Pamięć Światłości
- Автор: Джордан Роберт, Сандерсон Брендон
- Серия: Kolo czasu #14
- Язык: польский
- Переводчик: Jan Karłowski
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Pamięć Światłości». Краткое содержание книги:
– Przekonałeś ich? – szepnął Androl. – Żeby mnie nie zabijali?
– Przekonałem! – zaklinał się Evin, niżej nachylając głowę. Oczy łypały gorączkowo. – Upierają się, że żadnego z ciebie nie będzie pożytku, ponieważ tak słabo władasz Mocą, ale wiedzą, że żaden nie ma dość cierpliwości na tworzenie potrzebnych do transportu bram. Zapewniłem ich, że chętnie będziesz dla nich pracował. Będziesz, nieprawdaż, Androl?
– Oczywiście – potwierdził tamten. – Wszystko lepsze niż śmierć.
Evin pokiwał głową.
– Przestali ci dawkować widłokorzeń. Jesteś następny w kolejności, zaraz po Logainie. M’Hael otrzymał w końcu od Wielkiego Władcy kobiece wsparcie. Te, które przybyły, są świeże, niezmęczone bezustannym przenoszeniem. Dzięki nim, Toveine oraz pozostałym Czerwonym siostrom wszystko teraz pójdzie gładko. Zanim dzień dobiegnie końca, Logain znajdzie się w mocy M’Haela.
– Będę im służył – rzekł Androl. – Ślubuję Wielkiemu Władcy.
– To dobrze, Androl – ucieszył się Evin. – Ale nie możemy cię wypuścić przed Konwersją. M’Hael nie poprzestanie na zwykłej przysiędze. Lecz nie martw się, wszystko będzie dobrze. Powiedziałem im, że chętnie zgodzisz się na Konwersję. Zgodzisz się, tak? Nie będziesz się opierał?
– Nie będę.
– Dzięki Wielkiemu Władcy – powiedział Evin, wyraźnie uspokojony.
„Och, Evin. Nigdy nie byłeś szczególnie bystry”.
– Evin – szepnął Androl – musisz się pilnować przed Aborsem. Zdajesz sobie sprawę, co?
– Jestem teraz jednym z nich, Androl – odparł Evin. – Nie muszę się nikogo spośród nich obawiać.
– To dobrze – zgodził się Androl. – Więc to, co słyszałem z jego ust, zapewne nic nie znaczy.
Evin wyraźnie się zaniepokoił. Ta gorączka w jego oczach… to było przerażenie. Nic innego, skoro skaza została usunięta ze Źródła, a Jonneth, Emarin i pozostali nowi Asha’mani nigdy nie wpadną w odmęty szaleństwa.
Manifestowało się ono zresztą różnie u różnych ludzi, z różnym też natężeniem. Strach wszakże należał do najczęstszych objawów. Pojawiał się falami, a Evin znajdował się akurat w momencie ataku, gdy Źródło zostało oczyszczone. Androl pamiętał o Asha’manach, których trzeba było zgładzić, ponieważ skaza całkowicie zdominowała ich dusze. W każdym razie znał ten wyraz, który teraz gościł w oczach Evina. Choć chłopak przeszedł Konwersję, szaleństwo wciąż w nim tkwiło. I pozostanie na zawsze.
– Co powiedział? – dopytywał się Evin.
– Nie spodobała mu się twoja Konwersja – odpowiedział Androl. – Uważa, że zająłeś jego miejsce.
– Och.
– Evin… myślę, że on będzie chciał cię zabić. Uważaj na siebie.
Evin wyprostował się.
– Dzięki, Androl.
I odszedł, zapomniawszy z powrotem założyć mu knebel.
„To… się nie może udać”. – Powoli, sennie rozwinęła się w więzi myśl Pevary.
Nie mieszkała dostatecznie długo wśród nich. Nie widziała, do czego zdolne jest szaleństwo i nie umiała rozpoznać jego oznak w oczach Asha’mana. W normalnych okolicznościach każdego, kto zachowywałby się jak Evin, zamknięto by gdzieś, żeby przeczekał atak. Gdy te środki okazywały się na nic, Taim dodawał im coś do wina i już nigdy się nie budzili.
Nie było innego wyjścia, ponieważ na końcu drogi wszystkich czekał szał zniszczenia. Zabijali swoich najbliższych, a więc w pierwszym rzędzie tych, których najbardziej kochali.
Androl znał to szaleństwo. Wiedział, że sam nie jest odeń wolny. „Na tym polega twój błąd, Taim” – myślał. – „Wykorzystałeś przeciwko nam naszych przyjaciół, ale zapomniałeś, że znamy ich lepiej niż ty”.
Evin uderzył. Abors został porażony skoncentrowanym ciosem Jedynej Mocy. Chwilę później tarcza oddzielająca Androla od Źródła zniknęła.
