inna droga – powiedziała Selucia. – Chodź, zanim złamiesz sobie ten głupi kark. Nie wiem, jakie plany ma ona względem ciebie, ale z pewnością nie chce, byś spadł z wysokości i się zabił.
Mat z wdzięcznością zdjął nogę z balkonowej balustrady i podążył za Selucią do pokoju. Otworzyła szafę a następnie uchyliła tylną ściankę do ciemnego korytarza ukrytego w drewnie i kamieniu pałacu…
– Na krew i krwawe popioły – rzekł Mat, wsuwając głowę do szafy. – To było tutaj od początku?
– Tak.
– To mogło tak do tego dojść – wymamrotał Mat. – Powinnaś zabić to miejsce deskami, Selucio.
– Zrobiłam coś mądrzejszego. Kiedy Imperatorowa śpi… niechaj żyje wiecznie… śpi na strychu. Nigdy nie ucina sobie drzemki w tym pokoju. Nigdy nie zapomnieliśmy, jak bez trudu pochwycono Tylin.
– To dobrze – powiedział Mat i zadrżał. – Znalazłem kreaturę, która to zrobiła. Nie poderżnie już żadnych gardeł. Tylin i Nalesean mogą razem zatańczyć z radości. Żegnaj, Selucio. Dziękuję ci.
– Za to, że pokazałam ci przejście? – zapytała Selucia. – Czy za to, że nie trafiłam w ciebie z kuszy?
– Za to, że, do diabła, nie nazywałaś mnie Jego Wysokością, tak jak robił to Musenge i inni – odparł Mat, wchodząc do korytarza. Zauważył wiszącą na ścianie latarnię i zapalił ją za pomocą krzesiwa i hubki.
Za jego plecami rozległ się śmiech Selucii.
– Jeśli cię to dręczy, Cauthon, to masz przed sobą denerwujące życie. Istnieje tylko jeden sposób, by przestać być Księciem Kruków. Stanie się to wówczas, gdy na twej szyi zawiśnie pętla. – Zamknęła drzwi szafy.
„Cóż za przyjemna kobieta” – pomyślał Mat. Wręcz lubił dni, gdy z nim nie rozmawiała. Potrząsnął głową i ruszył w dół korytarzem. Zdał sobie sprawę, że Selucia nigdy mu nie powiedziała mu, dokąd on właściwie prowadzi.
Rand energicznie przemierzał obóz Elayne, znajdujący się na wschodnim krańcu Lasu Braem. Towarzyszyły mu dwie Panny Włóczni. W obozie panowały wieczorne ciemności, ale tylko nieliczni spali. Szykowano się do zwinięcia obozu i przemarszu armii następnego ranka na wschód, w kierunku Cairhien.
Tego wieczoru towarzyszyły Randowi tylko dwie strażniczki. Czuł się niemal wystawiony na niebezpieczeństwo, mając przy boku jedynie dwie strażniczki, choć niegdyś uważał, że jakiekolwiek straże to przesada. Nieuchronny obrót Koła zmienił jego sposób postrzegania tak pewnie, jak zmieniają się pory roku.
Rand przemierzał oświetloną latarniami ścieżkę, która kiedyś była zapewne normalnym szlakiem. Obóz nie stacjonował w tym miejscu na tyle długo, by były tutaj innego rodzaju ścieżki. Nocny spokój zakłócały stłumione odgłosy zapasów ładowanych na wozy, ostrzenia mieczy i posiłków wydawanych głodnym żołnierzom.
Ludzie nie nawoływali się nawzajem. Nie tylko ze względu na fakt, że panowała noc, ale także dlatego, że w pobliżu lasu znajdowały się siły Cienia, a Trolloki miały dobry słuch. Najlepiej było mówić cicho i nie krzyczeć do siebie z jednego krańca obozu ku drugiemu. Na latarnie nałożono osłony, tak by dawały jedynie dyskretne światło, zaś rozpalonym do gotowania strawy ogniskom nie pozwalano żywiej zapłonąć.
Rand zszedł ze szlaku. Miał ze sobą swój węzełek. Przemierzył wysoką, szeleszczącą trawę porastającą polanę, prowadzącą do namiotu Tama. To była krótka wyprawa. Kiedy przechodził, kilku żołnierzy zasalutowało, a on skinął im głową. Byli wstrząśnięci widząc go, ale nie zaskoczeni tym, że przemierzał obozowisko. Elayne uprzedziła armię o jego wcześniejszej wizycie.
– Ja stoję na czele tej armii – powiedziała Elayne podczas ich ostatniego rozstania – ale ty jesteś jej sercem. To ty ich tutaj zebrałeś, Rand. Walczą dla ciebie. Proszę, niech cię zobaczą, gdy przybędziesz.
Tak zrobił. Marzył, że zdoła ich lepiej chronić, ale musiał po prostu nieść swój ciężar. Tajemnica, którą nosił, nie spowodowała jego załamania. Nie sparaliżowała go. Po prostu funkcjonował w bólu, przypominającym ból ran widniejących na jego boku, i zaakceptował to uczucie jako część samego siebie.
Przed namiotem Tama stali na straży dwaj mężczyźni z Pola Emonda. Rand skinął im głową. Wyprostowali się, salutując. Ban al’Seen i Dav al’Thone – dawniej Rand nie pomyślałby, że zobaczy, jak salutują. Ale zrobili to bardzo fachowo.
– Macie ważne zadanie, panowie – zwrócił się do nich Rand. – Tak ważne, jak walka na polu bitewnym.
– Obrona Andoru, panie? – zapytał zdezorientowany Dav.