Androl pochwycił Moc. Nigdy nie potrafił jej dużo zaczerpnąć, jednak wystarczyło, żeby przepalić kilka nędznych sznurów. Uwolnił z więzów zakrwawione nadgarstki i rozejrzał się po pomieszczeniu. Przedtem nie zdołał go obejrzeć w całości.
Było większe, niż oczekiwał – rozmiarów niewielkiej sali tronowej. W jednym z krańców dominowało szerokie okrągłe podwyższenie, na którym stały podwójnym kręgiem Myrddraale i kobiety. Na widok Pomorów przeszył go dreszcz. Światłości, ale okropne były te bezokie spojrzenia.
Pod przeciwległą ścianą stali zmęczeni ludzie Taima, Asha’mani, którym nie powiodła się Konwersja Logaina. Sam Logain siedział na podwyższeniu, przywiązany do krzesła pośrodku podwójnego kręgu. Niby na tronie. Oczy miał zamknięte, głowę skłonił na bok. Do tego zdawał się coś pogwizdywać pod nosem.
Wściekły Taim odwrócił się gwałtownie w stronę Evina, który nad dymiącymi zwłokami Aborsa zmagał się z Mishraile’em. Każdy z nich dzierżył Jedyną Moc, ale walka szła wręcz – w dłoni Evina błyszczał nóż.
Androl spróbował ruszyć w jego stronę – omalże nie upadł, gdy ugięły się pod nim nogi. Światłości! Niemniej, choć słaby, zdołał przepalić więzy Emarina, później Pevary. Potrząsnęła głową, próbując odzyskać jasność myśli. Emarin popatrzył na niego z wdzięcznością.
– Możesz tkać sploty? – szepnął Androl. Całą uwagę Taima pochłaniał walczący Evin.
Emarin pokręcił głową.
– Dali nam coś takiego do picia…
Androl desperacko trzymał się Źródła. Wokół niego cienie wydłużały się…
„Nie!” – myślał. – „Tylko nie teraz!”
Brama. Potrzebna była brama! Wchłonął w siebie Jedyną Moc, utkał sploty Podróżowania. Niemniej, jak za każdym poprzednim razem, napotkał nieprzekraczalną barierę – jakby ścianę stojącą między nim a bramą, której nie mógł otworzyć. Zawiedziony spróbował wybrać inne miejsce przeznaczenia, bliższe. Może chodziło o odległość? A nuż uda się stworzyć bramę do magazynu Canlera nad nimi?
I znowu uderzył w tę niewidzialną ścianę, i bił w nią ze wszystkich sił. Natężał się, jak mógł, za każdym razem jakby bliżej celu, już prawie, prawie… Miał wrażenie, że jednak coś się dzieje.
– Proszę – szeptał. – Proszę, otwórz się. Musimy stąd uciec…
Evin padł pod ciosem splotu Taima.
– Co tu się dzieje? – wrzasnął Taim.
– Nie mam pojęcia – odpowiedział Mishraile. – Evin się na nas rzucił! Rozmawiał z listonoszem, a potem…
Obaj jak na komendę odwrócili się i spojrzeli na Androla. Ten przerwał tkanie splotów Podróżowania, a zamiast tego cisnął słabiutkim, rozpaczliwym splotem Ognia w kierunku Taima.
Tamten tylko się uśmiechnął. Zanim androlowy język ognia zdążył go dosięgnąć, wyparował w splocie Powietrza i Wody.
– Uporu nie sposób ci odmówić – rzekł Taim, ciskając Androla na ścianę strumieniem Powietrza.
Androl jęknął z bólu. Emarin chwiejnie usiłował powstać, ale drugi cios Powietrza zwalił go z nóg. Oszołomiony i skrępowany Androl poczuł, jak wloką po podłodze.
Okropna kobieta w czerni wystąpiła z kręgu Aes Sedai i stanęła obok Taima.
– Więc tak, M’Hael – rzekła. – Twoje zapewnienia o tym, że w pełni panujesz nad tymi ludźmi, można włożyć między bajki.
– To wina narzędzi, z jakimi zmuszony byłem pracować – odwarknął Taim. – Trzeba było mi wcześniej dać więcej kobiet!
– Doprowadziłeś swych Asha’manów do kresu sił – spokojnie stwierdziła tamta. – Roztrwoniłeś ich energię. Odtąd ja tu rządzę.
Taim stał przez chwilę bez słowa obok bezwładnego Logaina siedzącego na krześle, kręgu kobiet i kręgu Pomorów. Wyraźnie rozważał słowa kobiety, zapewne jednej z Przeklętych, bez wątpienia najgroźniejszej ze zgromadzonych w pomieszczeniu.